Pokój temu domowi

W styczniowe, czwartkowe popołudnie, jak co roku w tym okresie od sześciu lat, składałem swoim parafianom wizyty duszpasterskie, nazywane potocznie chodzeniem po kolędzie. Złośliwi twierdzą, że celem tych wizyt jest szybkie i skuteczne nabijanie kieszeni, jednak tak naprawdę chodzi o to, by przybliżyć się do wiernych, poznać ich troski i problemy, rozwiać dylematy i wątpliwości, służyć nie tylko duchową poradą. W ten czwartek planowałem odwiedzić popegeerowskie osiedle na Zatorzu, a właściwie dwa bloki znajdujące się przy ulicy Rolniczej. Była to dla mnie wyprawa w nieznane, gdyż posługę w parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Zaliszewie rozpocząłem we wrześniu i oprócz kilkunastu dzieci, które uczyłem w szkole katechezy, na tym osiedlu nie znałem nikogo. Lecz taki już los wikarego, że zazwyczaj nigdzie długo nie zagrzeje miejsca, ledwo zdąży poznać swoich parafian, zżyć się z nimi, zyskać ich sympatię i przychylność, już przenoszą go w inne miejsce.
– Będzie dobrze, jak w połowie mieszkań otworzą ci drzwi – powiedział do mnie proboszcz, gdy szykowałem się do wyjścia. – Tam żyją biedni ludzie. Niezaradni życiowo. Po likwidacji PGR-u nieco się pogubili. Nie brakuje patologii, której w dużej mierze winny jest alkohol. Oni nie są wrogo nastawieni do Kościoła, tylko wstydzą się swojej biedy.
Proboszcz miał rację, niemal w połowie mieszkań drzwi były zamknięte. Dziwne było to, że ich mieszkańcy nie stwierdzali oficjalnie, że nie życzą sobie wizyty kapłana, co się niejednokrotnie zdarzało w innych dzielnicach miasta, tylko na dzwonek lub pukanie do drzwi ministranta, którego zadaniem było zapowiedzieć moje przybycie, po prostu ich nie otwierali. Dochodziła dwudziesta, do odwiedzenia zostały mi jeszcze dwa mieszkania. Stanąłem przed starymi drzwiami, pokrytymi łuszczącą się jasnozieloną farbą, na których widniał wykaligrafowany białą kredą napis K+M+B 2013.
– Pani Jeżewska jak co roku przyjmuje księdza – powiedział ministrant pochodzący z popegeerowskiego osiedla, który znał tu niemal wszystkich.
Nacisnąłem na dzwonek, jednak nie usłyszałem jego dźwięku, widocznie był zepsuty, więc delikatnie zapukałem w odrapane drzwi.
– Proszę, proszę – usłyszałem kobiecy zmęczony życiem głos. – Czekam na księdza od czwartej. Co roku księża zaczynali kolędę od mojej klatki. A ksiądz w tym roku zaczął z drugiej strony.
Wszedłem do przedpokoju oświetlonego podwieszoną na białym suficie wkręconą do obsadki żarówką. Ściany były odrapane i przygotowane do szpachlowania, odrzwia do jednego z dwóch niewielkich pokoi były wykute, na betonowej podłodze było widać białe plamy świadczące o trwającym w mieszkaniu remoncie.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – powiedziałem na widok kuśtykającej w moją stronę starszej kobiety. – O, widzę, że remont w domu macie. Trafiłem chyba nie w porę.
– Na wieki wieków. Jaki tam remont! Szkoda gadać – odpowiedziała kobieta jakby z żalem w głosie. – Tam nie. To pokój synów. Tu, do mnie zapraszam. – Wskazała ręką na drzwi po lewej stronie przedpokoju.
Weszliśmy do niewielkiego, skromnie umeblowanego pokoiku, którego jasnożółte od lat niemalowane ściany zdobiły obrazy przedstawiające Świętą Rodzinę, Matkę Boską z sercem przeszytym mieczem, a nad przykrytą spłowiałą narzutą wersalką, obok Jezusa na krzyżu, widniał oprawiony w pozłacaną ramę obraz Jana Pawła II. Na półkach pamiętającego późnego Gierka segmentu stało kilkanaście książek o tematyce religijnej, nieco niżej w plastikowych ramkach kolorowe zdjęcia dwójki kilkuletnich dzieci, chłopca o ciemnych, krótko ostrzyżonych włosach i dziewczynki z warkoczykami w kolorze lnu, obok których leżał wykonany ze szklanych niebieskich paciorków różaniec. Na przykrytej białym, wykończonym koronkami obrusem drewnianej ławie stał metalowy krucyfiks, po którego obu stronach paliły się obsadzone w lichtarzach stołowe białe świece, zaś na jej rogu leżało Pismo Święte Nowego Testamentu obok kryształowego półmiska z wodą święconą, na którym leżało kropidło.
