AGELIA

AGELIA – Prolog

Dawno, dawno temu. Naprawdę bardzo dawno temu była sobie Dziewczyna i był sobie Chłopak, a między nimi była sobie Miłość. I było im we troje bardzo dobrze. Chodzili na długie spacery, tam gdzie tylko nogi ich poniosą, a gdy zmęczyli się chodzeniem, znajdywali zaciszny zakątek i oddawali siebie w ofierze Miłości. Lecz z czasem Miłość zaczęła nudzić się tą dwójką. Zapraszała do zabawy kolejno: Gniew, Smutek, Znudzenie i Cierpienie. Razem nie było im już tak dobrze jak we troje. Gdy któregoś razu zawędrowali do zielonej doliny przedzielonej strumieniem, Miłość zaprosiła Chłopaka i Dziewczynę do tańca. Potem przekonała Gniew, Smutek, Znudzenie i Cierpienie, aby dołączyły do zabawy. Miłość odeszła na bok i przyglądała się, jak Chłopak i Dziewczyna tańczą w Gniewie, Smutku, Znudzeniu i Cierpieniu. Przestała ich kontrolować, obserwowała, jak niezgodnie tańczą, jak plączą im się nogi, jak Gniew, Smutek, Znudzenie i Cierpienie niezgrabnie tworzą melodię. I uznała Miłość, że ma już dość. Nakazała odejść Znudzeniu i szepnęła Gniewowi kilka słów, a ten przekazał je Chłopakowi i rzekł Chłopak do Dziewczyny:
– Zabieram swoją Miłość i zostawiam ci Cierpienie.
I odszedł z Miłością, a za nimi podążył Gniew, który z czasem od dwójki tej również odszedł.
Dziewczyna rozpłakała się w ramionach Smutku i upadła na zieloną trawę. Cierpienie odepchnęło Smutek i przywarło do Dziewczyny tak, jakby było jej częścią i płakała tak Dziewczyna, nie mogąc ruszyć się spod ciężaru Cierpienia. A łzy jej padały na zieloną trawę i płacz ten trwał wiele, wiele lat. I gdy wypłakała już wszystkie łzy, wciąż czuła na sobie ciężar Cierpienia, nie mogąc ruszyć się z miejsca swojego upadku. Suchymi oczami ujrzała swoje dłonie i nogi zakopane w ziemi. Nie było one nawet już dłońmi i nogami, ale grubymi korzeniami wbitymi poniżej powierzchni. Stała się Drzewem. Drzewem wysokim do nieba, o grubym pniu i konarach. Była w każdej gałęzi, w każdym liściu, w słojach, w rdzeniu, w korze. Gdy zakładała na głowę koronę, dostrzegała wszystko, co widać było na horyzoncie i ujrzała w oddali wielki, biały mur otaczający całą zieloną dolinę. Ujrzała też białe domki z czerwonymi dachami i drzwiami. Widziała uliczki i alejki otoczone wysokimi lampami. Po alejkach przechadzali się ludzie: inne dziewczyny i inni chłopacy. Spojrzała na rzekę, która podzieliła dolinę na pół. Zbudowano tam niewielki mostek, który łączył dolinę, a na mostku ujrzała Wędkarza. Dręczona Cierpieniem i pragnieniem samotności wykrzyczała do Wędkarza:
– Obyś nigdy nie złowił żadnej ryby!
Stojący na pomoście Wędkarz usłyszał zaledwie delikatny szum liści i łowił dalej. Jednak tak jak życzyło Drzewo, żadna ryba nie skusiła się na jego przynętę. I tak każdego dnia Wędkarz przychodził z rozmaitym robactwem, wierząc, że któregoś razu sprosta wyszukanym gustom kulinarnym agelijskich ryb.
Widząc potęgę swych słów, Dziewczyna-Drzewo obiecała sobie, że każdego, kto zakłóci jej spokój, spotka ciężar jej Cierpienia.
Pierwszą zakochaną parę, która przysiadła pod nią, przeklęła dzieckiem z niezaspokojoną ciekawością.
