Prozy

Poniedziałek

Nieogarniona niebieskość na niebieskim niebie. Wysoko uniesiona dziecięca farbka dająca zachwyt. Patrzę, jakbym pierwszy raz w życiu widział i poczuł, że chodzi o coś więcej. Błękit nad Zawadą, nad moim domem, ogrodem, moją głową. Nie mam dla niego jednej nazwy. Nie trzeba. Stała się wyjątkowa aura. Niebo łagodne, nienatarczywe, usłane małymi płachtami obłoków. Ale za godzinę uderzy upał.

Odpowiedź

O co chodzi w tym naszym niskim, powikłanym, skomplikowanym, wiodącym do zmęczenia życiu? O dobre słowo. A o co więcej i o co innego, to się zobaczy. I wypada żywić nadzieję, że to, co się zobaczy, nie będzie gromem, klęską ani kamieniem.

Dobrze

Wstałem, łagodny poranek, nic nie ponagla, nic nie trzeba, dobre takie nic, ciche niebo, nie za gorąco. Lekko, ale powoli myśli i czucia same napływają w fali tęsknoty za sprawami jakiejś wielkiej duchowej wagi.

Głos

W czasie, który trwa i na ogół wiemy, jaki to czas, gdyż czujemy jego różne tchnienia na własnej skórze, widać, że głos humanisty nie przebija się. Głos. Mało dla niego miejsca. Jest za słaby, by być słyszanym. Korporacje i politycy nie pozwolą. Jakby czemuś mógł przeszkodzić. Coś nazywać po imieniu. Silny zresztą nie może być, bo zaprzeczyłby swojej istocie. Będzie upominał, będzie wołał, będzie ostrzegał i pozostanie głosem wołającego na pustyni. Samotny. Marginalny. Technika i różne dzisiaj jej moce, a wraz z tym filozofie, ideologie i demagogie łudzą ludzi wizją dobrego, wygodnego życia. Że nikomu niczego więcej nie trzeba od rana do nocy. Przekonują do swojej słuszności. Nie da się zaprzeczyć, że dają jakąś szansę, ale tym, którzy owymi mocami dysponują, ułudnie wydaje się, że rosną tylko w zwycięską siłę.

Na obrazie

Na obrazie młoda, naga dziewczyna, dziewczynka, jak zgrabna figurka z chińskiej porcelany, klęczy na parapecie okna, przy kolanach doniczka z kwiatami, za oknem świat, którzy patrzy na jej piękne ciało, będące kwiatem.

Moje życie

Upewniam się, że od urodzenia w zasadzie całe życie idę, a zwłaszcza chcę iść, w stronę piękna. Jest we mnie silna taka determinacja. Wewnętrzny paradygmat, który we mnie układa się w opowieść. Na spacerze wychylam się albo rozglądam za jakimś ujmującym widokiem, źdźbłem, kamykiem, zjawiskiem, refleksem światła. Nie zawsze udaje się to. W kontaktach z ludźmi też raz po raz nie udaje się.

Lebioda

Młodą, miękką lebiodą, ręcznie wyrywaną najczęściej z pola kartofli, które miało jeden główny cel – jesienią wydać obfity plon, na wsi zimą szczególnie ceniony, więc młodą lebiodą moja mama karmiła kury, kurczęta, trzodę chlewną. Pamiętam te widoki i lata. Duże jej pęki niemal codziennie niosła do domu. I żyliśmy. Kto dziś wie, że to bardzo cenny, pożywny pokarm, zielsko? Urosła zieloniutka lebioda nieopodal ściany garażu, z jednego ziarenka. Zieleń satynowa, niepospolitej tonacji, liście drobne, liczne, niebanalna linia ich kształtu, nic jej tu nie zagraża, żadne inne rośliny nie stłumiają tego miejsca, gdzie ona osiąga swoją dorodność ani moje spojrzenie jej nie zagraża. Ani upał. I wiatr nie połamie. Ale pomiędzy listki dociera światło. Na wszystkie strony bez przeszkód wokoło poszły jej drobne, liczne łodygi, i usadowiło się na nich mnóstwo kuleczek z nasionami, tysiące ich, a może miliony, które będą zaraz się rozsypywać. Patrzę i widzę piękno tej odpowiednio wysoko uniesionej harmonii. Tak. Ta lebioda udowadnia bez jednego słowa rację swojego istnienia. Pospolita roślina, której się udało. Jednak w przyrodzie nie ma idylli. Trwa zmaganie. Każda roślina o swoje miejsce musi walczyć. Okazuje się, że możliwe jest współistnienie. Cały w tym urok świata. Ktoś słusznie może zapytać, o co mi chodzi i dlaczego zachwyt.

