Miłość na planecie Auschwitz

– Madame Laurent, możemy już zaczynać? Czy jest pani gotowa wrócić do tamtych chwil? – Młoda redaktor poprawiła okulary na nosie. Do studia weszła właśnie elegancka, starsza kobieta, podpierająca się laską.
– Czy jestem gotowa wrócić do przeszłości? – powtórzyła pytanie staruszka.
Zamyśliła się przez jakiś czas, po czym rzekła powoli:
– Ja przecież nigdy nie zdołałam wyswobodzić się z jej jarzma. Przeszłość stała się kajdanami, które skuły na zawsze moje ciało i mój umysł. Kiedy wydaje mi się, że już udaje mi się z niej wyswobodzić, nagle w moich snach ona wraca niczym realny koszmar. Ona naznaczyła swoje piętno na całym moim życiu. Teraz, po tylu latach, jestem gotowa opowiedzieć moją historię. Przez tyle lat chowałam ją w sercu, czasami sama dziwiłam się, że mogła wydarzyć się naprawdę.
Oczy staruszki zaszkliły się. Patrząc przed siebie, starsza pani rozpoczęła swą opowieść:
– Urodziłam się w szanowanej, żydowskiej, zasymilowanej rodzinie. Mieszkaliśmy w Białej Podlaskiej. Przed wojną miasto to przeżywało swój renesans. Prężnie funkcjonowała tutaj fabryka Raabego i elektrownia miejska. W latach 1923-1939 istniała Podlaska Wytwórnia Samolotów, która produkowała samoloty wojskowe zarówno licencyjne, jak i własnej konstrukcji. Przedwojenne lata spędzone w tym mieście pachniały wodą kolońską mojego taty, który pochylał się nad dokumentami w swojej prawniczej kancelarii, malowały się pastelami zwiewnych sukien, które nosiłyśmy z moją siostrą Irenką, rozbrzmiewały dźwiękami przedwojennego tanga. Urzekały swą subtelnością, jak ja, tańcząca w balecie na wielkich scenach we Wiedniu, w Petersburgu i Paryżu. Zamykam oczy i wciąż słyszę śmiechy dochodzące z naszego ogrodu. Popołudniowa herbatka z panią Hermanową, przyjaciółką mojej mamy, potajemne wyjścia do kina z Irenką, piruety i salwy publiczności… te obrazy zachowałam w swym sercu jako piękne kadry z mojej młodości. A potem wybuch wojny niczym uderzenie pioruna roztrzaskał mój młodzieńczy świat na tysiące kawałków. Napad Niemiec na Polskę we wrześniu trzydziestego dziewiątego zaznaczył się w Białej Podlaskiej licznymi nalotami. Bombardowania spowodowały, iż zniszczono niektóre rejony miasta, w tym fabrykę samolotów. Masowo ginęła ludność cywilna. Jednakże moje miasto przez cały wrzesień trzydziestego dziewiątego pozostawało jedynym miastem na Lubelszczyźnie wolnym od wojsk niemieckich. Za to od 26 września do 10 października miasto okupowali Rosjanie. 11 października wkroczyli Niemcy, rozpoczynając pięcioletni okres naszej niewoli i upodlenia. W grudniu tego roku do Białej Podlaskiej przesiedlono blisko dwa tysiące Żydów z Suwałk i Serocka. W marcu 1941 roku w moim mieście utworzono getto, które stopniowo ograniczono do kwartału w obrębie ulic: Grabanowskiej (obecnej ul. Moniuszki), Janowskiej, Prostej i Sadowej. Moja rodzina, podobnie jak wszyscy mieszkający legalnie w Białej Podlaskiej Żydzi, zmuszona została do przeprowadzki na teren getta. I tak przenieśliśmy nasze życie, wspomnienia, marzenia i myśli do maleńkiego, pachnącego stęchlizną pokoiku. Moja rodzina znalazła się w samym centrum piekła, w miejscu, które można nazwać czarną plamą w sercu cywilizowanej Europy. W chwili zamieszkania w getcie miałam dziewiętnaście lat, Irenka rok