Drugiej parze zesłała dziecko, które nie będzie potrafiło znieść własnego widoku i z lęku nie spojrzy nigdy w lustro.
Trzeciej parze, która oddała się miłosnym zabawom tuż pod jej liśćmi, życzyła dziecka, które zazna przeklętej miłości.
Czwarta para została obdarzona potomkiem, który nigdy nie zaśnie.
Piątej parze zesłała dziecko, które nie zazna sytości.
Szósta para miała spłodzić istotkę, której nikt nie usłyszy.
Siódmej parze życzyła dziecka, które nie zobaczy nigdy dnia.
Lecz Dziewczynie-Drzewu tego wszystkiego było mało. Wszystkich tych mieszkańców białych domków z czerwonymi dachami i drzwiami obdarzyła niewiedzą, a całej dolinie zesłała pętle zapomnienia. I dopiero wtedy mogła obserwować skutki własnego Cierpienia.

AGELIA – Milczenie

Nikt nie potrafił powiedzieć ośmioletniej Avie Konvuzo, kiedy powstała Agelia. Dziewczynka spytała najpierw swoich rodziców, panią i pana Konvuzo. I chociaż ich umysły były bystre, to po intensywnym marszczeniu czoła i unoszeniu brwi, a także zaciskaniu ust, które wyrażały ich głębokie zaangażowanie w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie ich córki, pozostawili jej ciekawość niezaspokojoną. Zwyczajnie w świecie nie wiedzieli, kiedy powstała Agelia. Ava zapytała więc babcię i dziadka Konvuzo. – Bardzo dawno – odpowiedziała babcia Konvuzo, a dziadek jej przytaknął. Taka odpowiedź wystarczyła dziewczynce. Jednak w wieku dziesięciu lat zapytała sąsiadkę, panią Kirn – matkę Oktawii Kirn – kiedy to jest „dawno”. Pani Kirn pokiwała głową kilkukrotnie i wydała z siebie ciche mruczenie, jak robi to zwykle człowiek, który udaje, że coś wie i odparła: – Pomiędzy stworzeniem świata a obecnym czasem.
I Ava Konvuzo uznała tę odpowiedź za godną jej pytania. Jednak, kiedy w wieku trzynastu lat usłyszała, jak Lukrecja Wyler żali się swojej mamie, pani Wyler, że d aw n o nie dostała nowej sukienki, zdała sobie sprawę, że odpowiedź pani Kirn – matki Oktawii Kirn – jest nieprecyzyjna. Poszła więc do Kapłana i zapytała:
– Kiedy powstał świat?
Kapłan uśmiechnął się, kładąc na kolanach Świętą Księgę i powiedział:
– Wtedy kiedy na świecie nie było niczego poza chaosem.
– Czyli kiedy? – zapytała.
– Na początku czasu.
– I co było potem?
– Bóg stworzył świat i gwiazdy, i niebo, i wszystkie cuda świata, takie jak ludzie i inne stworzenia. Bóg stworzył także rowery i samochody.
– A huśtawki?
– Też.
– A książki?
– Naturalnie. Bóg stworzył najpierw litery.
– A czy stworzył też mowę?
– Bóg stworzył wszystko.
– Ale nie stworzył czasu i chaosu – zauważyła trzynastoletnia Ava Konvuzo, a Kapłan otworzył usta ze zdziwienia i siedział tak przez kilka dni, aż w końcu ktoś zapytał go o coś, na co znał odpowiedź i tak powrócił do świata harmonii pytań i odpowiedzi.