– Pokój temu domowi – powiedziałem.
– I wszystkim jego mieszkańcom – odpowiedziała gospodyni wraz ministrantami.
Po odmówieniu modlitwy dałem dyskretnie znak ministrantom, aby opuścili mieszkanie. Moi pomocnicy z wolna skierowali się w stronę wyjścia.
– Poczekajcie chłopcy – powiedziała kobieta. – Macie tu, kupicie sobie chociaż po słodkiej bułce – dodała, wrzucając do puszki trzymanej przez jednego z ministrantów dwie dwuzłotowe monety. – Tylko papierosów nie kupujcie, bo nie będziemy się lubić.
Po wyjściu ministrantów usiadłem przy ławie na wysłużonym, drewnianym krześle, po czym sięgnąłem do swojej czarnej, skórzanej torby, gdzie oprócz pamiątkowych obrazków miałem ściągawki z informacjami o parafianach, których miałem dzisiaj odwiedzić z duszpasterską wizytą.
– Jaki jest tu u pani numer domu? – spytałem swoją rozmówczynię, kładąc na ławie obrazek z wizytówką Świętej Rodziny.
– Siedemnaście przez sześć – odpowiedziała kobieta.
– A, pani Genowefa – powiedziałem, wyciągając odpowiednią fiszkę ze swojej kartoteki.
– A gdzież to są pozostali domownicy? Czyżby się mnie wystraszyli? Pani Genowefo, czy ja wyglądam na jakiegoś rottweilera czy innego pitbulla i wystraszyli się, że ich pogryzę, czy co? – próbowałem żartować.
– Szkoda gadać – powiedziała pani Genowefa, spuszczając wzrok na swoje kolana. – Szkoda gadać, proszę księdza, szkoda gadać – westchnęła ciężko, podnosząc wzrok do góry. – Czasami to już człowiekowi żyć się nie chce. Gdybym miała córkę… Córka zawsze szybciej zrozumie starą, schorowaną matkę, ale Bóg nie dał. Czterech synów urodziłam, a teraz na starość nie mam od nich żadnego wsparcia. Jeden zmarł, jak miał niecałe trzy lata. Dwa miesiące mu brakowało. W maju miał skończyć, a zmarł w marcu przed Wielkanocą. W tym roku trzydzieści trzy lata by skończył, może on byłby lepszy. Moja wina, nie dopilnowałam. Sto dwadzieścia krów po wycieleniu miałam na stanie. Trzy razy na dzień doić trzeba było. Nie było czasu nawet po plecach się podrapać. Kierownik był kutwa, do roboty gonił, nie chciał dać wolnego, żeby z dzieckiem do lekarza pójść. Straszył, że premię odbierze. A ja wtedy sama z trójką dzieci, bo mój akurat wtedy za pobicie drugi rok siedział. I umarło dzieciątko, bo co ono winne, że ojciec pijak i awanturnik i o dom nic nie dbał. Mój, jak wrócił z więzienia, to tak mnie sprał, że całe plecy miałem sine za to, że mu syna zmarnowałam. A po trzech latach jeszcze Maciek się urodził. Mój wtedy pił niewiele i dobrze zarabiał, kazał mi się domem zajmować, zanim najmłodszy do przedszkola nie pójdzie, bo Rafał i Artur do szkoły już chodzili. Rafał uczył się dobrze, do ścisłych przedmiotów miał głowę. A z geografii to był orzeł. Olimpiadę w Warszawie wygrał, na studia bez egzaminów mógł iść i stypendium by dostał, bo agencja fundusz na to miała dla studentów z rodzin popegeerowskich. Nie chciał. Mój go od małego do budowlanki przyuczał. Po maturze od razu do roboty poszedł. Tam już zaczął popijać. Wojsko też zrobiło swoje. Nie powiem, na każdej robocie się zna, płytki położy, okna wymieni, dach przełoży, wyszpachluje, wymaluje, no wszystko, wszystko, ale co z tego. Widzi ksiądz, jak mieszkanie wygląda. Do świąt miał zrobić przedpokój. Tylko narobił bałaganu i pił przez dwa tygodnie do samej Wigilii, a w samą Wigilię tak się napił, że leżał na trawniku przed blokiem. Jak pracuje, to nawet po szesnaście godzin na dzień i półtora tysiąca potrafi w tydzień zarobić. Ale jak zacznie pić, to pije od rana do wieczora, a z nim pół osiedla, bo jak ma się pieniądze, to i kolegów do picia się zawsze znajdzie. Tylko jak w więzieniu pół roku siedział, bo jakichś tam kolegiów nie popłacił, to koledzy o nim zapomnieli. Tylko ja mu paczki woziłam. A jakie powodzenie u dziewuch miał, same do niego przychodziły. Teraz już czterdziestki dobiega, to już stać go tylko na takie, co to nogi rozkładają za butelkę wódki. Nie powiem, nieraz rzuci parę złotych na opłaty i jedzenie, choć jak jest w robocie, to w domu nie jada, co z tego, jak potem nie ma na piwo, to ostatnie pieniądze ode mnie wydziera, a jak dać nie chcę, to wyzywa od najgorszych, że wstyd przy księdzu mówić. Jednak żeby rękę na mnie podniósł, to nie. Wyzywać to wyzywa, ale żeby uderzyć, to się jeszcze u niego nie zdarzyło. A do mnie to nie mówi mama czy chociaż matka, tylko Gienka, bo ja, wie ksiądz, Genowefa jestem.
