Przeznaczenie

Była deszczowa, jesienna noc. Światła samochodu rozświetlały leśny krajobraz, który jawił się długimi i niebezpiecznymi zakrętami. Wąska i słabo utwardzona droga powodowała mocne wibracje, które przenosiły się na kierownicę. Tadeusz mocno ściskał ją rękoma obleczonymi w skórzane rękawiczki.
Myślał tylko o tym, aby bezpiecznie i bez żadnych niespodzianek dojechać do celu. Już od jakiegoś czasu zauważył, iż prowadzenie samochodu sprawia mu coraz większą trudność. Nie miał takiego refleksu jak kiedyś, a pogarszający się wzrok doprowadzał go często do irytacji i bezsilności. Wkładał więc w jazdę coraz więcej energii, co nie pozwalało mu na dłuższe wyjazdy.
Tym razem pokonał ponad dwieście kilometrów i czuł, że jest na skraju wyczerpania. Chciał jak najszybciej wyładować bagaże, rozpalić w kominku i zjeść coś ciepłego. Później zasiąść w wygodnym fotelu i oddać się lekturze któregoś z mrocznych kryminałów, których całą serię wiózł ze sobą w oddzielnym neseserze.
Wyjazd zaplanował kilka miesięcy wcześniej, gdy osiągnął wiek emerytalny i zaprzestał pracy w przychodni psychiatrycznej. Przez jakiś czas przyjmował jeszcze pacjentów w gabinecie prywatnym, ale pewnego dnia powiedział sobie: dość! Przekazał chorych młodej koleżance i na tym zakończył praktykę lekarską, która trwała ponad trzydzieści pięć lat. Przez ten czas wydarzyło się wiele. Może nawet, jak sądził, zbyt wiele.
Po kilku kilometrach wjechał na skrzyżowanie. Zatrzymał się i starał przypomnieć to, co mówił mu właściciel kwatery, z którym rozmawiał kilka dni temu. Kierować się na wschód? Tak, to na pewno w tę stronę – pomyślał i ruszył nieutwardzoną drogą.
Korony drzew przerzedziły się i w blasku księżyca zauważył prześwitujące dachy zabudowań, w których paliło się światło. Wiedział, że na tym odludziu mieszkają ludzie, co mogło wydawać się irracjonalne. Zatrzymał się jeszcze tylko raz, gdy minął zniszczony i przeżarty przez rdzę drogowskaz, na którym wypisana była ręcznie nazwa miejscowości. Był szczęśliwy, że trafił na miejsce.
Domek wyglądał niepozornie. Zbudowany z drewna, z jednym piętrem, otoczony z każdej strony lasem i pozbawiony jakiegokolwiek ogrodzenia. Prowadziła do niego droga, która kończyła się kilkanaście metrów dalej, przechodząc w leśny trakt. Zaparkował przed wejściem i wyciągnął klucze. Okazało się, że właściciel przygotował wszystko tak, jak obiecał. Były więc prąd, woda i drewno na opał. W lodówce – mleko, jajka i masło, a na stole wiejski chleb i sztućce. To zupełnie wystarczało, by przeżyć kilka pierwszych dni i rozejrzeć się po okolicy.
Rozpakował się dość szybko, umył i zjadł kilka jajek. Później rozpalił w kominku, znajdującym się w głównym pokoju na parterze i usnął w fotelu, wpatrując się w strzelające płomienie. Kolejny dzień spędził na rozglądaniu się po gospodarstwie. Sprawdził szopę, która przylegała do budynku, piwnicę i strych. Zajrzał w każdy zakamarek, spisując przy tym listę rzeczy, które będą mu potrzebne, aby spędzić tu najbliższe miesiące. Wiedział, że najbliższy market znajduje się około dwudziestu kilometrów w kierunku północnym, ale nie uważał tego za problem. Z zadowoleniem przyjął też fakt, że są problemy z zasięgiem telefonu. Dochodziły do niego tylko wiadomości tekstowe i to z wielkim opóźnieniem.
