Wernisaż

Piłem od kilku dni. Nie pamiętam zbyt dobrze, kiedy to się zaczęło. Chyba w ostatnią, ciepłą, październikową sobotę. Wróciłem z obiadu u rodziców i miałem zamiar popracować nad książką. Skręciłem kilka papierosów i zrobiłem mocną kawę. Gdy usiadłem nad klawiaturą, odezwał się dzwonek telefonu. To był stary przyjaciel z lat szkolnych.
– Kupuj flachę i przychodź. Co będziesz tak sam siedział – mówił, zaciągając się papierosem i uderzając w dobrze mi znane struny.
Odmówiłem stanowczo. Zakończyłem rozmowę, wyciszyłem dzwonek i postanowiłem się nie poddawać. Pisałem jakieś pół godziny.
Tuż przed zamknięciem Biedronki wleciałem zdyszany na dział z alkoholem. Jak zwykle opanował mnie ten sam dylemat. Pół litra czy większa? Kolorowa czy czysta?
Przy kasie wylądowałem z krówką Wyborowej. Otyła dziewczyna z czerwonymi policzkami życzyła mi miłego wieczoru. Nie odpowiedziałem, tylko uśmiechnąłem się z grymasem na twarzy. Już wtedy wiedziałem, że nie skończy się to dobrze.
Rychu przyjął mnie jak zwykle wylewnie i serdecznie. Na stole wylądowały kanapki z serem, wędliną i kiełbasą. Rozpoczęliśmy od lekkich drinków, ale tylko ze względu na obecność jego żony i syna. Toczyliśmy rozmowy o edukacji, polityce i sporcie. Jak zwykle pełna kultura.
Gdy wybiła północ, a rodzina położyła się do łóżek, Rychu zdjął z siebie maskę ułożonego męża i ojca. Od razu sięgnął za lodówkę i wyciągnął przywiezioną z wakacji rakiję.
– Okropne gówno, ale nieźle kopie – stwierdził, rozlewając flaszkę tym razem do kieliszków.
Poszło szybko. Godzinę później skończyły się alkohol i papierosy. Posmutnieliśmy, a nasze rozmowy krążyły wokół zmarłych kolegów i znajomych. Myślałem, że to będzie koniec i powoli szykowałem się do wyjścia.
Wstałem z krzesła, ale Rychu był szybszy. Pochylił się szybko i przytrzymał mnie, kładąc rękę na ramieniu.
– Nie możesz już iść. Nie zostawiaj mnie – powiedział, a w jego głosie wyczułem smutek i nostalgię, choć mieliśmy już mocno w czubie.
– Chcesz mnie przenocować? – zapytałem, choć wiedziałem, że nie o to chodzi.
W jego oczach pojawiły się iskry, które znałem zbyt dobrze. Wiedziałem, co ma na myśli. Poszedł do pokoju i przyniósł ze sobą portfel. Narzuciliśmy kurtki i skierowaliśmy się do najbliższej stacji benzynowej.
– Dwie wiśniówki i dwie cytrynówki. I jeszcze dwie paczki fajek – mówił uśmiechnięty, spoglądając w dekolt młodej dziewczyny obsługującej kasę.
Patrzyłem na to z rozbawieniem, ale wiedziałem, co się święci i niezbyt byłem z tego zadowolony. Nie mogłem jednak nic zrobić. Tego nigdy nie udaje mi się zatrzymać. Szczególnie, gdy piję z Rychem.
Znaleźliśmy się w końcu pod zamkniętą, osiedlową apteką. Dochodziła już chyba trzecia w nocy, a my staliśmy pod wejściem i dyskutowaliśmy jak zwykle o życiu. Po jakimś czasie zobaczyliśmy podjeżdżający w naszą stronę samochód.
Z taksówki wysiadła para starszych osób. Przyglądaliśmy się temu w milczeniu. Nagle Ryszard trącił mnie ramieniem.
– Ruszaj się, jedziemy do miasta! – krzyknął i pobiegł w stronę pojazdu.
Kwadrans później znaleźliśmy się w nowo otwartym klubie przy ulicy Moniuszki. Było późno i nie obowiązywały już wejściówki. W środku panowała zblazowana atmosfera. Z głośników nie dochodziła żadna muzyka, a na parkiecie przytulało się dwóch brodatych, grubych facetów. Kilku punków dopijało piwo przy barze, a przy kilku zajętych stolikach siedziały brzydkie dziewczyny, których nikt nie chciał zabrać do siebie.