– A co to za aniołki na zdjęciach? – Skinąłem głową w stronę segmentu, na którym stały fotografie dzieci, by zejść z niewdzięcznego tematu wyrodnego syna.
– A to moje wnuki od średniego Artura. Ożenił się w Grodzisku pod Poznaniem. Zawodówkę tylko skończył i zaraz po szkole do roboty poszedł. Za tapicera. Potem jak zakład pod Poznań przenieśli, to i on tam za robotą pojechał. Tam dziewczynę poznał i się ożenił. Mieszkanie kupili na raty. Samochód mają. A jak w szpitalu leżałam na kamienie żółciowe, to tylko on mnie odwiedził, choć najdalej miał. Ale co mi wcześniej nerwów napsuł i siwych włosów przyprawił, to szkoda gadać. Wszystko przez te automaty, bo on na automatach na pieniądze lubił pograć. Wesele miał robić na sto dwadzieścia osób. Pożyczkę wziął. Dziesięć tysięcy w banku. Bez problemu dostał, bo on wtedy po cztery tysiące za miesiąc zarabiał. Potem powiedział, że go napadli, gdy do domu wieczorem wracał. A później okazało się, że wszystkie pieniądze przez noc na tych automatach przepuścił. Z czego ja mu miałam dać na to wesele, jak ja wtedy na zasiłku byłam, a i Maciek do szkoły jeszcze chodził. A żenić się trzeba było, bo dziewczyna przy nadziei była. To tylko przyjęcie dla najbliższej rodziny zrobili. Te automaty to gorsze niż picie, bo nie wiem, co by pił, to dziesięć tysięcy przez noc nie przepije. Od kiedy urodziła mu się córka, to powiedział, że z automatami koniec, ale gdzie tam, w tamtym roku przed świętami dzwoniła Sylwia, jego żona, że całą wypłatę przegrał i od tej pory pieniądze z wypłaty daje na konto synowej. Dobrze, że ona pracuje, boby świąt nie mieli za co zrobić, a i tak przekazem dwieście złotych im posłałam na prezenty dla wnuków.
Dyskretnie spojrzałem na zegarek. Siedziałem tu już prawie pół godziny. Zazwyczaj na jedną wizytę poświęcałem nie więcej niż kwadrans.
– Tak się z księdzem zagadałam, że nawet nie spytałam, czy księdza jakąś herbatą nie poczęstować – powiedziała pani Genowefa, po czym pokuśtykała w stronę kuchni. – Mam dobrą herbatę owocową, zaraz księdzu zaparzę.
Wróciła po chwili, niosąc na plastikowej tacy szklankę herbaty, cukierniczkę i ciastka na białym talerzyku.