Ava Konvuzo zdecydowała się policzyć czas, od momentu jego stworzenia do czasu obecnego. Stwierdziła więc, że skoro ma trzynaście lat, to musi znaleźć kogoś, kto żyje dłużej od niej, a różnice wieku dodać do siebie, a potem znaleźć kolejną osobę i kolejną i tak dalej, a dzięki skomplikowanemu równaniu mogłaby dojść do tego, ile świat tak w ogóle ma lat! Potem podzieliłaby czas świata przez dwa i dowiedziałaby się w końcu, jak długo istnieje Agelia. Niestety. Bardzo szybko musiała się poddać, bo potrafiła liczyć tylko do stu. Jak każdy Agelijczyk. Uważano bowiem, że sto to i tak sporo, a liczby służą tak naprawdę odprawianiu codziennych rytuałów o odpowiedniej porze i świętowaniu urodzin, a ponieważ nikt nie dożywa stu lat, uznano, że dalsza nauka liczb jest marnotrawstwem czasu. Jednak kiedy Ava Konvuzo skończyła osiemnaście lat, stanęła przed wielkim białym murem otaczającym całą Agelię i zastanowiła się. Wiedziała, że od tego zastanawiania się rozboli ją głowa. Jednak było już za późno, myśli przenikały przez jej głowę z zawrotną prędkością, a z myśli tych wyłaniały się pytania: Kto stworzył mur? Ile lat ma mur? Co jest za murem?
Wróciła więc do domu i zadała swojej matce, pani Konvuzo, wszystkie te pytania. Pani Konvuzo nie znała odpowiedzi, podobnie jak pan Konvuzo i babcia Konvuzo. Zrozpaczona i niezaspokojona przez swoją dręczycielską ciekawość, Ava pobiegła na cmentarz i stanęła przed grobem swojego dziadka Konvuzo i zapytała go, kto i kiedy stworzył mur, a także co jest za murem. Lecz grób milczał, bo nawet zmarły nie znał odpowiedzi. Jego duch błąkał się między cieniami rzucanymi przez wszystkie drzewa Agelii i po śmierci nie doznał wcale oświecenia – nigdy nie zadawał sobie takich pytań, jak jego wnuczka Ava. Jego życie po śmierci było równie spokojne jak za życia. Ava Konvuzo rozpłakała się nad grobem swojego dziadka i przysięgła sobie, że musi poznać odpowiedzi, bo nie dadzą jej one spokoju ani za życia, ani po śmierci.
Oktawia Kirn miała tej nocy dziwny sen. Zwykle śniła o tym, co robiła w ciągu dnia. A to jadła śniadanie, innym razem czytała Księgę Świętą, a czasami rozmawiała z sąsiadką i słuchała długich rozważań Antoniny di Lectus Luisy na temat chłopców. Tej nocy jednak sen był niecodzienny. Oktawia Kirn śniła, że się obudziła. Obudziła się o świcie. Spojrzała przez okno i ujrzała Gwiazdę Zaranną obserwującą jakąś postać. Oktawia wyszła z domu, stanęła na ganku i podążyła wzrokiem za Jutrzenką. W stronę muru Agelii szła Ava Konvuzo. Dumna i wyprostowana. Oktawia wyszła boso na ulicę, czując pod stopami jeszcze chłodną nawierzchnię, bo zanim ta nagrzeje się od słońca, minie jeszcze kilka godzin. Patrzyła, jak Ava idzie w stronę muru, zupełnie tak jakby go nie było. Oktawia zastanawiała się przez chwilę, czy nie zawołać swojej koleżanki, czy nie ostrzec jej przed zderzeniem z murem. Zanim podjęła decyzję, zanim wzięła głęboki wdech, by wydać z siebie najgłośniejszy w życiu dźwięk, Ava Konvuzo zniknęła w murze. Zamiast krzyku Oktawia wciągnęła świszcząco powietrze do płuc i zastygła przerażona. Wiedziała już, co się wydarzyło. Wiedziała, że była temu winna. Nie ostrzegła Avy przed murem i oto dziewczyna w nim utknęła.

