Ślady dzieciństwa

Szare, sepiowe,
Zastygłe w sieci spękanych luster,
Jeszcze śnią się w cichych ścianach,
W niemych ramach krajobrazów,
Gdzie latem chłodzą zaciszem sadów,
A zimą na ciepłym przypiecku
Ogrzewają wychłodzoną pamięć…

(…) Pomorze Zachodnie. Rok 1953. Mam dziesięć lat. Jestem nieśmiała, strachliwa, bracia mnie dręczą… Mama i dziadek nie widzą, że trzeba z tym do lekarza. Do psychologa? A kto to jest i gdzie takiego szukać? Mama powtarza: – Dziecko, ty się boisz i wstydzisz? Czego? Jesteś głupia. I tyle rodzicielskiej terapii.
Ale lubię pisać. Postanowiłam notować wszystko, co się wokół mnie dzieje. Co mnie boli, przeraża, a czasami cieszy. Ukryta za wielką szafą, w kąciku poddasza, staram się uciec od dręczącej fobii…

O naszej kozie, mojej sukience i smacznej zupie (…) Dziadek mówi, że Becia to nasza żywicielka. Ma ostre rogi i dwie „bazie” pod brodą. Lubi obierki, śpi w ziemiance i jest bardzo odważna. Nie boi się nawet ropuchy i zabitego żołnierza, co go dziadek tam znalazł. Jak się wprowadziliśmy, po Niemcach.
Na rowach rosną gęste trawy. Pasę tu naszą kozę i wstydzę się biedy, chociaż sukienkę mam z Unry, w niebieskie kropki, śliczną, że nawet do kościoła.
Chabry, mlecze, rumianki i te drobne różowe kleją się jak miód. Wystarczy pogryźć, wyssać, połknąć – i nie jest się już głodnym, i wcale nie boli brzuch. Czekamy na tatę z wojny. Dziadek pociesza, że niedługo do nas wróci.
Dzisiaj chmury są białe jak konie od sąsiada. Biegną i biegną… Leżę sobie na trawie, patrzę w niebo, a koza skubie zielsko i białe kwiatki koniczyny… Długo tak leżę, bo do samego wieczora. Aż przybiegła po mnie Janka, że jest list z Anglii w czarnej ramce. I że przyniósł go pan listonosz, a mama płacze. Ale że jest też smaczna zupa z koziego mleka, gęsta, z zacierkami.

O starej Talarzycy (…) Ona wysiadywała tam od zawsze. Tkwiła na rozlewisku jak duża, błotna pajęczyna, a smugi słońca na jej spłowiałej chustce przybierały groźne kolory. Krzesło miała z wyciętą dziurą i wiaderko pod spodem. I nigdy się nie ruszała. Była jak dziadkowy gnom z bagiennej gliny, który chronił od złego naszą kozę. Wszyscy mówili, że Talarzyca ma chyba ze sto lat albo i więcej, bo nikt nie pamiętał jej życia.
Wtedy, jak położyli ją na brudnych deskach, to od razu zaczęła straszyć dużych i małe dzieci z bagien. Ktoś powiedział, że ta stara wcale nie umarła, tylko zaschła ze starości, dlatego straszy. A ksiądz w kościele kazał się modlić, bo czy jej ciało żyje, czy nie, to tylko wie jeden Pan Bóg, który jest w niebie.
Ale jak był różaniec, to ja widziałam, że ona otwiera oczy i grozi palcem.

O głupim Stachu (…) Nasze rozlewisko sięga aż po bagna. W tamtym miejscu przepływa rzeka Studnica i wiercą się w wodzie drobne uklejki. Jak się zaprzeć na kępie i złapać za zwisające łozy, to można popluskać sobie nogami po sam muł i patrzeć, jak rybki wirują śmiesznie. Najlepiej być na bosaka, ale czarne pijawki tylko czekają, żeby przyczepić się do nóg. Mój brat Sławek jest gruby i nie wpada za głęboko. Helenka się z niego śmieje, że tłuszcz lubi pływać. A krowy od Bojków tylko jedzą trawę i mają miny, jakby poza łąką nic ich na świecie nie obchodziło.
Zimą na rozlewisku mocno zamarza. Można się ślizgać, jak kto tylko lubi. Sławek to nawet jeździ na plecach, bo ma kożuch poniemiecki, co go nasz dziadek znalazł na strychu.
W każdą Wigilię Stachu od sąsiada wyrąbuje przeręble i łapie ryby „na kiwajkę”. Wtedy akurat padał śnieg, równiutko zasypał lód i przykrył calusieńkie rozlewisko. Jak wyciągali Stacha, to był cały szklany. Już nie oddychał, tylko błyszczał jak Kaj z naszej książki o Królowej Śniegu.