więcej. Zderzenie z rzeczywistością było dla nas w tamtym okresie wyjątkowo brutalne. Musiałyśmy schować naszą młodość w nadziei, iż będzie można ją wskrzesić po wojnie. Tymczasem mój tatuś został zmuszony do pracy przy odgruzowywaniu twierdzy w Brześciu. Nieprzyzwyczajony do ciężkiej, fizycznej pracy szybko podupadł na zdrowiu. Pewnego dnia nasz tatuś obudził się z wysoką gorączką. Czym prędzej pobiegłyśmy po pomoc do doktora Schultza, który mieszkał przy przeciwległej ulicy. Jednakże ów doktor nawet nie zdążył wysłuchać naszej prośby, bo w jego maleńkim pokoiku znajdowywało się chyba z pięćdziesięciu chorych. Jedni kaszleli, inni mdleli z bólu. Kiedy wróciłyśmy do naszej klitki, nasz tatuś już nie żył. Ale to nie było najgorsze. Mama też się zaraziła i ją również straciłyśmy. Irenkę i mnie chroniła młodość. Pomimo tragicznych warunków bytowych, omijały nas choroby. Jednak nadszedł 10 czerwca 1942 roku. Tamtego dnia rozpoczęto likwidację getta, część osób rozstrzelano „na miejscu”. Irenka i ja miałyśmy to „szczęście”, że wraz z pozostałymi trzema tysiącami osób zostałyśmy zmuszone, aby wyruszyć w nieznaną podróż. Właściwie cieszyłam się, kiedy esesman brutalnie wpychał mnie do ciężarówki. Chciałam opuścić to przeklęte miejsce na zawsze.
Nigdzie nie może być gorzej niż tutaj – myślałam, jednak o swym błędnym myśleniu miałam się przekonać już wkrótce.
Zawieźli nas na stację, pociąg miał przyjechać rano. Esesmani zaczepiali nas co chwilę, żądając złota. Ale nikt nic nie miał. Wtedy zaczęli rzucać w nas butelkami, kogo trafili, rozstrzeliwali. Siedziałyśmy skulone i przytulone do siebie, otoczone lamentami i płaczem. Kiedy wreszcie wsiadłyśmy do wagonu, panował tłok. A ja tak chciałam już być w baraku, w ciepłej łaźni. Selekcje przeprowadzał sam Mengele, ale o nim wtedy nic nie wiedziałam. Nawet nie miałam pojęcia, gdzie my tak naprawdę się znalazłyśmy. Dokąd idą te osoby na lewo? Nie wiedziałam, że prawa strona, na którą nas skierowano, to „życie”. Jednak jak ono jest tu ciężkie, dopiero miałam się przekonać. Nazajutrz odbył się apel. Kazano nam stać prosto z rękami do góry. Tak dla kaprysu esesmana. Jedna z kobiet po pewnym czasie drgnęła i opuściła na chwilę jedną rękę. Strzał. Zdałyśmy sobie sprawę, że jeśli nie zastosujemy się do ich żądań, zginiemy jak tamta. Obydwie z siostrą byłyśmy młode i sprawne. Irenka miała jednak większe szczęście. Dostała się do komanda, którego zadaniem było sortowanie odzieży i kosztowności po nowo przybyłych więźniach. Mnie przydzielono do przenoszenia gruzów. Po paru dniach praca wykańczała mnie fizycznie. Moje delikatne, białe dłonie pokryły pęcherze, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Irenka, widząc mnie tak mizerną, bardzo cierpiała. Aż pewnego razu siostra ubrała mnie w białą chustę i lichą sukienkę w paski, które zostały po zmarłej pracownicy Kanady i poleciła pójść mi ze sobą do pracy. Zdawałyśmy sobie sprawę z konsekwencji zauważenia naszego fortelu, jednak zaryzykowałyśmy. Warto choćby dla jednego dnia pod dachem postawić wszystko na jedną kartę. I udało się. Kapo stojąca na straży Kanady nic nie zauważyła. A wkrótce moje losy odmieniły się diametralnie. Tego dnia panował dziwny zamęt. Kapo zapytała nieoczekiwanie:
– Czy któraś z was potrafi tańczyć w balecie?