Na tym pustkowiu poczuł się szczęśliwy. Z daleka od pracy, problemów i miejskiego gwaru, którego miał w ostatnich latach po dziurki w nosie. W leśnym domku, otoczony przez szumiący las, odkrywał siebie na nowo.
Pierwszy tydzień minął mu bardzo szybko. Przez większość czasu padał deszcz, więc zajął się pracami wewnątrz budynku. Uszczelnił okna, naprawił nogi stołu, z zapałem przygotował też sobie stanowisko do pracy – stary i zniszczony sekretarzyk, który odnalazł w piwnicy. Wszystko to zakończył gruntownym sprzątaniem. Tchnął życie w zapuszczony domek, a ten powoli stawał się miejscem, w którym można było zamieszkać.
Pierwszego października nadeszło ocieplenie. Zniknęły ciemne chmury, a nad niziną pojawiło się słońce. Stare tranzystorowe radiu zapowiadało złotą polską jesień.
Tego dnia przygotował sobie śniadanie, które zjadł na zewnątrz. Z widokiem na błękitne niebo, osnute niewielkimi chmurami, górujące nad sosnowym lasem smakowało zupełnie inaczej. Celebrował ten posiłek ponad godzinę, nie mogąc wyjść z zachwytu. Później włożył wygodne, sportowe buty i postanowił pójść ścieżką wijącą się tuż za budynkiem. To była jego pierwsza piesza wycieczka po okolicy, więc czuł się dość niepewnie. Wziął ze sobą mapę okolicy, wodę, kilka kanapek i telefon, który akurat był w tej okolicy mniej funkcjonalny. Był zachwycony tym, co zobaczył. Do tego stopnia, iż po kilku godzinach zgubił się i spędził kolejną na ustaleniu swojego położenia. Nie było to łatwe, ale pomogło mu kilka znaków, które uprzednio z premedytacją pozostawił na swojej drodze.
Około osiemnastej z niewielkiego wzgórza ujrzał zarys swoich zabudowań. Cieszył się w duchu z udanego spaceru i szczęśliwego powrotu. Był zmęczony, ale bardzo usatysfakcjonowany. Miał zamiar wziąć kąpiel, zjeść przygotowaną wczorajszego dnia grochówkę i spędzić wieczór na delektowaniu się nowym kryminałem.
Zupełnie zaskoczyła go postać szczupłego i wysokiego mężczyzny, siedzącego na ławce tuż przed wejściem. Wyglądający na sześćdziesiąt lat, z kędzierzawymi, ciemnymi włosami, które wystawały mu spod czapki. Ubrany we flanelową koszulę i wytarte dżinsy wyglądał na miejscowego. Gdy tylko zauważył zbliżającego się Tadeusza, szybko wstał z miejsca i uśmiechnął się, wyciągając ku niemu dłoń.
Nazywał się Szymon Bergstein i mieszkał dwa kilometry dalej, co oznaczało, że są najbliższymi sąsiadami. Mieszkał w tej okolicy już kilka lat, choć nie wychował się tutaj. Pomiędzy mężczyznami szybko nawiązała się nić przyjaźni. Byli mniej więcej w tym samym wieku i częstując się czarną kawą, opowiadali o swojej pracy i powodach, dla których znaleźli się właśnie na tym pustkowiu. Godzinę później mówili już sobie na ty, a na kuchennym stole pojawiły się butelka wódki i dwie literatki.
Okazało się, że przybysz jest Żydem polskiego pochodzenia. Urodził się pod Rzeszowem, ale w wieku dziesięciu lat opuścił kraj wraz z rodzicami, po wydarzeniach marcowych w 1968 roku. Zamieszkali w Jerozolimie i Szymon tam też skończył studia z filozofii. Pracował na uniwersytecie, gdzie poznał swoją przyszłą żonę. Wspólnie doczekali się urodzenia córki Rebeki.