O naszym podwórku (…) Latem po całym podwórku biegają różne dzieci zza bagien. My też – bez butów, na bosaka, bo mama mówi, że szkoda niszczyć. Niech zostaną do szkoły i do kościoła. Są też kury, myszy, pszczoły i pełno wszystkiego. I chrabąszcze, co nasza kwoka strasznie lubi. Ona wysiaduje na jajach, żeby były kurczaki na rosół dla Sławka, który nam często choruje.
Po kurach walają się gówienka. Jak wyschną na całkiem twardo, to Antek ładnie nimi rysuje na ścianach baraków. Ten Antek jest bardzo brzydki, bo kuleje i nie ma jednego oka, ale rysować potrafi pięknie.
Pod poniemieckimi barakami mieszkają dzikie króliki. Rzucamy w nie kamieniami, a one strasznie piszczą i uciekają w szuwary. Dziadek zakłada na nie wnyki. Jak się któryś da złapać, to jest obiad na niedzielę. Mama mówi, że darmowy i na dodatek bardzo smaczny.

O Alusiu i duchu głupiego Józka (…) Za krzakami na nowym kocu leży taki Aluś, co zawsze czyta grube książki. Jest ładny, czysty i bardzo mądry. Ja i Janka strasznie się go wstydzimy. A jego babcia ma krzywy nos i krzyczy do dzieci raus. Bo to jest poniemiecka Baba Jaga i czas najwyższy, żeby wyjechała do swoich, za Odrę. Tak powiedział kiedyś do mamy nasz dziadek Franek.
A w ziemiance za barakami, tam gdzie mama hoduje świnię, straszy duch głupiego Józka. Bo on naszej Jance zrobił w lasku coś takiego, że długo leżała w łóżku i nie odzywała się do nikogo. Potem, jak ten Józek wykopywał skarby po Niemcach, to rozerwała go bomba i Janka powiedziała, że dobrze mu tak.

O Stelli, że jest śliczna i siedzi w pierwszej ławce (…) Ona jest jak lalka w różowej sukience, a pani od polskiego powiedziała kiedyś, że jej imię to gwiazda. Chociaż ja, w domu, w moim małym lusterku, jak zamknę oczy i zaraz je otworzę, to też jestem przez chwilę jak Stella, z lokami, naprawdę. Ale bym się wstydziła komukolwiek o tym powiedzieć. Mama mi mówi, że chociaż bracia mnie przezywają krótkowłosek-długonosek, to mam się tym wcale nie przejmować, bo za mokradłami mieszkają bardzo biedne dzieci, które zamiast włosów mają strupy, a i tak zawsze są wesołe.
Raz w naszej klasie też było wesoło, bo pani nauczyła dzieci przedstawienia o królewnie. Ja i Janka nadawałyśmy się na żaby, a Stella została królewną w złotej koronie. Mnie i Jance mama kupiła nowe rajtuzy i sandały, żeby było ładnie. Ale chłopaki i tak się z nas śmiały – ropuchy, ropuchy…
A Stella tak pięknie tańczyła. I pani dla niej grała na wielkim fortepianie. Myśmy skakały z tyłu. I też się cieszyły, bo pani powiedziała, że stanowimy tło dla prawdziwej artystki.

