Świetlanej pamięci bohater

Kościelny z plastikowym Chrystusem na drewnianym krzyżu kroczył pierwszy, powoli i statecznie, zadarłszy głowę wysoko, jakby był najważniejszy w kondukcie. Za nim maszerowały poczty sztandarowe złożone z samych emerytów przepasanych biało-czerwonymi szarfami. Wiatr zawiewał od ulicy równoległej do głównego traktu, mimo to chorążowie o pociętych żyłkami twarzach starali się trzymać sztandary prosto i wysoko. Chłopak w mundurku harcerskim niósł karminową poduszkę z przypiętym do niej i pobłyskującym w słońcu krzyżem zasługi. Orkiestra dęta w niepełnym składzie, bo przedpołudnie i środek tygodnia, grała to, co się gra na pogrzebach organizowanych na koszt miasta. Proboszcz był krok przed dwoma wikarymi, a ci kroczyli po obu stronach podpierającego się laską kanonika, który mógłby mieszkać w domu księży emerytów, ale woli zajmować pokój rezydenta na plebanii. Za karawanem szli: wdowa, dwaj synowie i synowe w czarnych kapeluszach z wielkimi rondami, czwórka wyrośniętych wnuków i jeszcze ktoś z dalszej rodziny. Potem wicewojewoda z asystentką i kierowcą niosącym wieniec, zastępca prezydenta, kilku radnych, chwiejący się staruchy w zleżałych kombatanckich mundurach, harcerze, gimnazjaliści albo licealiści. Na samym końcu stąpały cztery starsze kobiety i szli dwaj mężczyźni w ich wieku.
Środa. Tego dnia poszliśmy na cmentarz właśnie w samo południe. Postanowiliśmy, że do końca żałoby każdej pierwszej środy miesiąca będziemy zapalali po dwa znicze na grobie teścia. Gdy usłyszeliśmy orkiestrę, żona powiedziała, że umarł ktoś ważny. Nie bardzo ważny czy najważniejszy, bo o tym byłoby głośno w naszym mieście. Może na tablicy przed kościołem wisiała klepsydra z imieniem, nazwiskiem, funkcją i zasługami zmarłego. Tyle tam wywieszek, że nie na wszystkie zwracamy uwagę. W bezpłatnej gazetce, którą każdej soboty z rana ktoś wtyka do naszej skrzynki na listy, zawsze przeglądam nekrologi. Uważam to za obowiązek nauczyciela historii w liceum i regionalisty, którym staram się być od zakończenia studiów.
Sędzia w stanie spoczynku, który jeszcze codziennie przychodzi na cmentarz i zapala świeczkę na grobie niedawno zmarłej żony, wstał i też odwrócił głowę w stronę konduktu posuwającego się głównym trotuarem. Spytałem go, czy wie, kogo dziś chowają. Zamiast odpowiedzieć, lekceważąco przeciął ręką powietrze. Lekko pochylony, miał oczy zwrócone na ukwiecony kopczyk, pod którym grabarze zakopali trumnę z martwym ciałem jego żony. Kiedyś mi się przyznał, że przyzwyczaja się do tego miejsca, bo to będzie i jego miejsce.
Ciekawość nakazała mi dołączyć do konduktu. U nas rzadko się zdarza, żeby pogrzeb prowadziła orkiestra dęta i przed karawanem szło aż czterech księży. Tym bardziej że wśród nich był leciwy poprzednik obecnego proboszcza. Jak powiedziałem, jestem nauczycielem historii i regionalistą, powinienem więc wiedzieć możliwie najwięcej o mieszkańcach. Może wreszcie zacznę prowadzić kronikę naszego miasta albo kiedyś coś napiszę na temat postaci zasłużonych. Stąpałem na końcu konduktu, starając się wyłowić cokolwiek z szeptów tych, którzy przede mną się posuwali w takt rytmu podawanego przez orkiestrę. Niewiele się odzywali. Ani razu nie padło nazwisko zmarłego. Kobieta z prawej spytała swoją sąsiadkę, kto będzie następny i czy ksiądz kanonik doczeka tego dnia.
