Ciemne rzeczy

Wchodzący do wagonu podróżni przynosili ze sobą zapach deszczu. Jaskrawe światło odbijało się w szybach, przysłaniając ciemne rzeczy za oknem, a strużki wody poziomo pełzły po szkle. Lubię jeździć pociągami, dlatego że na czas podróży czuję się w pełni usprawiedliwiony. Wszystkie sprawy do załatwienia, wszelkie decyzje do podjęcia i egzystencjalne lęki do przegnania, wszystko to zwyczajnie zawieszam na kołku, tak jak zrobiłem to z ociekającym wodą przeciwdeszczowym płaszczem. Choćby nie wiem co się działo, nic przecież nie zdziałam, myślę, patrząc na przewijający się za oknem krajobraz. Dlatego też z największym żalem rozpoznałem znajome okolice, będące dla mnie znakiem do rozpoczęcia przygotowań do wyjścia. Schowałem nienapoczętą gazetę do torby i starając się nie zmoczyć wełnianego swetra, narzuciłem na siebie płaszcz. Stojąc przy drzwiach, rzuciłem ostatnie spojrzenie moim współpasażerom. Odniosłem wrażenie, że im też nie spieszyło się do wyjścia i wyobraziłem sobie przez chwilę, że stacji docelowej nie ma i będziemy mogli tak jechać bez końca. Nie każdy lubi jednak jazdę pociągiem, a tę niespieszność, którą w nich dostrzegłem, pomyliłem zapewne z piątkowym zmęczeniem albo z niechęcią do wyjścia na deszcz.
Nasunąłem bejsbolówkę na czoło i trzymając jedną ręką poły płaszcza, a drugą przyciskając do biodra materiałową torbę z zakupami, puściłem się biegiem wzdłuż elektrycznie oświetlonej ściany paneli dźwiękochłonnych. Biegnąc, dostrzegłem, że z ostatniego wagonu wysiadła kobieta, spokojnie otworzyła obszerny parasol i krok po kroku topniała, schodząc po wieńczących peron schodach, po czym widoczny już sam tylko grzyb jej parasola powędrował w lewo, prosto do biegnącego pod jezdnią tunelu.
Z peronu droga wiodła wzdłuż jednopiętrowego pasażu sklepów, a potem przez dzielnicę jednorodzinnych domów. Jak to się stało, że zaprosiła mnie pod swój parasol? Czy stanęliśmy na światłach przy opustoszałej uliczce i zrobiło jej się żal zmoczonego mężczyzny w śmiesznej czapce z daszkiem? Nie wiem.
Parasol był obszerny, mimo to moje lewe ramię wciąż wystawione było na deszcz. Szliśmy ramię w ramię, w sytuacji nader intymnej dla dwojga ludzi, którzy dopiero co się poznali. Kiedy mówiąc, patrzyłem w jej stronę, ona patrzyła przed siebie, kiedy ona patrzyła na mnie natomiast, ja uprzejmie lustrowałem chodnik przed nami. Kiedy jednak nasze spojrzenia przelotnie się spotykały, miałem wrażenie, że w naszym wehikule robiło się odrobinę duszniej. Okazało się, że mieszkaliśmy dosyć blisko siebie, byliśmy posiadaczami domowych stworzeń oraz że obydwoje mieliśmy ochotę na rozgrzewającą herbatę. Innymi słowy, zaskakująco wiele nas łączyło.
– Gdzie się napijemy? – zapytała.
– Może u ciebie? – zaproponowałem. – Bardzo bym chciał zobaczyć twojego kota.
– Ja też bym się z chęcią przywitała z twoimi zwierzakami. To koty czy psy?
– To dziwna, egzotyczna rasa. Wszystkie są bez wyjątku otyłe i wyjątkowo wredne. Obcych gryzą. Poza tym mam bałagan.
– Rozumiem – odparła.
Kot faktycznie istniał i co więcej, chyba mnie polubił, bo zwinął się w kłębek na moich kolanach. Siedzieliśmy przy małym kuchennym stoliku. Ja regulaminowo wyprostowany, kolana pod stołem, dłonie na stole. Niewielki miałem wybór, kot bowiem karcił każdą zmianę pozycji, wbijając w moje udo pazury. Przede mną ona, oparta plecami o ścianę i pogrążona w swoim smartfonie, za nią lodówka ozdobiona magnesami, obok lodówki okno, za którym deszcz i noc.