Zegar na wieży ratusza wybił dokładnie szóstą. Dziesiątki czerwonych drzwi umieszczonych w białych domkach z czerwonymi dachami otworzyły się niemalże w jednej chwili, a na gankach stanęli najstarsi mężczyźni z rodziny i schylili się, żeby podnieść nowe wydanie gazety codziennej i po chwili zniknąć za murami swoich domów. Wraz z wybiciem dzwonów Oktawia Kirn zbudziła się ze swojego dziwnego snu. Usiadła na łóżku i spojrzała w stronę okna, ale Gwiazdy Zarannej już tam nie ujrzała. Przyłożyła dłoń do szyi, czując, że jej głos zagubił się gdzieś pomiędzy krzykiem a przerażeniem. Próbowała coś powiedzieć, ale nie potrafiła. Poszła więc wypłukać gardło, ale głosu wciąż nie było. Zaniepokojona zeszła na dół. Pan Kirn siedział już na krześle w kuchni przy okrągłym stole i czytał poranną gazetę, podczas gdy pani Kirn nakładała jajecznicę z boczkiem na trzy talerze. Oktawia zajęła swoje miejsce w milczeniu.
– Dzień dobry – powiedział pan Kirn, zerkając na swoją córkę znad gazety.
Oktawia otworzyła usta, ale nie wypowiedziała żadnego słowa.
– Kochanie, co się mówi? – powiedziała pani Kirn, a Oktawia tylko wzruszyła ramionami i sięgnęła po szklankę z wodą, mając nadzieję, że utopi swoje milczenie. Okazało się ono jednak wodoodporne.
Czując narastający dyskomfort, wstała od stołu i podeszła do sekretarzyka w salonie, wyciągnęła z niego kartkę papieru i długopis, po czym napisała „Dzień dobry” i wróciła do jadalni, aby pokazać rodzicom kartkę. Odetchnęli z ulgą, bo już wiedzieli, że jej córce nie odbiło, a cisza musi być spowodowane złożeniem ślubów milczenia. Gdy tylko Oktawia odeszła od stołu po zjedzonym posiłku, państwo Kirn zaczęli dzielić się swoimi przemyśleniami.
– Może ślubowała milczenie, bo zdecydowała się iść do zakonu – powiedziała pani Kirn.
– Albo znalazła narzeczonego – uznał pan Kirn.
Obie opcje były prawdopodobne. Były prawdopodobne, od kiedy Oktawia zaczęła dorastać, bo już wtedy widać było, że jest ładną i pokorną dziewczyną, a takie nadają się zarówno do zakonu, jak i do małżeństwa. Podobny los czekał większość dziewcząt w Agelii. Wyjątek stanowiła Antonina di Lectus Luisa i Ava Konvuzo. Antonina o chłopcach mówiła dużo i chętnie z nimi flirtowała, ale była wredną dziewczyną. Mężczyźni nie biorą sobie wrednych kobiet za żony. Z kolei Ava Konvuzo została skazana na staropanieństwo nie tyle przez swoje pytania, co przez konsekwencje nieotrzymania odpowiedzi. Dręczona niemożnością zaspokojenia ciekawości nie mogłaby zaspokoić nikogo innego w żaden możliwy sposób. Co więcej, narastające w jej głowie pytania prędzej czy później doprowadzą ją do szaleństwa.
Oktawia Kirn założyła zieloną sukienkę, zaplotła swoje złotorude włosy w warkocz udekorowany błękitną wstążką, założyła sandały i wyszła na zewnątrz. Musiała znaleźć swój głos, zanim zacznie się niedzielna msza. Zostawiła rodzicom kartkę w kuchni, informując, że spotkają się w kościele i popędziła uliczkami Agelii, szukając swojego głosu. Nie było go pośród żadnego z białych domów z czerwonymi drzwiami i dachami. Nie było go też w parku. Stojąc na pomoście, pomyślała, że może wpadł on do wody. Ściągnęła sandały, podwinęła sukienkę i weszła do wody, mając nadzieję, że na niego nadepnie, ale woda nie wzburzyła się, nie pojawiły się też bąbelki ani kręgi sugerujące, że głos gdzieś tam jest. Potem przez dziesięć minut siedziała na pomoście z wyciągniętymi stopami, czekając, aż wyschną i znów będzie mogła założyć sandały.