Słysząc to pytanie, zamknęłam oczy. Zobaczyłam siebie tańczącą na wielkiej scenie we Wiedniu. Jakże mogłabym zapomnieć o tym wielkim dniu, kiedy cała sala wiwatowała na mą cześć, a z oczu publiczności płynęły łzy wzruszenia. Ale to było przed wojną… w innym życiu…
– Zgłoś się – szturchnęła mnie Irenka.
– Nigdy nie będę ich małpką – wysyczałam przez zęby.
Jednak nieoczekiwanie Irenka wypaliła:
– Moja siostra przed wojną była primabaleriną!
Kapo wolnym krokiem podeszła do mnie, złapała mnie mocno za buzię i obejrzała dokładnie:
– Ładniutkaś – zaśmiała się cynicznie. – Wieczorem włożysz suknię baletową i zatańczysz dla oficera SS, Martina Globke. Pan oficer obchodzi dzisiaj urodziny.
Wieczorem wkładając tiulową, przepiękną suknię baletową, wyszywaną diamentami, poczułam wstyd. Kogo okradli z marzeń, czyja była wcześniej ta suknia?
– Tańcz, Eleonoro, tańcz – zaczęły szczypać mnie dziewczęta.
Kiedy weszłam na scenę, drżałam z emocji. Choćbym miała jutro umrzeć, zatańczę ten utwór najpiękniej, jak potrafię. Dla Irenki, dla wszystkich uwięzionych tutaj dziewczyn. Jezioro łabędzie Czajkowskiego – tę muzykę słyszałam w uszach, kiedy codziennie patrzyłam na błękitne niebo, w nadziei, iż jutro nie będzie na nim już latającego popiołu i złotych, palących się łun. Tańczyłam z zamkniętymi oczami, z których płynęły mi łzy. Pod powiekami widziałam śmiejących się rodziców, szepczącą Irenkę, mnie samą występującą na scenie w Petersburgu… a potem czerń, pustka, oddalające się bezpieczeństwo. Wszystkie te emocje pokazywało moje gibkie, młode ciało. Kiedy skończyłam, zerwała się burza oklasków.
– Brawo! – krzyczeli zachwyceni esesmani, a jeden z nich rzucił mi pod nogi bukiet czerwonych róż.
Kiedy je podniosłam, zobaczyłam przez sobą stalowoszare oczy młodego Niemca. Szybko odwróciłam wzrok, jednak poczułam, że moje losy tutaj odmienią się. Nie myliłam się. Następnego dnia zostałam wezwana do gabinetu i ujrzałam znów wzrok stalowoszarych oczu.
– Opiłuj mi paznokcie – usłyszałam niski, szorstki głos.
Posłusznie wykonałam polecenie. Oczy miałam spuszczone, jednak czułam na sobie baczne spojrzenie.
Nazajutrz zobaczyłam go znowu. Przybył do naszego komanda pod byle jakim pretekstem. Oczywiście już wtedy domyślałam się, że zainteresował się mną.
– Jaki on przystojny, niczym Clark Gable. – Zdziwiona usłyszałam słowa Irenki, na co odwróciłam się gwałtownie i wymierzyłam jej siarczysty policzek.
– To esesman – warknęłam, jednak nie chciałam się przyznać, że i ja wypatrywałam go codziennie.
Kolejny dzień znowu przyniósł niespodziankę:
– Numer 34567 wystąp – usłyszałam, jak kapo mnie woła. – Los się do ciebie uśmiechnął, baletniczko. Zostałaś oddelegowana do pracy w domu oficera Martina Globke.
– Bez siostry nigdzie nie pójdę – odpaliłam, na co kapo jednym ciosem powaliła mnie na ziemię.
– Będziesz tutaj warunki stawiać?! – krzyczała, bijąc mnie kijem, ja jednak uparcie powtarzałam tę samą kwestię.
Dwa dni ledwo chodziłam po tym pobiciu, jednakże na trzeci dzień usłyszałam:
– Numery 34567 i 34568 oddelegowane do pracy w wilii oficera Martina Globke!
