Medalik, czyli anielska opowieść

Siedziała samotnie z nieobecnym wzrokiem, wpatrzona gdzieś w bliżej nieokreśloną dal. Zajęłam stolik obok, jedyny wolny o tej porze. Lubiłam to miejsce. Od czasu do czasu, gdy robiłyśmy sobie z siostrą babski dzień, uciekając tylko we dwie od codziennych obowiązków, zimą wstępowałyśmy na kawę po irlandzku, a latem na mrożoną.
Nigdy jej wcześniej tutaj nie widziałam, ale wiecie, jak to jest, kiedy ktoś przyciąga wzrok i budzi naszą ciekawość. Było w niej coś intrygującego. Czułam, że mnie obserwuje i trochę mnie to peszyło. Rzuciłam więc kelnerowi szybkie „to, co zwykle”, bo dzwonił mój telefon, a odbierając, sięgnęłam jednocześnie po książkę, bo wiedziałam już, że przyjdzie mi poczekać na siostrę.
– Widziałaś je kiedyś? – zapytała.
– Przepraszam, ale… – zaczęłam grzecznie, choć stanowczo.
– Pytam, czy je kiedyś spotkałaś – weszła mi w słowo, nie pozwalając się zbyć.
OK, pomyślałam. Jeśli to nawet jakaś wariatka i tak nie mam nic do roboty. Najwyżej zmyjemy się stąd wcześniej, kiedy siostra dotrze. A ona, być może widząc moje wahanie, nie czekając na przyzwolenie, zaczęła opowiadać:
– Pierwszy raz pojawił się, kiedy miał się urodzić najstarszy syn. Zupełnie obcy mężczyzna. Wysłuchałam jego historii, tak jak ty dzisiaj. Może też czuł się samotny? Wyjeżdżał na kontrakt do Jemenu. Pojawił się po pół roku, chciał, bym pokazała mu dziecko. Ze wzruszeniem wziął małego na ręce i poprosił, abym przyjęła kilka drobiazgów. Nie dla siebie, lecz dla dziecka. Byłam w trudnej sytuacji materialnej, ale odmówiłam. Nie ustępował. Zabrał mnie do Pewexu, bo w latach osiemdziesiątych panował już taki kryzys, że w sklepach poza octem i musztardą nic nie można było dostać. Wróciłam do domu z zapasem ubranek, mleka i odżywek. Nigdy więcej go nie spotkałam. Później poznałam pewną kobietę. Wiedziała, że nie jest mi łatwo. Zaprosiła do siebie i zaproponowała, że będzie od czasu do czasu oddawać plony z działki. Mogłam gotować pierwsze zupki dla dziecka… Pamiętam, któregoś roku, pod koniec grudnia, kompletnie brakowało mi pieniędzy. Chodziłam po mieście, próbując wymyślić, skąd wziąć chociaż parę groszy na mleko. W kieszeni ściskałam złoty medalik na łańcuszku, pamiątkę po babci. Szukałam jubilera, by go sprzedać, choć żal mi było tego drobiazgu. Skup po cenie złomu w ogóle się nie kalkulował. Wróciłam do domu i zastanawiałam się, jak sobie dalej poradzę. Wtedy ktoś zapukał. Przedstawił się jako szef mojej znajomej. Zaproponował mi dodatkową pracę w domu. Tłumaczył, że koniec roku, nie wyrabiają z planem, a ja mogłabym pomóc. Stawał przed moimi drzwiami jeszcze trzykrotnie. Zawsze wtedy, kiedy nie miałam na mleko. Później się dowiedziałam, że w firmie mojej znajomej nikt taki nie pracuje…. Może pomyliłam coś albo źle zrozumiałam, ale i tak dostałam wynagrodzenie za wykonaną pracę. Mojemu maleństwu od tamtej pory niczego nie brakowało. Zachowałam dla niego także medalik, który stale nosi.
Przerwała swoją opowieść i ponownie zwróciła się z tym samym pytaniem:
– Od tamtej pory ich szukam. Albo kogoś, kto je spotkał na swojej drodze. Widziałaś je kiedy? Spotkałaś? Niektórzy nie wierzą, bo naoglądali się obrazków z bajek, ale one istnieją. I wcale nie mają skrzydeł. Obcy, ale pojawiają się jak przyjaciele, by pomóc wtedy, kiedy jest beznadziejnie i kompletnie nie wiesz, co masz robić. To jak? Trafiłaś na nie w życiu?
Raptem te pytania wydały mi się bardzo ważne… Zamyśliłam się głęboko. Anioły? Czy je spotkałam? Nie wiem. Na pewno wielokrotnie doświadczyłam tego światełka w tunelu, promyczka nadziei, który rozjaśniał mroki w trudnych chwilach, gdy obok mnie niespodziewanie pojawiali się przyjaciele…
– Hej, siostra, sorry za spóźnienie – usłyszałam – już jestem! To co? Idziemy wybrać medalik dla twojego przyszłego wnuka? – zapytała, wesoło się drocząc.
– Wnuczki – bezwiednie poprawiłam, wstając, by się przywitać. – Ja właśnie… – niepewnie zaczęłam, chcąc przedstawić nieznajomą. Odwróciłam się w stronę jej stolika, ale nikogo już nie było. Jedynie obok filiżanki, leciutko na wietrze, kołysało się nieduże, białe piórko…

Elżbieta Kościucha-Wieczorek