Jak przyznawał, był człowiekiem spełnionym. Miał wszystko, o czym marzył. Kochającą rodzinę, interesującą pracę i środki, które zapewniały im przyzwoite życie. Nie pielęgnował swego pochodzenia, które jednak w nim drzemało. Tak jak jego rodzice, nie mówił od dawna po polsku, a jego krajem ojczystym stał się Izrael. Aż do pewnego kwietniowego popołudnia…
Tego słonecznego dnia jak zwykle wrócił z uczelni do mieszkania, odwiedzając po drodze jeden z marketów. Kupił wszystko, co było potrzebne do przyrządzenia mussachan. Miał zamiar przyrządzić obiad dla żony i córki, które spędzały czas w centrum. Słuchając przy tym radia, niezbyt zwrócił uwagę na komunikat o wybuchu bomby w jednej z kawiarni. Żył w przekonaniu, że takie rzeczy nie mogą zdarzyć się jego bliskim.
Przez kolejny rok nie mógł dojść do siebie. Jego żałoba zakończyła się pobytem w zakładzie psychiatrycznym i całkowitą rozsypką psychiczną. Zrezygnował z pracy i wyniósł się do innego mieszkania. Żył z renty, którą w większości wydawał na alkohol. To znajomi podrzucili mu pomysł na odwiedzenie Polski. Na początku wyśmiał go i szybko zapomniał. Przypomniał sobie dopiero wtedy, gdy natknął się na polską wycieczkę i usłyszał język swojej młodości. Spakował się w ciągu tygodnia i wyjechał. Teraz mieszkał tutaj i tak jak Tadeusz powoli odnajdywał sens życia.
Pierwsze spotkanie nowych sąsiadów zakończyło się po północy. Przyjacielskim uściskom nie było końca, ponieważ obaj odkryli w sobie bratnie dusze. Tak rozpoczęła się przyjaźń dwóch dojrzałych i samotnych mężczyzn, których wspólnym rytuałem stały się wieczorne spotkania i długie rozmowy o życiu.
Miesiąc później z samego rana Tadeusz otrzymał wiadomość. Pisała jego córka Anna, która chciała go odwiedzić. Z tych kilku zdań odczytał jednoznacznie, że znów musiała nasilić się jej depresja, bo tylko wtedy szukała u niego pomocy. Rozwiedziona, bezdzietna kobieta w wielkim mieście i do tego z ogromnymi ambicjami. Już dawno przewidział, że odbije się to na jej zdrowiu. Jednak nic do niej nie docierało. Odpisał natychmiast. Przyjechała po kilku dniach. Z podkrążonymi oczami, nieumytymi włosami i smutnym wzrokiem wbitym wciąż w swoje stopy wyglądała na poważnie chorą. Przygotował jej sypialnię na piętrze i wygrzebał z toreb zapas leków. Prawie od razu poszła do łóżka, w którym spędziła kolejne dwadzieścia godzin. Od tamtej pory skupił się na opiece i to ona stała się najważniejsza. Starał się jej pomóc w jak największym stopniu. Przez jakiś czas zrezygnował nawet ze spotkań z Szymonem.
Postępy przychodziły, ale dość wolno. Po miesiącu Anna zaczęła wychodzić na krótkie spacery i jeść obfite posiłki. Sporo robiły również leki, które codziennie jej podawał. Wieczorami, siedząc w fotelach, wspominali lata młodzieńcze, które spędzali wspólnie z matką. Ogrzewając się przy kominku, snuli opowieści o ludziach, których kochali i którzy byli ważni w ich życiu. W takiej atmosferze zastały ich zima i święta. Spędzili je we trójkę, wraz z Szymonem, który stał się stałym bywalcem w drewnianym, leśnym domku.