Zamówiliśmy pół litra i usiedliśmy w rogu sali. Powoli traciłem poczucie rzeczywistości, choć wydawało mi się, że nadal prowadzimy z Rychem rozmowę. Jedna z dziewczyn siedzących obok podeszła do naszego stolika i zapytała, czy z nią zatańczę. Odparłem, że nigdy tego nie robię, a do tego nie grają żadnej muzyki. Odwróciła się obruszona, a mój przyjaciel klepnął ją w tyłek.
Wróciliśmy do wódki, choć szło nam coraz wolniej. Spojrzałem na zegarek w telefonie. Było już po czwartej nad ranem. Ryszard wstał z miejsca i stwierdził, że idzie do toalety. Przymknąłem na chwilę oczy i próbowałem sobie przypomnieć, jaki to właściwie mamy dzisiaj dzień. Nagle ktoś szturchnął mnie mocno za ramię. Odwróciłem się zdziwiony.
– Kolegów się boisz? – śmiał się do mnie szczupły i lekko łysawy mężczyzna.
Mariusz, bo tak właśnie miał na imię, był moim pracodawcą kilka lat temu. Razem rozkręcaliśmy jego biznes, polegający na naprawach starych automatów do gry. Jednak w pewnym okresie nasze drogi i cele rozeszły się i straciliśmy ze sobą kontakt.
Przysiadł się do naszego stolika, do którego zdążył już wrócić Ryszard.
– Mam wynajęty apartament przy placu Bohaterów. Może pójdziemy tam na małe co nieco? – zachęcał. Zrobiło mi się niedobrze na samą myśl o wypiciu kolejnego kieliszka wódki. Jednak Rychu był nadal w formie. – Jedziemy! – krzyknął, zataczając się w stronę wyjścia.
Nadszedł już świt, gdy znaleźliśmy się w wynajętym przez Mariusza pokoju. Był jasny, obszerny i mieścił cztery dwuosobowe łóżka. Położyłem się na jednym z nich i obserwowałem, co będzie się działo dalej.
Kwadrans później do drzwi zadzwonił dzwonek, a w wejściu pojawiły się trzy prostytutki, z blond perukami na głowach. Usiadły na brzegu jednego z łóżek i zaczęły pić wódkę ze szklanki.
Ryszard był wniebowzięty. Krążył wokół nich i każdą poklepywał po tyłku. Mnie zrobiło się niedobrze i poszedłem wymiotować do łazienki. Tam urwał mi się film.
Obudziłem się, a za przysadzistymi oknami pokoju panował zmierzch. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła dwudziesta trzecia, ale nie bardzo pamiętałem, jaki to już dzień.
Rycha nie było. Na jednym z łóżek leżał nieprzytomny Mariusz. Poszedłem do łazienki, a później usiadłem przy stoliku, na którym stały niedopite butelki alkoholu. Bardzo chciało mi się pić i nalałem sobie odrobinę.
Poczułem się znacznie lepiej. Później poszło już bardzo szybko. Pojawił się chyba ktoś nowy, o nieznanej mi twarzy, pamiętam też, że obudził się Mariusz. Były jakieś kobiety, ale nie mam pojęcia, skąd się pojawiły. Wirowało mi w głowie. Znów straciłem świadomość.
Kolejny poranek był równie ciężki. Wstałem z bolącą głową, ale nie poznawałem miejsca, w którym się znajdowałem. Podszedłem do jednego z okien. Coś mi się nie zgadzało. Na ulicy zauważyłem jeżdżące tramwaje. Mieszkanie było jakieś obce.
W progu pokoju pojawiła się wysoka, szczupła postać mężczyzny o szpakowatych włosach.
– Andrzej?! – Byłem zaskoczony, poznając postać, z którą kiedyś byłem w bardzo bliskich i zażyłych stosunkach.
Uśmiechnął się do mnie przyjaźnie, odsłaniając pożółkłe zęby, które nigdy nie przeszkadzały mu w zdobywaniu dobrych, teatralnych ról.
– Cieszę się, że mnie poznajesz. Wczoraj miałeś z tym niezłe problemy – stwierdził z sarkazmem.
Usiadłem na krześle, próbując przypomnieć sobie cokolwiek z przeżytych przeze mnie ostatnich godzin. Niestety, poza gorzkim smakiem w ustach i gardle nie pamiętałem zupełnie nic.
– Jak się tutaj znalazłem? – zapytałem z wyraźnym wyrzutem w głosie.
