Rzeka

Włodziu, ja cię nauczę konia cumować

– [Leon:] Był u nas taki chłopak w żegludze. I jak zszedł na wolne, do siebie na wieś, zobaczył, jak jego brat próbował uwiązać konia do płotu i mówi do niego: „Włodziu, ja cię nauczę konia cumować”.
Żeglugowe środowisko przesiąknięte jest specjalistyczną nomenklaturą. Najtrudniejsze jest wdrożenie, później już wiadomo, jak szplajsować linę, chronić burtę, czym nasmarować kilwasera i co zabrać ze sobą, idąc na lasenboki. A kiedy to wszystko wejdzie już w krew, nigdy z niej nie wyjdzie.
Tutaj marynarzy jest czterech. Trzech emerytów i student. Najstarszy kapitan na Odrze, Tadeusz, po godzinach pisze wiersze i wspomnienia, do dziś zna na pamięć całego Pana Tadeusza. Młodszy, Leon, ma dar opowiadania, a sprawy mechaniki potrafi wyjaśnić nawet osobom, które nie mają o niej zielonego pojęcia. Trzeci, Henio, wrócił na polskie rzeki po poważnych problemach kardiologicznych, woli być bliżej domu. Wszyscy oni przez większość życia na wodzie. I czy to sposób na siebie, bo tak było w rodzinie, czy metoda na ucieczkę od wojska, czy po prostu zbieg okoliczności (bo wszyscy są znad rzek), każdy powód jest dobry, by w to wejść, a później nie ma już odwrotu. No i Młody, który mówi mi, że oni nie zejdą z tego statku już do końca życia, bo to skończyłoby się zejściem z tego świata.
Chłopaki o większości swoich znajomych mówią w czasie przeszłym albo dodają przed nazwiskiem „świętej pamięci”. I dobrze wiedzą, że już niewiele czasu zostało im do końca. Projekt unijny kończy się za trzy lata, kto później zatrudni emerytów? Nie wiadomo. Na początku naszej tegorocznej współpracy usłyszałam fragment rozmowy między nimi.
– Wiesz, Leon, trafiło nam się dobre miejsce na śmierć.
Bo oni wiedzą, oni to czują. To rzecz, której się nie mówi, ale ona ciąży nad nimi cały czas.
Podobno, kiedy odpala się papierosa od świeczki, ginie jeden marynarz na morzu. Może dlatego na śródlądziu jest lepiej, ale żywioł zawsze pozostaje wysoko nad człowiekiem i ma nad nim przewagę. Woda uczy pokory. Chłopaki muszą mieć klar na pokładzie i w głowie. Kiedy jest problem, działają jak jeden organizm. Czasem porozumiewają się bez słów, innym razem krzyczą, ale wciąż w tym wszystkim potrafią słuchać.
Obserwacja szlaku żeglownego trwa cały czas. Chłopaki dwa razy dziennie spisują stan wody z internetu do swoich specjalnie przygotowanych tabel. Są przygotowani, wiedzą, jak to wszystko działa. Ta woda dla nich to nie tylko część krajobrazu, to część ich życia. Młody mówi, że znał gości, którym statek pocięli na żyletki, a potem pękło im serce. Nie mówi kto to. Unika tematu. Ostatnio dziewczyna z naszego biura zażartowała, że fajnie, gdyby załogi obu naszych statków co roku się zamieniały, panowie się wzburzyli, atmosfera zgęstniała. Statek jest częścią człowieka.
Mieliśmy też sytuację, kiedy staliśmy burta w burtę z inną jednostką, wtedy rzuciłam przy luźnych pogawędkach, że mogłabym się przenieść na tę barkę. I wtedy Młody spojrzał na mnie karzącym wzrokiem i zwrócił się do kapitana:
– Widzi pan, to jeszcze nie jest marynarz, nie rozumie, że należy do tego statku.

Pan też po śródlądówce?