O moim bracie Sławku (…) Puścił bąka i bał się poruszyć. Klasa pokładała się ze śmiechu, a pani za karę posadziła go w oślej ławce. Z tego wstydu chciał umrzeć. Potem już nie, bo dziadek zabierał go nad staw, na krasnopióre płotki. Łapali je na białe robaki, które wierciły się w puszce. Zupełnie jak te w naszym wychodku. A brat brał je w dwa palce, nakłuwał na haczyk i zaraz potem, bez umycia rąk, jadł chleb ze smalcem i grubo cukrem, który zawsze podkradał mamie.
W ogóle miał pomyślunki. Raz wykombinował, że w klatce na króliki z małej jaszczurki wyhoduje dużego krokodyla. Ale jaszczurka szybko zdechła i trzeba ją było zakopać. Postanowiliśmy, że w tym pudełku od Janki, po jej lekarstwie. Ona na coś chorowała i miała ich aż trzy. To jedno, które nam odżałowała, było bardzo piękne, z przegródkami. Pisało na nim: Penicylina. Dołożyliśmy tam mysz złapaną na łapkę, suchą muchę z okna i łysego ptaszka, który akurat wypadł z gniazdka. Kiedyś później zrobiło nam się tego pudełka szkoda, odkopaliśmy grób, ale tam już tylko strasznie śmierdziało.

O tym, że bratu urosły nogi (…) Wtedy, na wiosnę, bratu tak urosły nogi, że nie mógł wcisnąć zeszłorocznych pepegów. Mama poobcinała mu paznokcie, że aż z dużego palca zaczęła kapać krew, ale buty i tak nie chciały wejść. Pani Lefferowa poradziła, że lepiej obciąć czubki w butach, niech nogi mają swobodę. Mama tak właśnie zrobiła i stopy weszły. Tylko wieczorem, po bieganiu, jego palce były całe czerwone i zapuchnięte. I nie pomogło nawet jakieś specjalne smarowidło od takiej dziwnej babki, która mieszkała za lasem. Wtedy dziadek przyniósł mu poniemieckie łapcie ze strychu. Były za duże i tak szurały, że brat już przez całą wiosnę nie mógł się z nami bawić w berka. I strasznie płakał.

O mnie, o makach i o odważnym Kaziu (…) Płatki już opadły, ale makówki są jeszcze zielone. Gdy dojrzeją, powyjadamy z nich środki. Będziemy znowu turlać się po trawie, aż zaśniemy na mokrej łące. Musimy uważać na szczypawki i włochate robale, bo włażą pomiędzy palce u nóg. Ale co tam!
Na poziomki trzeba przez grzęzawisko czołgać się na czworakach po grubych gałęziach i trzymać się mocno za ręce. Kazio ma tylko jedną. Drugą kiedyś mu urwało. Dziadek mówi, że to jeszcze wtedy, jak była wojna. Ale Kazio i tak nie boi się niczego, nawet ostrego noża. Wycina nim jakieś białe korzenie i zaraz je zjada.
Dzisiaj jest czarny wieczór. Na bagnach wyrosła mgła jak dym na łące u tego pana, który pali suchą trawę. Mama bardzo się o Kazia boi, bo kładka ma dużą dziurę, a jego wciąż nie ma.

O biednej Chrumce (…) Raz, jak zakwitły śnieżynki, to mama się strasznie zmartwiła, bo nasza świnia zachorowała na reumatyzm. Pełno deszczu się na nią wylało i nawet nie pomogło, że posmarowali jej nogi grubo smalcem i zawinęli ciasno w szmaty. Ona i tak, biedna nasza Chrumka, nie dała rady chodzić. Więc postanowili ją zabić.
Dziadek uwiązał świnię do drzewa, gdzie stało pełno dzieci. Chciał dużym nożem w serce, ale poszło za bardzo w bok. Świnia kwiczała na całe podwórko, a krew sikała jak z sikawki tego pana strażaka, co kiedyś gasił pożar u Dopierałów. Dopiero nasz pan sąsiad trafił w samo serce. Chrumka upadła na trawę i miała strasznie czerwone oczy. Ja i brat płakaliśmy i nie chcieliśmy później tego mięsa jeść, ale dziadek na nas krzyczał i musieliśmy.