– Przecież ona ma blisko setkę – dodała.
Gdy kościelny z krzyżem przystanął obok marmurowej tablicy z wyzłoconym na niej napisem „Nowa Aleja Zasłużonych”, kondukt też się zatrzymał. Czterej mężczyźni w czarnych garniturach i białych rękawiczkach przenieśli trumnę z karawanu na rusztowanie nad grobem. Orkiestranci stanęli między mogiłami. Jeden z wikarych ustawił harcerza tak, żeby każdy widział krzyż zasługi, przypięty do karminowej poduszki i błyszczący złotem w słońcu. Wdowa usiadła na krześle, synowie stanęli za jej plecami, synowe krok z tyłu, wnuki z boku. Jak podczas większości pogrzebów w naszym mieście, ceremonię rozpoczął ksiądz. Na początku niczym nie różniła się od tych, które przechowywała moja pamięć. Potem proboszcz cofnął się między wikarych, a miejsce przy mikrofonie zajął wicewojewoda. Wyjął kartkę z kieszeni, odchrząknął i czytał:
– Z własnej woli zebraliśmy się w tym miejscu, aby swoją obecnością zaświadczyć, jak wielkie zasługi w dziele walki o wolność, równość, niepodległość i demokrację wniósł ten, którego ciało za chwilę spocznie w grobie. Wszyscy przyszliśmy na to piaszczyste wzgórze, aby w modlitewnym skupieniu pożegnać naszego bohatera. Oddać cześć temu jednemu spośród nas, którego heroiczny czyn na zawsze został zapisany złotymi literami w historii naszego pięknego regionu i coraz większego miasta. Który zasługuje na to, aby być patronem ulic i placów, szkoły i placówek kulturalno-wychowawczych. Cześć jego świetlanej pamięci.
Dotąd nie padło imię zmarłego, spytałem więc staruszka w podniszczonej jesionce, czym się zajmował ten, którego zasługi wysławiał wicewojewoda. Nie usłyszał albo mnie zbagatelizował, bo nawet nie machnął ręką lekceważąco. Pytanie powtórzyłem kobiecie tak samo leciwej jak starzec i jak on siwej.
– Długo by opowiadać – odrzekła zagadkowo i nic więcej nie powiedziała.
Zastępca prezydenta poczekał, aż wicewojewoda schowa okulary w kieszeni i złoży kartkę, na której miał to, co po kimś przeczytał.
– Pana Stanisława poznałem niedawno w okolicznościach niecodziennych – przyznał się wiceprezydent. – Podczas okolicznościowego spotkania tych, którzy od pamiętnego czerwca dziewięćdziesiątego dziewiątego roku cieszą się, że nareszcie są w swoim domu. Tym domem była kamienica przy Chrobrego, w której mieszkał pan Stanisław i nasze coraz większe miasto, o czym przed chwilą tak pięknie mówił pan wojewoda. Nie ulega wątpliwości, że jest w tym heroiczna zasługa pana Stanisława. Szkoda, wielka szkoda, że pan Stanisław nie doczekał tego bliskiego dnia, kiedy na placu przy parku w pobliżu urzędu miejskiego zostanie wzniesiony pomnik Wiecznej Chwały Bohaterom Walki o Wolność, Równość i Demokrację. Tam każdego roku drugiego listopada, w święty Dzień Zaduszny, będziemy się spotykali, zapalali znicze i składali wieńce, wspominając tych, którzy bohaterskimi czynami zaznaczyli swoją obecność w naszym mieście. Ten dotąd bezimienny plac od najbliższej sesji rady miejskiej będzie nosił twoje imię, drogi panie Stanisławie. Tyle panu obiecuję w imieniu prezydenta naszego miasta.