Patrząc na jej dłonie delikatnie ujmujące tabliczkę telefonu, uświadomiłem sobie, jak niezwykłe było to, że parę chwil wcześniej uprawialiśmy seks, że ta sama delikatna, obca dłoń objęła pewnie mój penis i wprowadziła go w gorące pielesze nieznanej mi w zasadzie waginy.
Trzęsący się konwulsyjnie elektryczny czajnik bulgotał coraz wolniej i głośniej, aż w końcu, na znak nieuniknionego apogeum, termostat z głośnym trzaskiem odłączył napięcie, przynosząc brzuchatemu naczyniu ulgę. Bulgot cichł, aż w końcu ustał, czajnik osiadł pewnie na swojej jednej płaskiej nodze, trzęsąc się jeszcze, ale coraz rzadziej i z gwałtownie malejącą furią.
Idąc po schodach do jej mieszkania, sililiśmy się na żarty, co było raczej oznaką naszej rosnącej krępacji niż wzrastającej swobody. Oparłszy torebkę na udzie, zanurzyła w niej osadzoną na szczupłym nadgarstku dłoń. Ze środka docierały do moich uszu echa i pogłosy. Przedmioty ocierały się o siebie, dłoń dalej penetrowała torebkę, czasem gładząc wierzchem dłoni szorstką jej ściankę, czasem zadrapawszy ją paznokciem. Lewa dłoń dołączyła do poszukiwań, wewnętrzną stroną nadgarstka sunąc w dół, wzdłuż delikatnej skóry prawego przegubu.
Osadzony na długiej szyjce klucz zanurzył się w zamku, obracając się szybko i gładko, co było może o tyle tylko dziwne, że mimo swojej delikatnej konstrukcji zwieńczony był okazałą brodą zębów i zapadek. W mieszkaniu przywarliśmy do siebie namiętnie ustami. Dwa płaszcze, jeden mokry, a drugi suchy, spotkały się na podłodze przedpokoju, znacząc jeden z przystanków naszego skomplikowanego pochodu. Na progu tego, co się miało okazać sypialnią, zatrzymaliśmy się jednak, a dziewczyna odepchnęła mnie delikatnie. Czekałem, a czekając, powiesiłem nasze płaszcze na wieszaku, zdjąłem buty, a po namyśle także i skarpetki. Oparłem się plecami o drewnianą boazerię ściany, lewą stopę wsparłem na prawej, starając się zmniejszyć kontakt z zimną posadzką przedpokoju. Stałem i nasłuchiwałem.
Drzwi szafy przesunęły się z dudniącym pomrukiem w jedną, a później w drugą stronę. Coś stuknęło, coś upadło na ziemię, zgasło światło i zapaliło się światło, ale już inne, mniej jaskrawe. Coś stuknęło cicho i zatrzepotało, może rozpościerane nad łóżkiem prześcieradło, ciepłe ręce zanurzone w pachnącej płynem do prania poszwie odnalazły rogi kołdry, małe tąpnięcia, pewnie uklepywanie poduszek i wreszcie przeciągły dźwięk rozdzierania materiału. Ostatniego nie odgadłem ani wtedy, ani kiedy już dane mi było wejść do sypialni.
Kot obudził się na chwilę zaniepokojony głośnym trzaskiem termostatu, przypominając mi pazurem, że było dobrze i że nie trzeba było zmieniać pozycji. Dziewczyna odłożyła telefon na stół, wyjęła z szafki dwa identyczne kubki i zafoliowane jeszcze pudełko herbaty. Dwa żółte kubki trzymane za uszy parą smukłych palców drżały jak namagnetyzowane, ocierając się i odbijając od siebie nawzajem. Dziewczyna zbliżyła pudełko do ust, uniosła wargi i odsłoniwszy białe zęby, próbowała chwycić nimi krnąbrną membranę opakowania. Kiedy folia pękła już i z rozkoszną łatwością pruła się, odsłaniając coraz to większe połacie kartonu, wpiła dwa złączone palce, wskazujący i środkowy, między denko pudełka i jego ściankę, po czym zręcznie, ale także i w sposób nieznoszący sprzeciwu podważyła je. Kartonowe zakładki z oporem puściły, naddzierając się tu i ówdzie, pozwalając intensywnemu aromatowi mięty rozejść się po kuchni.