Kiedy doszła do kościoła, dostrzegła Antoninę di Lectus Luisę idącą obok Gabrieli Espero i Lukrecji Wyler. Z oddali widziała, jak Antonina gorączkowo coś opowiada. Z pewnością mówiła o chłopcach. Ava Konvuzo twierdziła, że Antonina mówi, żeby odwrócić uwagę od swojego sekretu. Kiedy Oktawia pytała, jaki to sekret, Ava patrzyła na nią z niedowierzaniem i odpowiadała, że to przecież oczywiste.
Oktawia Kirn weszła do kościoła i usiadła obok swoich rodziców. W świątyni nie było państwa Konvuzo, ale to nic nowego. Nie zawsze chodzili do kościoła, czym budzili zniesmaczenie wśród Agelijczyków, ale niektórzy próbowali tłumaczyć ich tym, że z pewnością nie zdążyli na mszę, bo przez pytania Avy Konvuzo zgubili drogę do świątyni. Oktawia miała nadzieję, że w kościele odzyska głos. Tak jednak się nie stało. Podczas wspólnej modlitwy otwierała tylko usta, żeby nikt nie zarzucił jej odmawiania odmawiania modlitwy. Po mszy dołączyła do Anotniny de Lectus Luisy, Gabrieli Espero i Lukrecji Wyler.
– Piękna sukienka, prawda? – zapytała Lukrecja dziewcząt, prezentując im swoją nową, błękitną sukienkę, niemalże identyczną jak każda, którą posiadała.
Antonina i Gabriela skomentowały ją pochlebnie, ale biedna Oktawia uśmiechnęła się tylko, co nie uszło uwadze Lukrecji.
– Wiesz, Oktawia, zdecydowanie przydałoby ci się coś nowego. Widziałam ciebie w tej sukience co najmniej trzy razy – powiedziała.
Oktawia pragnęła odpowiedzieć swojej koleżance na tę zaczepkę, ale bez głosu trudno było prowadzić dyskusję. Postanowiła znów go poszukać i niezauważenie odłączyła się od dziewcząt, zamierzając udać się na cmentarz. Być może głos odebrał jej jakiś zmarły. Nie zdążyła jednak opuścić kościelnego placu, bo w jej stronę zmierzał złotowłosy Robert Wyler, szczerząc zęby na jej widok.
– Oktawio, pięknie wyglądasz. Dokąd idziesz? Wszyscy zmierzają do parku, chodźmy razem, chciałbym z tobą porozmawiać – powiedział i chociaż Oktawia wcale nie zamierzała rozmawiać z bratem Lukrecji, Robert pochwycił jej dłoń i zawiesił na swoim ramieniu.
Bez głosu i z jedną wolną dłonią czuła się przytłoczona jak nigdy.
– Za dwa tygodnie kończymy szkołę. To najwyższy czas, aby pomyśleć o naszej przyszłości. Naszej, Oktawio. Wspólnej. Szaleję za tobą, od kiedy trzy zimy temu stanęliśmy razem pod jemiołą. Przysięgam, że nie było po tobie żadnej innej dziewczyny. Ani na mych wargach, ani w moich myślach. Nawet w snach nie patrzyłem na żadną inną. Nasze dzieci będą miały złote włosy. Będą piękne i grzeczne jak ty. Nasz syn odziedziczy po mnie odwagę. Myślę, że będziesz wspaniałą żoną i matką – powiedział i spojrzał kątem oka na Oktawię, a ta oniemiała – jeszcze bardziej – i patrzyła na niego z niedowierzaniem.
– To znaczy, że się zgadzasz? – zapytał, a Oktawia Kirn, próbując z całej siły powiedzieć „NIE”, pokiwała tylko bezradnie głową, co Robert Wyler uznał za zgodę.
– Najmilsza. Będziemy razem bardzo szczęśliwi. Pójdę do twojego ojca po błogosławieństwo – powiedział i wypuścił dłoń swojej narzeczonej, pędząc w stronę państwa Kirn.
Oktawia miała nadzieję, że cały ten dzień jest tylko jej dziwnym snem, z którego lada moment się obudzi. Postanowiła ułatwić sobie przebudzenie i pobiegła do domu. Wbiegła do swojego pokoju, ściągnęła buty, sukienkę, rozplątała warkocz, założyła białą koszulę nocną, położyła się do łóżka i zamknęła oczy, czekając, aż się obudzi. Zamiast tego znów zapadła w sen, którego tym razem nie zapamiętała.