Wtajemniczenia

Malarstwo jest znakiem. Przybyło z Afryki. Coś nam daje (to symboliczne) poza zdobniczym walorem. Ma sens, ważny sens, wtedy, gdy zauważymy obecny w nim znaczący sekret, punkt magiczny, który kolory i kształty, linie i punkty na płótnie przewartościowuje. I do tego sekretu można odnieść całą artystyczną przestrzeń. Takie (żywe) obrazy dobrze jest kontemplować. Za sprawą zagadkowego uśmiechu Giocondy wszystko na tym obrazie Leonarda da Vinci także uśmiecha się. Widać wysiłek odkrycia. Jednak wtajemniczenia, czyli odkrycia sensu sztuki, nie każdemu są pisane. A współcześnie? Mało szerszych odniesień daje fragment, barwna plama, impuls lub aspekt istnienia. Uniwersalizujący znak jest jakby poza możliwością sztuki, a może w tym ograniczeniu zawiera się ukryte jednak wskazanie na pełnię?

Gwiazdy

Sierpniowe, czyste niebo pełne gwiazd. Noc duszna, spać trudno. I trzeba wyobrazić sobie, że w takiej spiekocie, upale i żarze wybuchło Powstanie Warszawskie, dzisiaj oceniane już krytycznie, które wymagało w każdej sprawie najwyższego rodzaju wytrwałości. By przeżyć jeszcze jeden dzień, godzinę, w niedostatku, wśród ruin, w zaduchu piwnicznym zburzonego domu. A nam przewraca się w głowach, bo mamy pracę, nowe auta i nadmiar dóbr.

Inne gwiazdy

Gwiazdy biznesu, filmu, telewizji, mody, sportu, internetu, reklamy, muzyki, miss-gwiazdy i wszelkie inne rodzaje celebryckich ciał domagają się, by na nie zwrócić uwagę, słuchać ich rad, pouczeń, mądrości, opowieści i podziwiać je oczywiście. Wszystkie nakierowane na wchłanianie naszego wewnętrznego światła, naszych pieniędzy, emocji, dostosowywania do głoszonego stylu życia, ekstrawagancji, jedzenia, leczenia chorób, ubierania, zachowań seksualnych etc. Tylko nie do bycia światłem.

Czasy

Czasy nastały lepsze. Lżejsze. Prawdziwie tej wartości nie cenimy. Każda jasność ma jednak swoją ciemność. I to ona wystawi nam rachunek. Tylko nie wiemy, w którym to będzie momencie.

Zdanie

„Wróciłam z trzeciego (w ciągu ostatniego tygodnia) pogrzebu. Ludzie padają jak muchy”. Krótkie, smutne zdanie. I nawet nie ma miejsca, by do tego dodać coś jeszcze. Tylko napić się herbaty. Zamknąć okno, bo do pokoju wpadają ćmy.

Brzoskwinia

Obciążone wielością owoców gałęzie brzoskwini złamały się. Rano wstałem i zobaczyłem z daleka. Zabolało. Drzewo nie dało sobie rady z ciężarem, a ja nie doceniłem odpowiednio wcześnie powagi sytuacji.

Gdy

Życie martwieje, gdy nie ma demokracji, co poznaliśmy nie tak dawno aż nadto z wielu stron. A gdy jej za dużo – zmienia się w anarchię, głupotę, jątrzenie, rozprzężenie, manipulację, nieodpowiedzialność. Najcenniejsza jest równowaga, którą ustanawia wolność i respektowanie zasad. Jednak i równowaga musi czasem być naruszana. Tego wymaga dynamizm życia. Podobnie rzecz wygląda w poezji. Gdy górę biorą emocje, szaleństwa wyobraźni, egotyzm, eksploracje skojarzeń, to poezja przestaje znaczyć. Równoważenie emocji przy pomocy rygoru stylistycznego sprawia, że czujemy poetycką powagę. Nie tak łatwe to wszystko do zrealizowania. I poeta nie może stać w miejscu. Wielu poetów odkrywa, ba, chaotycznie obnaża swoje wnętrza, światy, bo to łatwiejsze, łatwiejsze niż refleksja. Zarazem zadania poetyckie jawią się dość enigmatycznie. To skutek rozproszenia się i zatracenia stylu epoki. Toteż w dążeniu do własnego głosu i prawdy można dopatrzyć się dozy artystycznego heroizmu. Wystarczy.