W pewnej chwili drzwi uchyliły się i zobaczyłem jej plecy. Pochylona rozpięła spodnie i opuściła je do kostek, by tam, zręcznie manipulując stopami, próbować wydostać się ze splotów materiału. Nie tracąc czasu, rozpinała jednocześnie koszulę, przy czym pochylając głowę, odsłoniła kark. Sięgnąwszy za siebie, rozpięła stanik i zanurkowała pod kołdrę. Nieco zbity z tropu widokiem jej nagich pleców i karku ściągnąłem przez głowę wełniany sweter i za jednym zamachem zdjąłem spodnie wraz z bielizną. Nie wiem, co było przyjemniejsze – dotyk czystej, suchej pościeli czy ciepło jej gładkiego ciała. Nasze usta się spotkały, nasze nogi i ręce splotły, a brzuchy przytuliły do siebie. Dziewczyna sięgnęła w dół, głaszcząc najpierw, a potem masując rytmicznie mojego penisa.
Muszę powiedzieć, że miała niespotykaną technikę. Najpierw bowiem wlała wrzątek, a dopiero potem, trzymając torebkę herbaty za ogonek, zanurzała ją i wynurzała, i tak po wielokroć, dopóki nie uznała, że napar był gotowy. Sam zrobiłbym to inaczej, ale w gościach nie wypada wybrzydzać, a rezultat i tak jest przecież taki sam. Ja natomiast zająłem się słodzeniem naszych napojów, w tym celu sięgnąłem więc po stojący pod ścianą słoik ciemnego, gryczanego miodu. Narzędziem, które mi przydzieliła, była pięknie rzeźbiona drewniana łyżka. Zanurzyłem drewienko w gęstej słodyczy i przenosząc ją szybko nad krawędzią słoika, pozwoliłem jej sączyć się leniwie do kubka, w którym nie rozpuszczała się od razu, ale przebijała się przez gorąc cieczy, aby zebrać się na jego dnie. Nasyciwszy napar nektarem, przywarłem językiem do perforowanego gwintu słoika, po którym spływała powoli niezdarnie przeze mnie upuszczona kropla. Z zadumy nad lekko chropowatą i zimną fakturą profilowanego szkła wyrwała mnie dopiero para jej lekko uniesionych brwi.
Uciekając od jej pieszczot, zsunąłem się głębiej pod kołdrę, a tam chwyciwszy ponad biodrami krawędzie jej majtek, ściągnąłem je, sunąc kłębem kciuka wzdłuż jej twardych bioder, ud, łydek oraz stóp. Co miłe, pomogła mi w tym, unosząc do góry biodra, a gest ten sprawił, że zakręciło mi się lekko w głowie. Nie myśląc wiele, usadowiłem się między jej udami i zacząłem całować wewnętrzną ich stronę, po czym język mój, zapuściwszy się pomiędzy pokryte miękkim puchem wargi, zaczął szukać łechtaczki. Nie miałem wielkiego doświadczenia w tego typu sytuacjach, dlatego gdy język mój znajdywał ją wciąż od nowa, a uszy strzygły, łowiąc westchnienia, myśli moje opętane były jednym pytaniem – czy to wypada, żeby tak na pierwszej randce wskoczyć do łóżka już bez majtek?
Warto było czekać, bo herbata była faktycznie doskonała, a było tak za sprawą tego miodu, który kojarzył mi się chyba z dzieciństwem. Dziewczyna zbliżyła wargi do krawędzi kubka i ostrożnie muskała nimi gorącą taflę miętowej herbaty. Jej usta ułożyły się w przelotny uśmiech, oczy natomiast wpatrywały się we mnie uważnie. W pewnym momencie wstała od stołu i mimo iż wcześniej paliła w środku, teraz otworzyła okno i oparłszy łokcie o parapet, zapaliła papierosa, chowając twarz w ciemności nocy. Przyglądałem się tym jej plecom i domyślałem zarysu pośladków ukrytych za materiałem długiej męskiej bluzy z kapturem. Patrzyłem, jak łydką ociera łydkę, jak prężą się jej ścięgna Achillesa, jak trzymając papierosa w ustach, zbiera włosy w koński ogon. Czułem żal i niedosyt i postanowiłem nie czekać, aż poziom herbaty w kubku spadnie poniżej połowy, bo wtedy sytuacja stałaby się nie do wytrzymania. Pożegnaliśmy się zdawkowo.