W kolejce czekali dwaj radni. Po nich do mikrofonu podszedł kombatant w czarnym berecie nasuniętym na czerwone i spocone czoło i z galeryjką medali na marynarce.
– Drogi kolego, Staszku – zaczął chropawym głosem, przerwał, bo gmerał w kieszeni spodni. Namacawszy złożoną w cegiełkę chusteczkę, wyjął ją i najpierw wytarł nos, potem oczy i czoło. Niewiele rozumiałem z tego, co mówił, bo to połykał słowa, to chrząkał, to pociągał nosem.
Gdy proboszcz dokończył ceremonię, grabarze spuścili trumnę do dołu i ułożyli wieńce wokół grobu, przedstawiłem się wicewojewodzie, po czym poprosiłem, żeby więcej powiedział o zmarłym. Na mój użytek, nauczyciela historii i regionalisty.
– Na wszystko, co było najistotniejsze w jego bohaterskim życiu, wskazałem w swoim wystąpieniu – odparł, nawet się nie zatrzymując. – Bardzo się spieszę.
O zastępcy prezydenta wiedziałem tyle, że trzy lata temu był dyrektorem szkoły, w której jestem nauczycielem. Podszedłem do niego jak do starszego kolegi, podałem swoje nazwisko i gdy miałem spytać o to, czym zajmował się zmarły, powiedział:
– To bardzo dobrze, że kolega magister również przyszedł na pogrzeb. Potrzebujemy nauczycieli zaangażowanych w sprawy miejskie. Czy kolega wie, że dawniej mówiło się, że najważniejsze osoby w mieście to: księża, lekarze i nauczyciele? Mimo powszechnej komputeryzacji, to pozostało. Oby jak najdłużej tak było. Nasza kochana młodzież musi mieć źródło, z którego będzie czerpała. A życiorys pana Stanisława jest głęboki, wypełniony wzorcami do naśladowania. On, ten z jednej strony prosty, bo nie odbył studiów jak pan czy ja, z drugiej nad wyraz sumienny, a przy tym na wskroś gorliwy, pokazał nam, jak być twórczym i zaangażowanym mieszkańcem. Jak mimo zniewolenia nie ugiąć się i pozostać patriotą. Nie przesadzam, kolego. Tak właśnie myślę. Niech kolega zaprosi do szkoły wdowę po panu Stanisławie na spotkanie z młodzieżą. Naprawdę warto.
Radny, który wygłosił płomienną mowę, przyznał się, że nie jest jej autorem.
– Miał ją przeczytać przewodniczący albo wiceprzewodniczący naszego klubu w radzie miejskiej. Niestety, jednemu i drugiemu pilne obowiązki służbowe uniemożliwiły udział w tej niezwykle podniosłej uroczystości. Takich patriotów jak pan Stanisław jest coraz mniej wśród nas – zapewnił mnie radny.
– Czym zmarły się wykazał?
Nie odpowiedział, zasłaniając się brakiem czasu.
Kombatanci również nie wiedzieli, co takiego zrobił pan Stanisław, ba, nawet nie znali jego nazwiska.
– Gdy zadzwonią od prezydenta, koledzy wyciągają sztandar z szafy, zakładają mundury i jadą na cmentarz. Oni uważają, ci od prezydenta, że na emeryturze wszyscy mają dużo czasu – powiedział ten w czarnym berecie i z galeryjką medali na marynarce, który chropawym głosem wygłosił pożegnalną mowę. – Jak jesienią dnia ubywa, tak i nas jest coraz mniej. Odchodzą bohaterowie tamtych czasów. Daj Panie Boże, żeby i nas, jak przyjdzie ten czas, miał kto z takimi honorami odprowadzić na wieczną wartę.