Andrzej zaśmiał się grubiańsko, ale nie był skory udzielić mi odpowiedzi. Powoli podejrzewałem, że sam tego nie wie. Podszedł do okna i zapalił papierosa. Wpatrywał się w milczeniu w krajobraz za oknem. Zauważyłem że ma na sobie wytarty frotowy szlafrok w kolorze różowym i szare skarpetki.
– Ogarnij się, bo jesteśmy zaproszeni na ciekawy wernisaż o osiemnastej – stwierdził, nie patrząc na mnie. Strzepnął popiół na drewnianą podłogę. – Będzie wino – dodał po chwili.
Nic nie odpowiedziałem. Potrzebowałem coś ze sobą zrobić. Podreptałem do łazienki i puściłem wodę do wanny. Na umywalce stała niedopita szklanka z wódką. Stwierdziłem, że taka ilość na pewno mi nie zaszkodzi.
Przysnąłem, nie wiem na jak długo. Obudziło mnie stanowcze pukanie do drzwi.
– Za pół godziny wychodzimy! – krzyknął Andrzej.
Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z upływającego czasu. Nie miałem pojęcia, jaki jest dzień i jaka godzina. Wszystko zlewało mi się w jedno uczucie totalnego chaosu i pijackiego marazmu. Otworzyłem oczy i stwierdziłem, że kąpiel trochę mi pomogła, ale i tak bolała mnie głowa, a gardło paliło niczym piekielny ogień.
Spojrzałem na stojącą szklankę z wódką. Zostało jej na jeden łyk. Sięgnąłem po nią. W pokoju znalazłem swoje sztruksowe spodnie i zieloną koszulę. Andrzej pożyczył mi czarną marynarkę, a sam włożył granatowy prochowiec.
Wyszliśmy na ulicę. Nasze nieogolone twarze i przekrwione oczy mówiły wiele. Doświadczaliśmy na sobie spojrzeń przechodzących ludzi, którzy z pewnością brali nas za tych, którymi naprawdę byliśmy. Po długim spacerze dalszą drogę postanowiliśmy przejechać tramwajem. Czułem się plugawie, a do tego wszystkiego nie mieliśmy ze sobą papierosów.
Pół godziny później byliśmy na miejscu. Galeria mieściła się w piwnicy jednej z kamienic, która popadała w ruinę. Stojąc pod balkonem, miałem obawę, czy jego konstrukcja nie zawali się nam zaraz na głowę.
Andrzej przywitał się z jakimś mężczyzną, który wyglądał dość dystyngowanie. Poczęstował nas papierosami, uśmiechając przy tym ironicznie. Pod szyją miał zawiązaną różową chustkę. Przywodził na myśl arystokratę, choć pewnie był zwykłym sprzedawcą proszku do prania.
O osiemnastej weszliśmy do środka. Pomieszczenie tonęło w czerni, a na jego środku ustawione były cztery rzędy składanych krzeseł. Szukałem obrazów, ale były tam tylko puste ściany. Usiedliśmy w ostatnim rzędzie, nie chcąc rzucać się w oczy. Telepało mnie w środku i w myślach marzyłem tylko o tym, żeby się napić.
– Gdzie to wino? – odezwałem się, nachylając do Andrzeja.
Ten zrugał mnie lodowatym spojrzeniem i nie odpowiedział. Nie zdawał chyba sobie sprawy, jak w tym momencie cierpiałem.
Na środek sali wyszedł szczupły, posiwiały mężczyzna o podłużnej twarzy z mocno zarysowanymi kościami policzkowymi. Ukłonił się nisko i przedstawił. Po chwili u jego boku pojawiła się młoda dziewczyna. Z wyglądu mogła mieć około dwudziestu lat. Ubrana w pomarańczową koszulkę i wytarte dżinsy. Miała krótkie blond włosy, na twarzy mnóstwo piegów i okulary w okrągłych oprawkach, które przywodziły na myśl intelektualistkę. Miała lekko przygarbioną sylwetkę, jakby wciąż była przygotowana, żeby coś komuś wyjaśniać. Przyglądałem się jej z zainteresowaniem, a dopiero po chwili zauważyłem odsłoniętą rękę, którą w całości zdobiły kolorowe tatuaże.
Dziewczyna wyciągnęła zielone, plastikowe krzesło i postawiła je u swoich stóp. Spojrzała z uwielbieniem na swojego mentora i uśmiechnęła się. Jej szerokie usta i perłowe, równe zęby robiły na mnie niesamowite wrażenie.