Oktawię Kirn zbudziły hałasy dobiegające z dołu. Zdążyła tylko usiąść na łóżku, a już po chwili w jej pokoju zjawiły się: Antonina di Lectus Luisa, Gabriela Espero i Lukrecja Wyler.
– Ava Konvuzo zniknęła – powiedziały chórem, a Oktawia Kirn, mimo iż zapragnęła krzyczeć, płakać i wrzeszczeć, nie mogła wydusić z siebie żadnego dźwięku.
Skoczyła na równe nogi, odepchnęła swoje przyjaciółki i pobiegła na dół, na boso, w koszuli, tak jak w swym śnie. Chciała biec do muru, bo wiedziała, że gdzieś tam musi być Ava Konvuzo, jednak gdy otworzyła czerwone drzwi, ujrzała swoich rozpromienionych rodziców, wspinających się po schodach na ganek. Gdy tylko ją spostrzegli, zatrzymali się zaskoczeni.
– Gdzie ty idziesz tak ubrana? – zapytał pan Kirn, a pani Kirn machnęła ręką i powiedziała:
– Jesteśmy tacy szczęśliwi. Za trzy tygodnie wychodzisz za mąż!
Świat zawirował Oktawii Kirn przed oczami, a kiedy odzyskała przytomność, wszystko wydarzyło się tak szybko, że miała wrażenie, że poza głosem zgubiła też czas. Założono jej sukienkę, białe buty i welon. Szybko przestała być Oktawią Kirn i stała się Oktawią Wyler. I chociaż miała ochotę krzyczeć, nie mogła tego zrobić. Podczas nocy poślubnej nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Nie krzyknęła nawet, kiedy rodziła Łucję, a potem kiedy z trudem wydawała na świat Ludwika.
Nocami wymykała się z małżeńskiego łoża i kawałek po kawałku, w świetle latarni badała agelijski mur, przekonana, że gdzieś tam utknęła Ava Konvuzo. Pod murem zostawiała wodę i chleb, a ponieważ następnej nocy nie znajdywała ani kropelki i ani jednego okruszka, wierzyła, że pomaga Avie Konvuzo przetrwać. Tylko tyle mogła dla niej zrobić. Wiedziała, że wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby ostrzegła ją wtedy, kiedy jeszcze miała głos. Nikt specjalnie nie przejął się zniknięciem Avy Konvuzo – wielu Agelijczyków z ulgą przyjęło fakt, że nikt nie zada im już więcej trudnych pytań.
Oktawia Wyler, chociaż nie mogła mówić, dostrzegła zalety innych zmysłów. Więcej widziała i więcej słyszała, ale nigdy nie miała żadnych pytań. Odpowiedzi przychodziły, zanim o cokolwiek spytała. Oktawia Wyler widziała więc, że życie w Agelii toczy się według pewnego schematu i rutyny, którą zdają się kochać wszyscy mieszkańcy. Jednak nawet w harmonijnej Agelii istniały anomalia. Lukrecja Wyler, jej bratowa, wyszła za brata Antoniny di Lectus Luisy. Nazywała się teraz Lukrecja di Lectus Luisa i urodziła dziecko, chociaż wcale nie chodziła w ciąży. Twierdziła, że ciąża nie pozwoliłaby jej nigdy wrócić do jej idealnej wagi i nie zmieściłaby się w swoje cudowne sukienki. Z tego powodu zdecydowała się po prostu urodzić dziecko bez zbędnych dziewięciu miesięcy w ciąży. Gabriela Espero została żoną dawnego ministranta, Edwarda Kornulo i wciąż była wierną towarzyszką Antoniny di Lectus Luisy, która męża nie znalazła. Po wielu latach Oktawia Wyler zrozumiała, jaki sekret skrywała Antonina. Swoją tajemnicę dzieliła z Gabrielą. Różnica między przyjaźnią a relacją romantyczną jest trochę jak podejście do wędkowania. Niektórym przyjemność i spełnienie daje samo łowienie ryb. Nie muszą ich jeść, po zwalają im dalej pływać w stawie po tym, jak je złowią. Niektórzy jedzą złowione ryby. Tak jak niektórzy konsumują swoje związki.