Tydzień po Bożym Narodzeniu na dworze leżał jeszcze śnieg. Było biało i ślisko. Tadeusz umówił się z sąsiadem na wieczór i odradzał mu przy tym przyjazd samochodem. Anna długo wylegiwała się w łóżku, ale około południa zabrała się za przygotowywanie obiadu. Zjedli wspólnie rosół i postanowili uciąć sobie drzemkę. Czas płynął tutaj powoli i leniwie. Od kilku godzin panował zmierzch, zbliżała się szósta wieczorem. Rozpadał się drobny śnieg, a dość silny wiatr porywał jego białe płatki raz w górę, raz w dół. Wyglądający przez okno gospodarz zachwycał się tym widokiem, popijając przy tym gorącą herbatę. Do czasu przyjścia sąsiada postanowił oddać się lekturze. Był przekonany, że czeka go kolejny mile spędzony wieczór. Zatopił się w wielowątkowej fabule do tego stopnia, iż umknął mu fakt wyjścia Anny.
Ocknął się około godziny dwudziestej. Poczuł dziwne ukłucie niepokoju, które zagnieździło się gdzieś w żołądku. Wstał energicznie z fotela i zawołał głośno imię córki. Nie doczekał się odpowiedzi. Wbiegł więc na schody do jej sypialni. Pokój okazał się pusty. Wrócił na parter i sięgnął po telefon. Klął na brak zasięgu. Poczuł, że stało się coś złego. Włożył ciepłą kurtkę i zimowe buty. Wziął ze sobą latarkę i wybiegł na zewnątrz. Otoczyła go całkowita ciemność. Stanął zdezorientowany, oświetlając przestrzeń przed sobą i próbując odnaleźć odpowiedni kierunek. Po chwili postanowił pójść w stronę głównej drogi i tam spróbować zadzwonić. Nie było to łatwe. Śnieg nadal prószył dość mocno i skutecznie przesłaniał widoczność. Niebo osnute było chmurami i wyglądało na to, że pogoda szybko się nie poprawi.
Usłyszał sygnał w telefonie. Czekał tak długo, aż włączyła się poczta głosowa. Próbował jeszcze kilka razy. Krzyczał do słuchawki z bezsilności. Szedł środkiem drogi, nawołując córkę, a jego głos odbijał się echem od ściany lasy i ginął w jego ciemnych czeluściach.
Nagle w zasięgu wzroku zauważył postać. Była przygarbiona i poruszała się dziwnie, podpierając się co jakiś czas rękoma. Wyglądało na to, iż wstawała i upadała, ale wciąż poruszała się w jego kierunku. Tadeusz zatrzymał się. Nie był pewny, czy to, co widzi, dzieje się naprawdę, czy jest to wytwór jego wyobraźni. Po chwili u swoich stóp ujrzał czołgającego się Szymona Bergsteina. Na jego głowie widniała otwarta rana, z której sączyła się krew. Miał usmoloną twarz, przywodzącą na myśl oblicze diabła. Ciągnął za sobą płaszcz, który był w strzępach. Mężczyzna dopadł do lekarza i ukląkł przed nim, oplatając go ramionami w pasie.
– Co się stało?! – krzyczał zdumiony, chcąc uwolnić się z uścisku. – Powiedz, co się stało?! – powtarzał w kółko.
Sąsiad w odpowiedzi zaczął łkać i tracąc równowagę, opadł na zaśnieżoną drogę.
– Nigdy mi tego nie wybaczysz. Nigdy. Wiem o tym dobrze – mówił niezbyt zrozumiale.
Tadeusz dopiero wtedy zauważył stojący na zakręcie samochód przyjaciela. Miał rozbitą szybę i wgniecioną maskę. Tuż przed nim leżała bez ruchu kobieca postać, którą od razu rozpoznał.
W tym momencie emerytowany psychiatra zrozumiał. Nie potrzebował więcej wyjaśnień i pytań. Wiedział dobrze, że jego ukochana córka Anna nie żyje.

Marcin Radwański