Nazajutrz znalazłyśmy się z Irenką w innym świecie. Esesmańska willa tonęła w kwiatach. Misternie wypielęgnowany ogród oddawał charakter niemieckiego porządku: równo przycięte krzewy, drzewka ustawione równiutko obok siebie, podobnie jak my, więźniowie na porannym apelu. Wszystko zdawało się krzyczeć: „Ordnung muss sein”. Przydzielono mnie do pracy w ogrodzie, a Irenkę do pomocy w kuchni. Kiedy postawiłam stopę na zrudziałej ziemi trawą, na chwilę zamknęłam oczy i skierowałam buzię w stronę słońca. Przecież to samo słońce świeciło dla nas przed wojną, musi zatem świecić dalej i po niej. Wstąpiła we mnie nadzieją, lecz moje myśli przerwał nagle niski, władczy ton:
– Do gabinetu!
Usłyszawszy rozkaz Martina Globke, nogi ugięły się pode mną. Do jego gabinetu sfrunęłam jak na skrzydłach. Stanęłam nieruchomo ze wzrokiem wbitym w ziemię, a młody esesman okrążał mnie w kółko, po czym jego dłoń zaczęła oplatać moje ciało:
– Ładna jesteś, jak na Żydówkę – szepnął.
Oddychałam ciężko, a emocje, które mną szargały, sięgnęły zenitu.
– Możesz mnie zabić, ale nie podeptasz mojej godności – wyparowałam nagle, sama nie wierząc, że wypowiedziałam te słowa.
Jak można mówić o godności w takim miejscu? Czy my jesteśmy jeszcze ludźmi? Czy już zwierzętami albo troglodytami?
Gabinet wypełniła martwa cisza. Przełknęłam ślinę, słyszałam bicie swego serca. Zaraz zginę – pomyślałam, jednak nieoczekiwanie usłyszałam:
– Odejdź!
Kolejne dni stanowiły dla mnie ogromne zaskoczenie. Pracowałam w ogrodzie jak gdyby nigdy nic. Z Irenką praktycznie nie widywałyśmy się w ciągu dnia. A kiedy wchodziłam do maleńkiego pokoiku, który dzieliłyśmy w nocy, Irenka zawsze spała. Tego dnia przycinałam róże w ogrodzie, a ptaki świętowały swoim głosem nadejście wiosny. Z daleka usłyszałam muzykę Wagnera. Chyba ktoś włączył radio. Nie wiem, skąd wstąpiła we mnie nagła ochota zatańczenia. Kiedy zaczęłam stawiać kroki baletowe do muzyki, moje stęsknione za tańcem ciało pokazywało mi, że chcę żyć, chcę żyć każdym ruchem, każdym oddechem i każdym piruetem. Nie wiem, jak długo trwało moje szaleństwo, jednak nagle ktoś wyłączył radio, a ja usłyszałam:
– Brawo, Eleonoro, brawo!
Odwróciłam się. Za mną stał Martin Globke i oklaskiwał mnie.
– Po wojnie zrobisz oszałamiającą karierę – rzekł.
Jednak dla mnie oszałamiającym było, że nazwał mnie moim imieniem, a nie numerem. Znów poczułam się jak człowiek, ba, jak piękna, młoda dziewczyna, jaką byłam przed wojną. Martin podszedł do mnie wolnym krokiem i ujął moją dłoń, którą lekko musnął ustami, po czym odszedł bez słowa. Zrobiło mi się słabo.
Wieczorem leżałam w łóżku, patrzyłam na śpiącą Irenkę i nie wierzyłam w to, co dzieje się w moim sercu.
Nienawidzę go – szeptałam w kółko, jakbym chciała przekonać samą siebie.