Dawno przestało padać, ale noc pachniała jeszcze deszczem. Chłód kładł się ciężko na mojej piersi, kiedy idąc w stronę domu, rozmyślałem nad tym, co się wydarzyło. O tam, jak położyła się na brzuchu i pozwoliła mi wniknąć w siebie, przyciskać dłoń do grzbietu jej dłoni, napierać ustami i nosem w zagłębienie między jej szczęką a szyją, obserwować jej zarumieniony policzek, do którego przykleiło się kilka włosów.
Kiedy zamknąłem za sobą drzwi, zorientowałem się, że oświetlenie w przedpokoju przestało działać. W ciemności zzułem więc buty i zdjąłem kurtkę. Pogrążony w mroku pokój wyglądał przytulnie, nie włączając więc światła, ruszyłem w stronę okna. Nic nie kotłowało się pod stolikiem kawowym, nic nie pięło się po balaskach etażerki, nic nie pełzło pod perskim dywanem. Czarne puchate nic nie siedziało pawianimi pośladkami na leżącej grzbietem do góry książce na nocnym stoliku. Nic się nie poruszało, wszystko natomiast czekało w skupieniu, sowio przekrzywiając głowy. Jeśli je miało.
Otworzyłem okno i zapaliłem papierosa, a paląc, popatrywałem. Jakaś para przeszła cicho ulicą poniżej, samochody mknęły szosą, a po drugiej stronie rzeki taneczna buda wymachiwała snopami kolorowego światła. Nagle przypomniałem sobie o torbie z zakupami, którą zostawiłem w jej mieszkaniu. Niewielka to strata, pomyślałem, walcząc z nagłą czkawką. Kilka marchewek, puszka czerwonej fasoli, torebka zwykłego makaronu, płyn do płukania zębów, puszka mielonej kawy i gazeta. Jeszcze jabłka, które odkryłem kilka tygodni wcześniej i od tamtej pory jadałem niemal codziennie. Ciekawe, czy weźmie je do pracy i zje w przerwie między jednym zadaniem a drugim. Czy nastawi rano kawę, czy ma ekspres albo kawiarkę, czy lubi mieloną? Postawi płyn na umywalce i będzie go używać po myciu zębów, czy może będzie się brzydzić, mimo że przecież butelka nie była nawet otwierana? Nic na tyle wartościowego, żeby wracać, pukać do drzwi uprzejmie, że torba, przepraszać, że późno. Niewielka to strata.
Odbiło mi się ponownie, tym razem jednak z moich ust wyleciał smolisty kłębek. Był puszysty i bardzo miękki, prześlizgnął się pomiędzy przymkniętymi wargami, ledwie je muskając, kiedy jednak opadł na parapet, wydawał się tak duży jak moja pięść. Zaciągnąłem się głęboko papierosem, spoglądając to na kłębek, to na pulsujące nad odległym miastem mętne niebo. Po chwili rzecz wzdrygnęła się, a po jej pierzastym ciałku – zobaczyłem to wyraźnie – przeszedł dreszcz. Zaczął się w okolicach popielato-brązowego oka osadzonego tuż nad popielato-brązowym dzióbkiem i przeszedł jak fala po jej grzbiecie. Popatrzyła na mnie znad dzióbka, i mam nadzieję, że był to faktycznie dzióbek, nie zaś coś w rodzaju pazura albo kleszcza, od dziecka bałem się bowiem wewnętrznych pasożytów. Wzdrygnęła się moja upierzona rzecz raz jeszcze i znów, i jeszcze, aż w końcu jej płochliwy dygot wzmógł się na tyle, że zdołała dźwignąć się na wysokość mojego nosa. Obróciła się wokół własnej osi, popatrzyła, jak sądzę, na księżyc, na dachy jednorodzinnych domów i na odległą wiatę stacji kolejowej, po czym unikając mojego spojrzenia, wfrunęła do mieszkania.
Dopaliłem papierosa i, dociskając lewą ręką wypaczone drewno framugi, zamknąłem okno.

Janusz Barwik