Przekleństwo milczenia dało Oktawii dar dostrzegania. W jakiś sposób czuła się Najwyższą Boginią, która patrzyła, ale nie komentowała. Widziała i wiedziała, ale czasem smutno jej się robiło, że nikt jej o nic nie pyta, nie rozmawia z nią, ale zawsze ma świadomość, że gdzieś tam jest. Oktawia była milczącą Boginią. Uśmiechnęła się na tę myśl. To była radość jej życia. Ale większa byłaby wtedy, gdyby odzyskała swój głos. Och, wtedy to by im powiedziała! Powiedziałaby Lukrecji, że jej sukienki są zwyczajne, Robertowi powiedziałaby, że go nie kocha. I chociaż nawet jej się podobał, kiedy nie byli małżeństwem, to wcale nie była gotowa na to, żeby zostać żoną. Gabrieli kazałaby zostawić męża, bo rani jego i siebie. I kazałaby im wszystkim zmienić kolor drzwi!
Z marzeniem odzyskania głosu Oktawia Wyler wyszła w nocy ze swojego domu. Nie zabrała wody ani jedzenia dla Avy Konvuzo. Chciała ją stamtąd wyciągnąć. Z muru. Nie spocznie, póki jej tam nie znajdzie. Jeśli trzeba będzie, zburzy mur… Zburzyć mur. Co jest za murem? Czy może właśnie z tym pytaniem szła Ava Konvuzo? To było jedno z jej pytań. Czy pytanie Avy Konvuzo stało się jej pytaniem? Jej, Oktawii. Nie Oktawii Kirn ani Oktawii Wyler, po prostu jej pytaniem. Oktawia ruszyła w stronę muru dumna i pewna siebie. Wiedziała, czego chce. Chce wiedzieć i widzieć więcej. O Agelii wie już wszystko.

Kiedy Ava Konvuzo przekroczyła mur Agelii, nie wiedziała, czego może się za nim spodziewać. Chciała odpowiedzi. Po pięciu latach zna odpowiedzi na niektóre swoje pytania, ale te mnożą się w nieskończoność, co daje jej w życiu dużo szczęścia. Była zawodowym poszukiwaczem odpowiedzi. Postanowiła jednak wrócić do Agelii, bo wiedziała, że to całkowicie nie w porządku pozostawiać ich tam z myślą, że to Bóg stworzył huśtawki i rowery. Nie wiedziała nawet, że czas tak szybko płynie poza murami Agelii. Pięć lat. Prawie tego nie zauważyła, ale to pięć lat bez twarzy, z którymi się wychowywała. Bez rodziny, bez zmarłych uwięzionych za murami Agelii. Teraz znów tu jest. Przed tymi niewidocznymi drzwiami. Ale one zawsze tu były. Po prostu, kiedy podejdzie się bliżej, można w białym murze dostrzec białą klamkę. Potem wystarczy ją tylko nacisnąć.

Oktawia zbliżała się do muru pewnym krokiem, odwaga i determinacja jej nie opuszczały. Uśmiechała się do siebie z każdym kolejnym krokiem. Była coraz bliżej i bliżej, i nagle… z muru wyłoniła się jakaś postać. Nie. Nie jakaś. To była Ava Konvuzo. Dojrzalsza, starsza, w dziwnym stroju. W dziwnym, ale ciekawym. Zatrzymały się obie. Spojrzały na siebie. Oktawia uśmiechnęła się. Odzyskała swoją zgubę.
– Co jest za murem? – zapytała.
Tak, to Ava Konvuzo odebrała jej głos, a teraz wróciła, żeby go jej oddać. I wcale nie utknęła w murze. Ona go pokonała.

Sandra Stempniewska