W ciągu kolejnych dni nasze spojrzenia spotykały się ukradkiem, jednak nie zamieniliśmy ze sobą nawet słowa. Każde ukradkowe spojrzenie przyprawiało mnie o dreszcze. Karciłam samą siebie, kiedy bezskutecznie chciałam usłyszeć wezwanie do gabinetu Martina. Rozkaz jednak nie nadchodził. Aż pewnego razu w środku nocy obudziłam się nagle. Spojrzałam na posłanie Irenki. Było puste. Nie namyślając się długo, opuściłam pokoik i ruszyłam na poszukiwania siostry. Spodziewałam się najgorszego. Może Irenka jest już martwa? Ku mojemu zdumieniu zobaczyłam ją całą i zdrową. Ale nie była sama. Obok niej stał… Martin Globke. W chwili, kiedy zobaczyłam ich razem, mój umysł oszalał… Chciałam rozszarpać Irenkę na kawałki… Nie, chciałam rozszarpać Martina. A najlepiej ich oboje. Tymczasem rzuciłam się z pięściami na siostrę. Przewróciłam ją i okładałam razami, a potem szarpałam za włosy. Pewnie bym ją zabiła, kiedy nagle usłyszałam huk wystrzału pistoletu. To Martin wycelował w górę.
– Dosyć – rzekł, dusząc się ze śmiechu i podnosząc mnie z ziemi. – Zatem nie jestem ci obojętny?
Słysząc takie pytanie, zamurowało mnie. Właściwie teraz zdałam sobie sprawę, że nie wiem, dlaczego tak bardzo rozzłościła mnie relacja Irenki z tym esesmanem.
– Moja siostra i nazista nie mogą mieć ze sobą nic wspólnego – tak brzmiała oficjalna wersja. Lecz w głębi ducha czułam, że może to być…
– Zazdrość! – krzyknęła Irenka, uprzedzając moje myśli. – Odczuwasz zazdrość – powtórzyła.
Martin powstrzymywał nas obie, kiedy chciałyśmy sobie skoczyć do gardeł. Dzisiaj, kiedy myślę o całym tym zajściu, nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. My, dwie Żydówki, walczące o przetrwanie, o każdy dzień, nienawidzące z całego serce nazistów, właśnie kłócimy się o jednego z nich!
Po tym wydarzeniu Irenka została przeniesiona do innego pokoju na poddaszu. Odkąd wyprowadziła się ode mnie i odchodząc pokazała język, nie widziałam jej już wcale. Niestety Martina nie widywałam także, aż do pewnego wieczora, kiedy wezwał mnie do gabinetu. Stał odwrócony plecami, a jego wysportowana sylwetka przywodziła mi na myśl greckiego boga. Wolnym krokiem podszedł do mnie i spojrzał na mnie przeszywająco stalowoszarymi oczyma.
– Eleonoro, zakochałem się w tobie – usłyszałam słowa, które sprawiły, że niemal zemdlałam. – Pochodzimy z różnych planet, nie wolno nam kochać siebie nawzajem, nie wolno nam nawet o tym szeptać. To wbrew logice, ale zakochałem się w tobie.
Nastała cisza. Długa cisza.
– Czy ty… – próbował mnie zapytać, ale nie dokończył, bo weszłam mu w słowo.
– Gdyby nie wojna… – zaczęłam. – Gdybyśmy żyli wiek temu albo nie, wiek naprzód, gdyby nie ta wojna…
– Wojna – wyszeptaliśmy razem, a nasze dłonie splotły się na chwilę.

Madame Laurent zaczęła szlochać nagle, a jej pomarszczona dłoń otarła płynącą łzę.