Spytałem proboszcza, co wie o zmarłym. Odrzekł, że coraz mniej jest takich parafian jak Stanisław. Każdej niedzieli chodził do kościoła, a jeśli nie mógł przyjść na mszę, to tylko z powodu choroby, ale wtedy myślami był obecny w świątyni.
– Może ksiądz kanonik powie więcej – pokazał oczami na swego poprzednika, prowadzonego na parking przez obu wikarych.

– Czy zaspokoił pan swoją ciekawość? – spytał sędzia, kiedy wróciłem do żony siedzącej obok niego na ławce. Nie słysząc odpowiedzi, bo nie rozumiałem, dlaczego ludzie tak niewiele wiedzą o tych, którzy są ich sąsiadami, przesunął się na skraj ławeczki i pokazał ręką na miejsce obok siebie. – Na początku lat dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku sejm uchwalił ustawę zwaną lutową. – Nigdy o niej nie słyszałem, zrobiłem więc pytające oczy. – Poza tym zdaniem, które za chwilę pan usłyszy, będę starał się posługiwać własnym językiem, a nie prawniczym. Otóż w ustawie lutowej jest mowa o uznaniu za nieważne orzeczeń wydanych wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego. A teraz po ludzku. Gdy ten akt wszedł w życie, do sądów zaczęły wpływać wnioski o unieważnienie wyroków, najczęściej wydanych przez sądy wojskowe w czasach stalinowskich i zrehabilitowanie osób skazanych na śmierć lub karę dożywotniego więzienia. W większości przypadków z takimi wnioskami występowały dzieci skazanych. Chodziło im o uwolnienie ojców od bardzo często sfingowanej winy. Prawo na to pozwalało, więc z niego korzystali garściami. Dosłownie. Zdarzały się też odwołania składane przez nowe stowarzyszenia kombatantów czy historyków zainteresowanych działalnością organizacji niepodległościowych w Polsce powojennej. Były nieliczne wnioski od samych skazanych, którzy tamte wyroki uważali za niesprawiedliwe. Czy sami je pisali, mam wątpliwości. Do mnie jako przewodniczącego wydziału należało zapoznawanie się z dokumentami i podejmowanie decyzji w imieniu Rzeczypospolitej. – Nagle zamilkł i patrzył daleko przed siebie, jakby się zastanawiał, co jeszcze może powiedzieć, aby nie złamać tajemnicy sędziowskiej. Po chwili kontynuował, ale innym tonem: – Przyznam się panu, że nie mam czego się wstydzić pomimo nacisków ze strony tak zwanych czynników politycznych. Może wydałem wyrok niesprawiedliwy, bo o czymś nie wiedziałem, czegoś się nie domyśliłem, podsądny coś zataił, ale to mnie usprawiedliwia.
– Ileż razy podczas meczu sędzia uznał bramkę, mimo że kibice byli innego zdania – przywołałem przykład z boiska tylko po to, żeby nie milczeć.
– Była jedna sprawa, która budziła moje wątpliwości od chwili otworzenia koperty. Dotyczyła ona – odwrócił głowę w stronę Nowej Alei Zasłużonych – Stanisława Basty, syna Leopolda, urodzonego w 1930 roku, skazanego przez sąd wojskowy na dożywocie. Do wniosku było dołączone uzasadnienie napisane językiem prawniczym i kserokopia wyroku poświadczona przez notariusza. Było jeszcze coś, ale o tym za chwilę. Nie dziwi się pan, że mimo upływu lat aż tak dobrze tyle pamiętam? – spytał i nie czekając na moją odpowiedź, kontynuował: – Przed rozprawą przeanalizowałem papiery. Ze swoimi wątpliwościami dotyczącymi wniosku Stanisława Basty poszedłem do prezesa sądu, nota bene mojego dobrego kolegi jeszcze od studiów. Wysłuchał mnie zza biurka i gdy zapytał o sposób załatwienia wniosku, odpowiedziałem, że go odrzucę. Prezes zajmował pokój szefa sądu od niedawna. Zawsze był bezpartyjny i krytyczny wobec powojennej rzeczywistości w naszej części Europy. Jak się wtedy mówiło, pochodził z nowego nadania. Identycznie jak ja i pozostali przewodniczący wydziałów wszystkich sądów w Polsce. Prezes westchnął, skrzywił usta, pokręcił głową. Stanisław Basta ma ponad sześćdziesiąt lat, z tego ćwierć wieku przesiedział w więzieniu. Mniej więcej tak powiedział. Ile mu zostało życia? Dziesięć lat? Niech będzie że dwadzieścia, nawet trzydzieści. To niech się tym cieszy. Jeśli odrzucisz jego wniosek o rehabilitację, będzie miał pretensję nie do tej nowej Rzeczypospolitej, lecz do sądu. Może nawet nie on osobiście, a jego rodzina.