Leon opowiadał historię o tym, jak przez pewien czas pracował gdzie indziej, zaraz po tym, jak urodził mu się syn. Zatrudnił się w zielonogórskim Lumelu, jako kontroler jakości, bo mimo że marynarz, to jednak wykształcenie mechaniczne. Rysunek techniczny i życiowa zaradność sprawiły, że znalazł się tam na trochę, ale ludzie z żeglugi upominali się o niego i wreszcie udało im się przeciągnąć go na słuszną stronę.
– Ale tak pan powiedział, że prędzej czy później i tak by pan wrócił na wodę. To jednak ciągnie, tak?
– [Leon:] No znaczy, wiesz, ale to tak żona powiedziała…
Mają tyle do powiedzenia, że wchodzą sobie w słowo. Temat schodzi na zarobki.
– [Henio:] Madzia, to jest tak, no pójdę, może coś się zarobi, czasy były ciekawe. Wiesz, no tak naprawdę zagranica to były przebitki takie, że się w twojej głowie nie pomieści.
– [Leon:] Ta dieta dzienna, co była, to przekraczała grubo zarobek, no, jak tam było w tym czasie wtedy. To wychodziło gdzieś, kurwa, dziesięć butelek wódki żytniej w Pewexie, dzienna dieta. No to ona…
– [Henio:] Więcej, no, dwanaście, trzynaście… A pohandlowałaś, to wiesz jaką miałaś kasiurę…
– [Leon:] To butelkę kupiłaś tu, u nas za zero dziewięćdziesiąt centów…
– [Henio:] Madzia, w tym czasie pięć tysięcy marek widzieć w kieszeni, to wiesz, co to było? Dziewczyno, to, kurwa, świat się śmiał… do ciebie! I dalej w ten deseń o pieniądzach, samochodach, kombajnach, markach i euro, aż do sobotniego losowania lotto.
– Panie Heniu, a jakby pan wygrał taką kumulację, to dalej by pan siedział na wodzie?
– [Henio:] Ty jesteś chora chyba, kurde. Ja siedzę, bo taki Leon dzwonił i mówił, żebym, proszę ja ciebie, przyszedł. A ja nie miałem zamiaru przychodzić wtedy, ci powiem. Nie pasowało mi w domu siedzieć, matkę wkurwiać. Ja poszedłem, od świąt, powiedziałem, że już ni chuja, nigdzie nie jadę, nie ruszam się z domu. Mam piwniczkę, mam swoje tam zawody z żaglowcami [tworzy modele statków], cuda na kiju, mogę w domu coś zrobić. No i jakoś tak wyszło, że ja puściłem tego pijaka swojego z siebie [profil] na tego Facebooka, nie? No i wszystko to jest przez Zdzicha, znasz Zdzicha? I zaczęło się Madzia, od tego, kurwa, zdjęcia…
– [Henio:] To jest mój, nauczyciel, to jest jego żona, tu jest ten kapitan, Józek, on na młodej gwardii był kapitanem, on już nie żyje. I to zdjęcie jest z sześćdziesiątego dziewiątego roku niby. A okazuje się, że to jest zdjęcie z sześćdziesiątego siódmego roku. I to jest zdjęcie niby z mojej studniówki. A Zdzichu, po długich, kurwa, delibracjach, stwierdził i potem zadzwonił: „Heniu, to nie jest zdjęcie z twojej studniówki”. I pyta, skąd mam to zdjęcie, to ja mu mówię, że po tylu latach nie wiem. „Heniu, to jest zdjęcie z mojej studniówki, nie z twojej”. Ja nie neguję tego, tylko wrzuciłem, bo to jest na miarę czasu superzdjęcie. No, kurwa, pokaż mi takie zdjęcie takiego towarzystwa, to jest rzadkie. Studniówka, dwóch porządnych facetów, żona, trzeci porządny facet, to jest elita. W tamtych czasach ci nauczyciele byli dla nas super, bo to też byli absolwenci szkoły naszej, tylko jeszcze studia pokończyli. A obaj sieroty, rodziców nie znali. No i mówię: „Zdzichu, kurwa, no nie ma problemu, niech to będzie twoje zdjęcie”.
Płynie wino. Płynie rzeka za oknem. Płynie czas. Stoimy we frankfurckim porcie. Po prawej burcie Niemcy, po lewej Polska, za rufą most graniczny.
– A pan też jest po śródlądówce?
– [Henio:] Też… Ja po Leonie jestem, jak to było, jak Leon kończył, to ja zaczynałem, jakoś tak. Ja w sześćdziesiątym dziewiątym kończyłem, a on w sześćdziesiątym czwartym chyba… I coś tam wyszło, że Zdzisiu mówi: „Heniu, szykuje się taka możliwość, że tutaj nie ma ludzi na tych stateczkach z tej Nowej Soli, oni szukają jakiegoś kapitana, bo brak ludzi, bo to…”. Ja mówię: „Wiesz, Zdzichu, no tak nie za bardzo, bo ja tak nie wiem, co mam robić, co ci odpowiedzieć”. Szczerze mówiąc, nie chciało mi się, wiesz. No i nic się nie odzywałem, ale potem się odezwał jeszcze, to mu mówię, no spróbuję. Wiesz, w domu już robiłem awantury coraz gorsze, nikt mnie nie rozumie, że jestem taki a nie inny. Szczególnie z moimi dziewczynami [żona i córka], no one już mnie miały potąd. W sensie takim nie złośliwym, tylko takim wiesz… I mówię, dobra, może… Zadzwonił pierwszy Marek, on był tam na Lagunie [obok Zefira jeden z dwóch bliźniaczych statków należących do stowarzyszenia], on ratował swoją dupę, bo chciał, żeby ktoś tam na jego miejsce przyszedł. Ale się dowiedział Leon, że taki jak ja jest chętny, bo my się tam przecież superdobrze znamy, tyle lat… No i Leon też mnie zaczyna molestować. No to ja powiedziałem wprost, że wiesz, jeszcze mi ta Laguna nieznana, a tutaj Tadzia przecież też znałem z iluś tam dziesiątków lat. I mówię: „dobra, wiesz co, Leon, milsza ciału koszula, nie będę nic kombinował, przychodzę do was”. I chuj, tak potem się zaczęło umawiać z tymi dziewczynami w Nowej Soli [siedziba biura], przyjechałem, tak popatrzyłem.
W międzyczasie każdy zajmuje się swoimi sprawami. Wychodzę na papierosa, Leon robi sobie kolację. Ostatnio, w trakcie meczu Polska – Rumunia każde jego wyjście po kanapki wiązało się ze strzeloną przez naszych bramką. A jeszcze wcześniej, podczas jednej z imprez niemieccy kibice pożyczyli mu (na czas meczu finałowego Pucharu Niemiec) koszulkę Borussi. Wiadomo, kto wygrał.