– O, nawet ciastka się znalazły – powiedziała moja gospodyni, stawiając tacę ma ławie. – Dobrze, że Maciek do tej swojej pojechał, boby zapewne zjadł wszystko. Rafał za słodkim raczej nie przepada. Z Maćkiem, znaczy się najmłodszym, też mam krzyż pański. Nie powiem, nie pali, nie pije, ale co z tego, jak do roboty lewy, a do jedzenia pierwszy. Chłop dwadzieścia siedem lat, a nie wiem, czy w życiu pół roku przepracował. Średnie ma z maturą. Technikum elektryczne po zawodówce skończył. Mówiłam mu, żeby na zawodowego w wojsku został, bo mu proponowali. Co miesiąca świeży grosz i na emeryturę po piętnastu latach mógłby pójść, ale mnie nie posłuchał. Na żadnej robocie się nie zna. Rafał mówi, że on nawet gniazdka nie umie założyć, taki z niego elektryk. W tartaku robił dwa miesiące, wytrzymał, ciężka robota – mówi – i za szybko trza wstawać, u ogrodnika za gorąco pod folią, tydzień przepracował. A co jaki grosz zarobi, to zaraz pakuje torbę i do tej swojej do Złotoryi jedzie. A teraz ta jego w ciąży. To nie wiem, za co dziecko utrzymają, jak się urodzi, bo ona też nie pracuje, tylko na rencie socjalnej siedzi, bo choruje na padaczkę. Jeszcze do tego dojdzie, że ja będę musiała za niego alimenty ze swojej emerytury płacić. Nieraz się załapie do szkoły, gdzie miał staż jako pomocnik woźnego. Jakieś liście zagrabi, plac pozamiata, zimą poodśnieża i taka jego robota. Obiad mu dadzą, bo tam w szkole kuchnia chodzi. A zjeść to on lubi! Ostatnio jak mu obiadu dać nie chciałam, bo od trzech miesięcy ani grosza do domu nie dał i nic do jedzenia nie kupił, to się do mnie z pięściami rzucił, że Rafał musiał go odciągać. Na drugi dzień dał mi dwadzieścia złotych na jedzenie. To mu powiedziałam, żeby sobie na pieluchy dla dziecka zostawił, jak się urodzi. A jeszcze do tego w jakichś biegach startuje, w piłkę gra w jakiejś amatorskiej lidze, jak dziecko z podstawówki, i żeby z tego chociaż jakieś pieniądze były. Gdzie tam, za wszystko trzeba jeszcze płacić. Sam siebie utrzymać nie może, a rodzinę chce zakładać. Zobaczy ksiądz, że im to dziecko zabiorą. Dobrze, że chociaż od paru lat z mężem mam spokój, on też dawniej krwi mi napsuł. Pił, bił i robił awantury. Bywało, że zimą po śniegu tylko w kapciach i nocnej koszuli nocą do matki uciekałam, bo straszył, że zabije mnie i dzieci. Później, gdy Rafał podrósł, przestał się go bać. Siedemnastu lat jeszcze nie miał, jak po raz pierwszy mu się postawił, zaczął stawać w mojej obronie i przepędzać z mieszkania towarzystwo pijaków z całej dzielnicy, które się do mojego schodziło. A później, jak mój wykręcił junkers i na złom sprzedał, bo nie miał za co pić, to Rafał tak się zdenerwował, że mu szczękę złamał. Raz go tylko uderzył i to otwartą ręką, sama widziałam. Siłę to on ma. Mój też, jak był młody, to taki silny był. A potem to, co alkohol z niego zrobił. Policja była. Rafałowi nawet sprawę chcieli zrobić, ale mój się wycofał. Bo jak by to wyglądało w sądzie, że ojciec przeciw synowi zeznaje. Zawsze to syn. Po tym mój do garażu się przeniósł. Teraz schodzą się do niego pijaki z całej okolicy. Tam nikomu nie przeszkadza, a i jemu nikt nie przeszkadza. Więc teraz mam z nim spokój. I tylko jak zimą są tęgie mrozy, to go nieraz Maciek do mieszkania przeprowadzi na noc, żeby nie zamarzł, bo w tym garażu nijakiego ogrzewania nie ma.
Spojrzałem na moją rozmówczynię. Zapewne mogłaby tak opowiadać kolejne pół godziny. Dopiłem herbatę i podniosłem się z krzesła.
– Miło się z panią rozmawia, pani Jeżewska, ale dziś jeszcze muszę odwiedzić pani sąsiadów, a i pewnie już tam na mnie proboszcz czeka z kolacją.
Wstałem i skierowałem się w stronę drzwi.
– Ksiądz poczeka – powiedziała, otwierając leżące na stole Pismo Święte i wyciągając z niego pięćdziesięciozłotowy banknot. – Za kolędę coś się chyba należy. Przepraszam, że tak bez koperty, bo ja teraz z tą nogą to nawet problemy mam, żeby do najbliższego sklepu dojść. Mijasowa miała mi przynieść, ale chyba zapomniała.
– Da pani spokój, pani Genowefo. Niech za te pieniążki kupi pani coś dla wnuków, jak panią odwiedzą – powiedziałem, delikatnie odsuwając jej dłoń.
– No może z wnuków będę miała większą pociechę – westchnęła, wsadzając mi banknot do kieszeni płaszcza. – Tylko niech ksiądz nie oddaje – powiedziała rozkazującym tonem. – Bo co by to ludzie powiedzieli, gdyby się dowiedzieli. Że ja księdza po kolędzie prawie godzinę za Bóg zapłać trzymałam.

Adam Bolesław Wierzbicki