Za progiem

Za progiem jesień. Taka jak co roku. Wysypuje mnóstwo kolorów, liści i światła. Mimozami się zaczyna. Wszystko w krajobrazie intensywnie malarskie, jakby utrzymane na fali wyższego przeznaczenia, ale już widoczne jest osłabienie życia. Przyroda notuje umieranie, chłód, więc i kolory są wyraźnie pożegnalne. Czerwień i złoto ogarnia rdzawość, a potem definitywnie czernieje. Już się czuje jesień, umieranie, późny czas i odpływanie fali. Jeszcze w jakimś obrazie lub w utworze poetyckim, lub w akcie życiowym ktoś próbuje siebie pokazać od najistotniejszej strony. Coś zrobić, coś powiedzieć na koniec. Zaznaczyć. Lubię czytać starych poetów. Żywiołu w ich wierszach już mało, ale istotność słów wzrusza. Samotność i poezja spotykają się ze sobą.

Powrót do Jaromierza

Podniosło mnie na duchu, bo ktoś dopatrzył się w moim narracyjnym przywoływaniu Jaromierza czegoś ważnego, przekonywającego, czego będę bronił, mówił o tym, nie wstydził się. Tam przecież wypełniło się moje dzieciństwo. Gniazdo. Wszystko zobaczyłem, dotknąłem i zasmakowałem pierwszy raz jako prawdziwe. Potem przez lata szedłem już zawsze trochę po omacku.

Wrzesień

Minął niesamowity wrzesień. Dzień za dniem szedł jak w zegarku. W pierwszym tygodniu znalazłem się w szpitalu, pisałem wiersze, siedząc na szpitalnym łóżku. Podłączano butelki z jakimiś płynami, wiedziałem codziennie, jakie mam ciśnienie krwi i temperaturę ciała, a następnego dnia zawieziono mnie na operacyjny blok. Miałem potem czas przeczytać absolutnie dobrą prozę Conrada Smuga cienia. Po dwóch tygodniach z wierszami jechałem do Biblioteki w Gorzowie. Był słoneczny dzień, ocean obłoków na niebie, jechałem w te obłoki, mentalnie całkowicie ich urokowi oddany. Pomnik Chrystusa w Świebodzinie z dala jawił się jasno i przyjaźnie. W Bibliotece czułem dobry klimat, stoliki zajęte, widać, że publiczność słucha, Irek świetnie przeczytał mój wiersz W prostej izbie malarstwo (holenderskie). Całe życie do prostej izby mam azymut. Basia Dominiak zadała kilka literacko istotnych pytań, które były rejestrowane. Wracałem w nocy. Teraz w domu mogę słyszeć i siebie oglądać na ekranie. Mili ludzie – Danusia, Marzenka, poeta Jerzy Gąsiorek z nowym zbiorkiem, który powiada: „tak słuchałem, jak ty na tej harmonijce grasz”. A harmonijka to moje dzieciństwo w polach i łąkach. Wróciła po latach i znowu gram melodie, które potrafię i lubię.

Gęstwa

Gęstwa barwnego istnienia jesieni wokoło. Blisko i dalej. Zawsze można się do natury zwrócić ratunkowo o wsparcie dla swojego ja. Taras w październiku wilgotny, płytki śliskie. Niebo jasne, lecz powiewy chłodne. W ogrodzie, który nasącza światło, nieskończoność form.

Ale

Uważny obserwator spostrzeże, że świat staje się dziwaczny, ekscentryczny (Tokarczuk też to zauważa). Codziennie jakiś niewiadomy w gruncie rzeczy. Ludzie kierują się w stronę wirtualności, chyba ponad miarę. Wchodzą bez oporów, chętnie, w taki styl bycia jak w szansę bycia kimś szczególnym, wartym docenienia. Już nie wystarcza zwyczajność, już swoje miary i wartościowania dostosowują tylko do tego typu postaw. To widać wszędzie, w ubiorze, ozdobach, słownictwie, gestach i poglądach. Jakoś trochę śmiesznie robi się, teatralnie, ale dopóki czegoś się nie przekracza, to w porządku, można się czuć swojsko nawet, jednak – łatwe wbicie komuś noża w serce odsłania drugą stronę tego medalu. Jest tak, że każde lekkoduchostwo lub wariacki narcyzm zawiera dozę nieodpowiedzialności (też w polityce), beztroski, obojętności i prowadzi do głoszenia wydumanych rewelacji etc., a to skutkuje ciężko. Po prostu ciężko. Realność sprawdza każde słowo, myśl, deklarację. I wyznacza cenę.

Czesław Sobkowiak