– Co w panu jako sędzi budziło wątpliwości?
– Nie pamiętam szczegółów. Coś tam musiało być takiego, z czym się nie zgadzałem.
– Odrzucił pan ten wniosek?
– Złożyłem rezygnację z funkcji przewodniczącego wydziału. Miesiąc później przeszedłem w stan spoczynku, czyli na sędziowską emeryturę i tak to trwa do dziś.
– Basta nie doczekał się rehabilitacji?
– W imieniu Rzeczypospolitej wydał wyrok ten sędzia, który zastąpił mnie na stanowisku przewodniczącego wydziału. Zrehabilitował Stanisława Bastę i przyznał mu odszkodowanie pieniężne za lata spędzone w więzieniu. To była tak wielka suma, że obaj synowie Basty mieli za co postawić wille.
Następnego dnia prosto z liceum poszedłem do kanonika. Kto jak kto, ale stary ksiądz powinien najwięcej wiedzieć o parafianach. Kanonik, mieszkający w przybudówce do plebanii, powiedział, że nigdy nie widział pana Stanisława w kościele.
– Kiedy byłem proboszczem, on pokutował w więzieniu. Za co? Tego nie wiem. W tamtym czasie najlepiej było nie o wszystkim wiedzieć. Wyszedł na wolność wtedy, kiedy skończyłem siedemdziesiąty piąty rok życia i z urzędu zwolniłem probostwo. Miałem do wyboru: miejsce w dwuosobowym pokoju w domu księży emerytów albo pozostanie na plebanii jako rezydent. – Niech pan się zgodzi, że Stanisław Basta był bohaterem tamtych czasów. Musiał zrobić coś wielkiego, skoro zostanie patronem placu przy parku.

Nie ma nikogo w mieście, kto potrafi wskazać zasługi i winy zmarłego. Gdy to powiedziałem polonistce, poradziła, abym poszedł do wdowy po Stanisławie Baście.
– O moim świetlanej pamięci mężu mówił pan wojewoda podczas pogrzebu. I pan prezydent. Inni panowie też mówili. Pięknie mówili. Ksiądz proboszcz troszkę za mało, ale przecież po chrześcijańsku potwierdził, że Staszek był katolikiem, jakich coraz mniej jest w naszej parafii. Czy to nie wystarczy? A ten złoty krzyż zasługi za co Staszek dostał? I ile dyplomów. Nie na każdym pogrzebie są sztandary, orkiestra i tłumy. Czy to panu nie wystarczy?
– Pytałem wielu osób, czym konkretnie zasłużył się pani małżonek. Dlaczego odbywał karę dożywotniego więzienia. Młodsi za późno się urodzili, żeby to wiedzieć, a starsi zasłaniają się brakiem pamięci. Dlatego przyszedłem do pani.
– Staszek został skazany za próbę obalenia systemu komunistycznego przemocą. Czy takie wyjaśnienie panu wystarczy?
– Jeszcze coś. Bardziej zrozumiale. Nie znam się na prawie. Jestem nauczycielem historii w liceum.