O słodkim miodzie i o dziadku, który gdzieś nam zaginął (…) Wszystkie dzieci najbardziej się cieszą, jak dziadkowe pszczoły fruwają, bo jest wtedy w sadzie pełno motyli i dziadek daje każdemu do ręki plasterek miodu. I zawsze kwitną późne stokrotki. Mama mówi, że to anioły, bo są piękne jak nasz poniemiecki ze strychu, co w święta Bożego Narodzenia wisiał na czubku choinki i śpiewał Stille nacht.
Tylko że nam się teraz strasznie chce płakać, bo nasz dziadek gdzieś zginął. Właśnie wtedy, gdy wszystkie dzieci były w lasku na orzechach. Orzechy są bardzo smaczne – trzeba je najpierw w dwa kamienie, potem wyskubać i sobie chrupać. W tym lasku często włażą w nas kleszcze. Wieczorem mama je chlapie okowitą i wydłubuje…
Ale my się bardzo martwimy, że naszego dziadka nie ma.

O naszym dziadku jeszcze raz (…) Pod lasem i nad mokradłami zawsze wiszą mgły. Tam trawy się kołyszą w gniazdowaniu, bo lipiec, i pisklaki się pierzą – mówił. A tu jest lustro, w którym widać niebo, moja kochana wnuczko. Dziadek zawsze wszystko tłumaczył – że nie wolno skakać po kępach i nie rzucać kamieniami w torfowisko, bo topielica wciągnie.
Bagna świeciły cudnie od drobniusieńkich jaskrów. Czasy zdawały się dłuższe od zwyczajnych. Wciskałam piąstki w jego duże ręce – bezpiecznie i ciepło.
Wtedy było już ciemno. Dziadka ubrali w niedzielny garnitur po tacie. Nie oddychał. Pełno było na nim lepkich kwiatków z bagien. Jak się modliłam, to na mnie patrzył. Naprawdę. Później już zawsze bałam się nocy.

O Sławku i że ja też byłam chora (…) Jak znowu przyszła wiosna, to Sławek musiał pić smalec wytopiony z psa. Z tego Burka, co był obdarty ze skóry i wisiał na haku w naszej zimnej komórce. I nie wolno było nikomu o tym mówić, bo wujek go złapał na pętlę, którą ukręcił z ukradzionego drutu. A mama zrywała w lasku klejące czubki z sosenek i później je długo gotowała. Też dla Sławka. Dosypywała do nich dużo cukru. To było lekarstwo, które Sławek bardzo lubił. Nawet czasem dawał mi trochę na łyżeczce. Tylko że ja nie mogłam się z nim bawić, żeby się od niego nie zarazić. Chociaż my i tak uciekaliśmy za lasek, aż pod bagna, gdzie nikt nas nie widział.
Jak byłam bardzo chuda i blada, to jakaś pani zawiozła mnie na rowerze gdzieś daleko. Musiałam tam w samych majtkach wejść do ciemnej komórki, a pan z brodą w białym fartuchu zbadał, że mam chore płuca.
Później długo piłam gorzkie lekarstwo i było mi smutno, bo nasza mama zawiozła Sławka pociągiem gdzieś jeszcze dalej. Tam, gdzie chore dzieci zdrowieją. Ale on i tak umarł.

O tym, że wciąż się boję (…) Już nie ma Janki i Sławka, a za bunkrem poniemieckie groby. Tam znów zakwitły nasze zawilce. Kiedyś wszyscy zbieraliśmy je w bukiety do ładnego pokoju i mama się cieszyła. Teraz jestem sama i wciąż mam lęki. Z tamtych grobów wyskakują szczury i świecą jakieś dziwne oczy. Na pewno poniemieckie duchy i serce mi wtedy strasznie bije. One mają rozczochrane włosy i krzyczą po ich języku.
W szkole w ławce teraz siedzę sama, w wyblakłej sukni. Jeszcze tej z Unry.
Obgryzam paznokcie, bo się boję, że nie zdążę do ubikacji, jak wtedy, gdy te z pierwszej ławki włożyły mi do bułki zdechłą muchę, a pani powiedziała, żeby nie zawracać jej głowy bzdurami…

Po latach (…). 2018
Tyle we mnie tamtego. Tyle pamięci po obrazach, które wracają, przechadzają się, przeciągają, przekomarzają…
Jestem w nich wciąż infantylna, noc otulam po samą szyję…
Strach to czy tylko dawne, irracjonalne lustro?

Opowiadanie zdobyło 3. nagrodę w 19. Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Eugeniusza Paukszty „Małe ojczyzny – pogranicze kultur i regionów”

Edyta Wysocka