Szpital w domu, czyli opowieść małżeńska

Wszystko zaczęło się od rwy kulszowej. No, ta to się daje we znaki! A właściwie... w tyłek i nogi. Oczywiście, żaden facet – w życiu! – dobrowolnie nie da się wypchnąć do lekarza (chyba, że jakiś hipochondryk się nam trafi!). Jakiekolwiek sugestie, by zgłosić się po fachową pomoc, kiedy pojawiają się pierwsze objawy, są przysłowiowym głosem wołającego na pustyni.
Zaczęło się wszystko w ubiegły piątek, podczas malowania jednego z pokoi. W sobotę – oczywiście – każdy obowiązkowy Męż czyzna idzie do pracy i w ogóle się nie przejmuje bólem, licząc, że albo mu przejdzie samo, albo wytrzyma. Tyle, że... się nasiliło. Do tego stopnia, że w niedzielę rano nie mógł podnieść się z łóżka. Musiało solidnie boleć, bo nawet pozwolił zaaplikować sobie lek przeciwbólowy.
Jękliwie wykrztusił, że czuje się trochę lepiej, więc tylko weźmie prysznic i... pojedzie do pracy (!). Te kilka godzin to z pewnością wytrzyma, przecież musi sprawdzić, czy wszystko jest jak należy.
Każda cierpliwa kobieta powstrzyma wszelkie komentarze, bo wiadomo, że one i tak nie przyniosą żadnego rezultatu. Fanaberie tego typu trzeba po prostu przeczekać. Wskazówką, że ta chwila nadeszła, był ogromny huk, który rozległ się z łazienki.
Gdyby ktoś miał wątpliwości, co się wydarzyło, odpowiadam – zawinił brodzik. Był za wysoki. Bo żeby z niego wyjść , trzeba się nieco pogimnastykować, a ze sztywnymi lędźwiami raczej trudno. W efekcie – pół dnia w szpitalu pod drzwiami ambulatorium chirurgicznego, rentgen i diagnoza – prawa ręka złamana w nadgarstku.
Jeśli myślicie, że to koniec opowieści, to się mylicie! Nasz Mężczyzna zamienia się w „dyspozytora” – jednym słowem: leżą c z oczami wlepionymi w sufit, jęcząc i stękając, zaczyna wydawać dyspozycje: pilot, telefon, herbatka... umieram... pić, jeść , umieram, telefon, pilot, umieram... I tak cały poniedziałek i wtorek, zmieniając jedynie kolejność dyspozycji i kanałów w telewizji.
W środę – jaka miła odmiana! Mężczyzna opuścił „dyspozytornię” i nawet nastawia obiad. Kobieta urwała się prędzej z pracy, ale skoro jest z nim lepiej, to ma nadzieję, że znajdzie chwilę, by odpocząć . NIC Z TEGO! Dostaje dyspozycję, że musi jechać po farbę, bo zabrakło na kawałek tego sufitu, który malował w piątek. Propozycja, by wziąć kogoś do malowania, obraża honor Męż czyzny! Wiadomo – prawdziwego mężczyznę poznać nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. Kiedy usłyszała: niech nie będzie taką idiotką, że nie wie, co ma kupić... puściły nerwy. W tym miejscu nawet kobieta-anioł by nie wytrzymała. Z zaciśniętymi zębami zażądała kartki z nazwą, rodzajem i ilością zakupów.
W czwartek Kobieta wróciła z pracy póź no. Czy zgadniecie, co robił w tym czasie Męż czyzna? Wlazł na drabinę i jedną ręką (lewą) skończył malować sufit! Jednocześnie – dziwnym trafem – ból przeniósł się wyżej, w okolice żeber. Skąd i dlaczego – poza Męż czyną nikt nie wie. W obawie przed powrotem do funkcji dyspozytora, Młodsi Panowie pochowali się jak myszy do swych norek, schodząc z oczu rodzicielom.
W piątek zadzwonili do Kobiety, która jeszcze była w pracy, oświadczając, że musi jechać z Męż czyzną do przychodni, bo dostał od lekarza skierowanie na rentgen. Prawdopodobnie ma złamane żebro, z pewnością z powodu upadku po niefortunnej kąpieli.
Już wiecie, co Kobieta robiła w sobotę, nieprawdaż? Mając ostatni tydzień na sprzątanie przed świętami domu, który wygląda, jakby przeszło przez niego tornado, wzięła się za... dokończenie malowania.

Moja znajoma dała do zrozumienia, że zakup nowej bluzki jest najlepszym lekarstwem, gdy nas facet wkurzy. Naprawdę sądzę, że i trzy nowe ciuszki nie zrekompensują minionego tygodnia.

Elżbieta Kościucha-Wieczorek