Morze to nie życie

– [Leon:] Magda, ty to na Lagunie w życiu byś nie słyszała takich opowieści.
– [Henio:] Na morzu, tamto nie są marynarze, to są cienie, dzięcioły, na wiosnę zaczął stukać na dziobie, dojechał do rufy, kurwa, a potem na drugi rok, na wiosnę musiał to znów malować, dojechał do rufy i z powrotem takie tego. Ale oni są tacy gieroje, tacy są ważni, z nimi nie ma sensu gadać, bo nie pogadasz. A my wychodzimy z założenia, że to nie są ludzie naszej partii, to nie są ludzie od nas. Myśmy zapierdalali po tej Odrze dzień i noc, to przecież się znało każdą główkę [ostrogę – element infrastruktury regulujący rzekę] po kolei, każde drzewo, które rośnie, więcej lub mniej. Dla ciebie to mogą być takie tematy mało wyobrażalne, dlatego że ty nie widzisz tego, jak to było kiedyś. Widzisz ten stateczek pasażerski, takie maleństwo, między główkami po tych niskich wodach się przemieszcza, ciutkę wyższych…
Henio zaczyna mówić z pasją, to już nie jest ten głos wspominający dawne czasy. Przestaje snuć opowieść, teraz każde słowo żyje.
– [Henio:] Ale to, to nie jest to… To po prostu wielki chuj. Dla mnie osobiście, jeżeli ty przyjdziesz z barki, osiemdziesiąt metrów, siedem metrów wysokości, jak jest pusta, jak ona bierze tysiąc dwieście ton, dwa i pół metra ma zanurzenia, to to jest kolos trochę, wiesz. Tylko mniejszy kolos od większych kolosów, nie? No i z takimi rzeczami można się zmierzyć tak jak tutaj Tadek, o takich rzeczach można rozmawiać, ale nie będę rozmawiać z takimi jak tam wielkimi morszczachami, dzięciołami, nawiasem mówiąc. Marynarz taki na statku morskim to dzięcioł. No, bo bez przerwy stuka, kurwa, i coś tam przymaluje. Pytam się ciebie, o czym on chce ze mną czy z Leonem, czy z Tadkiem rozmawiać? Na jaki temat? Zdobył tam po biedzie jakiegoś bosmana, czy tam może jakiegoś sternika. Madzia, tam dalej troszeczkę to są chuj, nie funkcje.
Zaczyna przyglądać się Leonowi i mówić w jego stronę.
– [Henio:] To możesz tylko z kapitanem, takim, który ma patent na klasę, tu jest Łaba, tu jest patent na Ren. To są ludzie, którzy za frajer tego nie dostali, musieli zapierdalać paręnaście lat.
– [Henio:] Śmieją się wszyscy, bo to łodziarze, bo śródlądówka, ale my mamy więcej do powiedzenia niż oni.
– [Leon:] Tam jest taka sama hierarchia jak w zakładzie pracy do dyrektora. Zapytaj Krzysia naszego, trzeci oficer, po akademii morskiej.
– [Henio:] A taki zwykły dzięcioł to się do kapitana nie dostanie.

Dobre miejsce na śmierć

– [Henio:] To jest robota, jak se przypomnę, to już mnie tak zbrzydło, kurwa, czy ten Amsterdam, czy w tym Rotterdamie, na sonhaffen, na tym winklu… To dojeżdżanie bez balastu.
I siedząc przy stole na dolnym pokładzie, ciągną opowieści o śluzowaniu, o wysokości mostów, o kanałach. O pompach, ładowniach i tysiącach ton, dennych zaworach do zrzucania obciążenia. O tych, którzy tego nie wiedzieli i roztrzaskali sterówki na niskim przejściu. O kawalerskich czasach i dziewczynach z portów. Tutaj marynarzy jest czterech. I ja, a baba na statku to zawsze nieszczęście. Pękniętą linkę holowniczą wiążę metodą z kursu sterników. Od portu do portu, od sezonu do sezonu, nabieram wprawy w obserwacji szlaku. Podobno najlepiej jest umrzeć na dziobie.

Magdalena Drzymała