– Czy tej nocy padły jeszcze inne słowa? – szepnęła wzruszona reporterka, na co staruszka przecząco pokręciła głową i kontynuowała swą opowieść:
– Zamiast słów delektowaliśmy się wspólnie ciszą. Zdawaliśmy sobie sprawę, że tylko nią możemy się dzielić. Reszta jest zakazana. Nasza relacja opierała się wyłącznie na niedomówieniach, ukradkowych spojrzeniach i skrytych myślach. Tymczasem nadeszła zima. Nie, ja wtedy już zupełnie nie miałam nadziei, że to wszystko może się skończyć. Przeciwnie, część mnie błagała, żebym została w willi Martina na zawsze. A jednak tego poranka, kiedy się obudziłam, zobaczyłam koło mego łóżka liścik, a obok niego ciepły kożuch i parę solidnych, zimowych butów. Równym pismem napisane było: „Armia niemiecka wycofuje się. Eleonoro, zostawiam ci parę butów i kożuch! Przed bramą czeka na ciebie niemiecki samochód. Wsiądź do niego i uciekaj. Zostawiam ci adres mojej matki w Berlinie. Kocham cię, Martin”. Fala gorąca zalała moje serce. Poczułam, że kocham go z całych sił. Myśl o tym, że wojna chyli się ku końcowi, też wprowadzała mnie w euforię. Czym prędzej założyłam buty i kożuch na siebie. Wychyliłam się z okna, auto już na mnie czekało. Biegłam przez hall do bramy frontowej, kiedy nagle usłyszałam przejmujący szloch. To jedna z kucharek, także Żydówka z obozu, łkała żałośnie. Popatrzyła mi prosto w oczy, kiedy krzyknęła rozpaczliwie:
– Ten łajdak Globke załatwił mojego brata. Ta kanalia zabiła go dzisiaj, tak dla zabawy. Albo i z zemsty, że Czerwoni nadchodzą!
Słysząc słowa tej kobiety, zakręciło mi się w głowie. Wyciągnęłam z kieszeni liścik i podarłam go na strzępy, po czym zdjęłam kożuch i okryłam nim tę nędzną kobietę.
– Niech ci służy – szepnęłam, po czym, omijając czekający na mnie samochód, pobiegłam w stronę obozu.
To, co tam zobaczyłam, wprawiło mnie w osłupienie. Na bieluteńkim śniegu paliło się wielkie ognisko. Ale już nie ludzi. Naziści palili wszelkie dokumenty, zacierali ślady masowego ludobójstwa. Niebawem ustawiono nas w kolumnie i nakazano wymarsz. W głębi duszy dziękowałam za ciepłe buty, jakie miałam na nogach. Szłam, a kiedy ludzie padali z zimna, moje serce rozgrzewały emocje. Miłość i nienawiść kłóciły się ze sobą. Nie czułam zimna ani głodu, ani pragnienia. Było mi już wszystko jedno. Zamykałam oczy i widziałam twarz Martina, kiedy wyznawał mi miłość, a za chwilę zapłakane oczy tamtej Żydówki, której brata zabił. Tymczasem esesmani wlekli nas po oblodzonych drogach, aż do stacji kolejowej w Loslau. Znowu jechałam w niepisanej ciasnocie i smrodzie, w wagonie towarowym. Dla odmiany wagon ten nie posiadał dachu, zatem mróz ciął moje ciało niczym nóż. Ledwo żywi dotarliśmy do Ravensbrück. A tam kazano nam wystawać z godzinę na porannym apelu, po którym zamknięto nas w karnym bloku, razem z niemieckimi przestępczyniami. Niemki znęcały się nad nami. Dziewięć dni nie dawano nam nic do jedzeni. Wieczorami wymykałam się z baraku, jadłam śnieg i myłam się nim. Po kilkunastu dniach zebrano nas w kolumnę, odliczono i rozkazano wymarsz na peron. Stamtąd nadjechał pociąg, tym razem osobowy. Usiadłam przy oknie i zaczęłam przyglądać się krajobrazom mijanych niemieckich wsi i miasteczek. Był wieczór, a każdy z domów pozostawał oświetlony. Czy ludzie zamieszkujący te domy wiedzieli o nas? Czy stąd pochodzą matki, żony i babki naszych oprawców? Z pewnością światła palące się w domach oznaczały, że są to domy pełne miłości. Skąd więc tam narodziła się nienawiść do drugiego człowieka? Pewnie w jednym z takich domów mieszkał Martin, człowiek, którego serce ośmieliło się pokochać kogoś, kogo kochać nie powinno. A rodzina, w której wzrastał, była pełna miłości. Jak zatem udało się zatruć umysły tylu mieszkańców tych domów? Chciałam wysiąść i zapukać do jednego z tych pięknych domów, żeby móc zadać te pytania… Tymczasem dojechaliśmy do Neustadt-Glewe. Luty 1945 roku pozostawał wyjątkowo mroźny, w barakach panowały wszawica i tyfus. Brakowało jedzenia, a ostatnie porcje spleśniałego od środka chleba odmierzaliśmy sznurkiem. Ostatnie dni kwietnia przymierałam głodem. Nie miałam już nadziei, że przeżyję. Aż nadszedł 3 maja 1945 roku. Rankiem zobaczyłam, jak przebrani po cywilnemu esesmani załadowali się na ciężarówkę i odjechali. Tak po prostu. Brama obozu była otwarta. Byliśmy wolni…
– Pewnie oszalała pani ze szczęścia? – wtrąciła nagle reporterka, na co staruszka uśmiechnęła się.