– Teścia, ojca Staszka, widziałam tylko na zdjęciu. Nigdy nie poznałam go osobiście. Zmarł w areszcie po przesłuchaniu. Z powodu ataku serca. Taka była oficjalna wersja. Staszek twierdził, że jego ojciec został zakatowany przez ubeków. Kim byli ubecy, pewnie pan jako historyk wie, a jeśli nie, to krótko wyjaśnię, że każdy, kto wtedy żył, ich się bał. Bez powodu mogli człowieka wyciągnąć z domu, przesłuchać i oskarżyć, postawić przed sądem, zamknąć w więzieniu nawet do końca życia.
Zerknąłem na zegarek. Za godzinę miałem rozpocząć lekcję z uczniami liceum zaocznego. Wdowa zrozumiała, że mi się spieszy.
– Tego samego dnia, jak dotarła do nas wiadomość o wybuchu powstania na Węgrzech, Staszek założył organizację niepodległościową. Nazwy jej nie pamiętam. Zresztą gdybym nawet zapamiętała, nic by to panu nie dało. Ile osób do niej należało, również nie wiem. Może dwie, może pięć, może dużo więcej. Byli to sami rówieśnicy Staszka z naszego miasta. Tacy, jak się wtedy mówiło, koledzy do szabli i do szklanki. Godni zaufania. Złożyli przysięgę żołnierską na krzyż i za przykładem Węgrów zdecydowali, że będą walczyć o prawdziwą wolność. O równość. O niezależność naszego państwa od obcych. Żeby wzniecić powstanie, tego panu pewnie nie muszę wyjaśniać, trzeba mieć broń. A skąd wziąć karabin, jeśli wszystko jest pod kontrolą komunistów. – (Miałem ochotę wtrącić, że w czasie, o którym ona opowiada, w Polsce nie było systemu komunistycznego. Formalnie nigdy go nie było. W tamtym czasie panoszyło się coś gorszego. To był stalinizm.) – W Nowej Soli, gdzie dziś jest osiedle Leśne, dawniej był szpital wojskowy, za nim rozciągał się poligon albo plac ćwiczeń czy coś podobnego. Z punktu widzenia Sowietów musiało to być bardzo ważne miejsce, bo przy drodze postawili wartownię, do niej doprowadzili linię telefoniczną. Dzień i noc stali tam dwaj uzbrojeni w karabiny żołnierze. Któregoś popołudnia Staszek z kolegą podeszli do nich, że niby chcą porozmawiać. Jak to młodzi z młodymi. Jak sojusznicy z sojusznikami. Z początku wartownicy zachowywali dystans, ale gdy Staszek pokazał im butelkę wódki, a jego kolega wyjął pęto kiełbasy z kieszeni, żołnierze wyciągnęli ręce po poczęstunek. Opróżnili jedną butelkę, potem drugą i trzecią. W międzyczasie Sowieci zdjęli hełmy z głów, karabiny położyli na ziemi i już nie obchodziło ich wartowanie. Nie protestowali, gdy Staszek wziął karabin do rąk, nawet zademonstrowali, jak się ładuje amunicję i mierzy do celu. Lepszej okazji do zdobycia broni nie ma, uznał Staszek. Tylko jak stamtąd odejść? Wtedy ten, który przyniósł kiełbasę, pokazał, co trzeba zrobić. Staszek wstał i przyłożył lufę najpierw do głowy jednego wartownika, potem do drugiego. Było o dwóch mniej, a organizacja miała broń.
– Pani mąż zabił ludzi.
– Ruskich. Okupantów – odpowiedziała akurat w chwili, gdy ktoś zapukał w okno. – Listonosz. Jest prawo, że wdowa po mężu zrehabilitowanym na podstawie ustawy lutowej może pobierać jego emeryturę. To skorzystałam z tego prawa.

2016, 2018

Alfred Siatecki