– Myślisz, że ją posuwa? – szepnąłem do przyjaciela.
Andrzej tym razem odwrócił się w moim kierunku.
– Na bank – potwierdził i skinął głową.
Dziewczyna uniosła ręce do góry, jakby miała zaraz zesłać na nas objawienie. Zaczęła mówić. Próbowałem nadążyć i ją zrozumieć, ale po dziesięciu minutach tak rozbolała mnie głowa, że o mało nie zwymiotowałem na podłogę. Przyjaciel chyba to zauważył, ponieważ położył mi rękę na ramieniu i trzymał ją dość długo.
Minęło kolejne pół godziny. Dziewczyna wciąż mówiła i zupełnie nic się nie działo. Zauważyłem jednak, że wszyscy obecni widzowie są zachwyceni. Nie mogłem tego pojąć swoim pijackim rozumem.
Po jakimś czasie trach. Na scenie znów pojawił się mentor, a wszyscy zaczęli klaskać. Razem z Andrzejem wstaliśmy z miejsc i robiliśmy najwięcej hałasu, zauważając przy tym, że na salę wjeżdża barek z alkoholem. Byliśmy przy nim pierwsi.
– Jak ci się podobało? – zapytał, gdy staliśmy już z kieliszkami w rękach.
Spojrzałem na niego podejrzliwie, bo nie miałam pojęcia co odpowiedzieć.
– Nic z tego nie rozumiem. Gdzie ta sztuka? – odparłem szczerze.
Zaśmiał się tak głośno, że na moment skupiliśmy na sobie uwagę wszystkich przybyłych. Odeszliśmy szybko w głąb sali.
– To sztuka konceptualna. Liczy się idea, a nie przedmiot. Mówi ci to coś?
Na mojej twarzy pojawiło się zdziwienie, które po chwili przeszło w zobojętnienie.
– Powinniśmy napić się czegoś mocniejszego – stwierdziłem, rozglądając się za wyjściem.
Dwie ulice dalej znaleźliśmy nocny. Kupiliśmy pół litra i papierosy. Popijaliśmy w bramie, choć nie czuliśmy się tam bezpiecznie. Później natknęliśmy się na spelunę, która umiejscowiona była w metalowej budce po warzywniaku.
Wypiliśmy tam po kilka piw, ktoś chyba się z nami szarpał, ktoś chciał papierosa. Znów straciłem świadomość.
Ocknąłem się na moście. Świtało. Zauważyłem brak zegarka i portfela. Ciało bolało mnie niczym po siłowym treningu. Odzywał się każdy mięsień. W głowie miałem obłęd, który nie przechodził, a wręcz wciąż narastał. Ledwo wstałem na nogi, trzymając się ażurowego filaru. Jakoś udawało mi się posuwać do przodu, choć nie miałem pojęcia, gdzie jestem.
Zauważyłem ją gdzieś w połowie mostu. Siedziała na poręczy, z nogami przewieszonymi nad odmętem rzeki. Poznałem ją. To była ta sama piegowata dziewczyna, która prowadziła wernisaż. Podążałem powoli w jej kierunku.
Była bez okularów i miała mokre włosy. Jej pochylona sylwetka była jeszcze bardziej zgarbiona. Tatuaż na ręce mienił się czerwienią. Zastanawiałem się, czy była to krew, czy też może coś innego. Podszedłem bliżej, a ona mnie zauważyła. Nie odezwałem się. Ona też nic nie powiedziała. Wciąż wpatrywała się w głąb wody, która płynęła pod nami.
– Czułam to od naszego pierwszego spotkania – zaczęła mówić bardzo spokojnie, co mnie zaskoczyło. – Nigdy nawet mnie nie dotknął, jakbym była przez cały czas tylko powietrzem bądź przestrzenią. Dziś mu powiedziałam. Oznajmiłam, że go kocham… – głos jej się załamał.
Stałem osłupiały tą sytuacją. Zaczęło kręcić mi się w głowie. Ból fizyczny i psychiczny ciął mój mózg na kawałki.
– Powiedział, że nic nie wiem o miłości… a moje podejście do sztuki konceptualnej jest dziecinne…
Spuściła głowę i zaczęła płakać. Miałem ochotę ją przytulić, ale nie zrobiłem tego. Patrzyłem tylko na jej twarz, która wyrażała niewyobrażalne udręczenie.
Kilka sekund później puściła ręce i pogrążyła się w otchłani. Poczułem, że znowu muszę się napić.

Marcin Radwański