– Wie pani, ja nie potrafiłam się cieszyć z odzyskanej wolności. Po latach straszliwego upodlenia wypaliłam się od środka. Właściwie przeżyłam tylko dlatego, że moje serce nadal płonęło. Nie wiem, czy była w nim miłość czy nienawiść do Martina Globke. Jednak w tamtym czasie każdej nocy miałam przed oczyma jego uśmiech. Cóż tu ukrywać, przeżyłam tylko dzięki jego uczuciu do mnie. Po wojnie wróciłam do Białej Podlaski. Tam nieoczekiwanie, na pustej ulicy spotkałam moją siostrę Irenkę. Padłyśmy sobie w ramiona. Nigdy, ale to nigdy nie wymówiłyśmy już imienia tamtego esesmana. Nie potrafiłyśmy. Po dziś dzień nie wiem, czy Irenka była w nim zadurzona.
– Jak ułożyły się pani losy po wojnie? Czy była pani w stanie jeszcze kiedykolwiek się zakochać? – zapytała cicho reporterka.
– Lata po wojnie były bardzo trudne. Tak naprawdę nigdy z obozu nie wyszłam. Obozowa trauma towarzyszyła mi już przez całe życie, w snach, myślach i lękach. Próbowałam jednak odbudować swoje życie. Wróciłam do mojego rodzinnego miasta. Do Białej Podlaskiej. Wie pani, że tuż po wojnie, w 1945 roku w Białej Podlaskiej było raptem stu pięciu Żydów? A wśród nich ja, młoda artystka, która próbowała odzyskać swoje młodzieńcze marzenia. Niebawem zaczęłam odnosić sukcesy jako baletnica. Wyjechałam na tournée do Paryża, a tam poznałam Pierre’a, mojego męża. Obiecałam, że Martina wykasuję z mojej pamięci. Jednakże, kiedy niebo przybierało stalowoszarą barwę, widziałam jego oczy, a zapach róż przypominał mi tamtą chwilę, kiedy tańczyłam w ogrodzie. Pewnego dnia przeczytałam w gazecie, że ma się odbyć proces zbrodniarzy wojennych. Wśród nich znalazłam nazwisko Martina Globke. Nie, nie byłam w stanie się z nim spotkać jeszcze raz. Ale chciałam mu pomóc, wiem, że byłam mu to winna. Napisałam więc list i opisałam w nim wszystko, co razem przeżyliśmy. Z wypiekami na twarzy śledziłam przebieg tego procesu. Aż pewnego dnia usłyszałam w radio znajomy głos: „Wbrew sobie i wbrew swoim przekonaniom pokochałem dziewczynę o sarnich oczach, piękną Żydówkę Eleonorę. Tak, jestem winny przypisywanych mi zbrodni. Jednak uczucie, które wypełniło moje serce, było najczystsze, szczere... W miejscu tak ohydnym narodziła się subtelna, czysta miłość, wolna od wszelkich ideologii… To było coś zupełnie wbrew logice…”.
Słysząc te słowa, rozpłakałam się. Jednak po chwili spojrzałam na moje ślubne zdjęcie. Z impetem cisnęłam radiem na ziemię.
– Kocham cię – szepnęłam cicho. Ale ta miłość nie była możliwa na Ziemi. Ona narodziła się w innym wymiarze, na innej planecie…
Płacząca ze wzruszenia reporterka chwyciła staruszkę za rękę. W studio nastała cisza.

Maria Kocot