Pan od Znaczków

Często go można było spotkać w mieście. Niski, o szczupłej posturze, starszy pan w wysłużonej, niebieskiej marynarce, krawacie i kaszkiecie na głowie. Zawsze pogodny, chętny do rozmowy. Przed laty bywał częstym gościem w szkołach. Prowadził koła filatelistyczne, organizował wystawy, potrafił skupić wokół siebie małych zapaleńców filatelistyki. Jednak dzieci, które z wypiekami na twarzy przewracały kartki klaserów i drżącymi rękami, by nie uszkodzić, pincetą podnosiły do oczu kolorowe papierowe cudeńka, teraz matkują swoim dzieciom albo są ojcami rodzin. A ich dziecinne zapomniane klasery spoczywają zakurzone w piwnicznych kartonach. Kolejne, trzecie już pokolenie tych ze szkolnych kół filatelistycznych głowę zaprząta sobie wypasionymi smartfonami i wirtualnym światem. A znaczki? Chyba że Nike, Big Star, 4F, Adidas jako metki markowych ciuchów i butów – to i owszem.
Jego klasery spoczywają na regale i spędzają mu sen z powiek. Co dalej? Komu przekaże wartościowe zbiory gromadzone przez dziesiątki lat – dzieło swojego życia? Coś niebezpiecznie ściska go w środku na myśl, że to wszystko ulegnie roztrwonieniu. Najpierw pokładał nadzieję w dzieciach, ale szybko się przekonał, że tej pasji z pewnością nie odziedziczą. Doczekał się wnuków i z nadzieją pomyślał, że może one… Od maleńkości z benedyktyńską cierpliwością za rękę wprowadzał je w świat kopert, stempli i kolorowych znaczków. W efekcie z trójki tylko najmłodsza, Igiełka (dziadkowej postury dziewczynka), o imieniu Zosia, budzi pewne nadzieje. I kiedyś zwierzył się, że wszystko jest na dobrej drodze, wnuczka ma odpowiednią do wieku wiedzę, cierpliwość i zamiłowanie. Będzie mógł odejść spokojny. Oprócz wykrytych ostatnio szmerów – z uśmiechem nazywał tak migotania przedsionków – nic innego mu nie dolega. – Ale – pokiwał z pokorą głową – trzeba już liczyć się z ostatecznością.
Znałem go zaledwie od kilku lat. Kiedyś znajoma, wskazując ręką mężczyznę po drugiej stronie placu, powiedziała: – Tam idzie Pan od Znaczków, o którym ci opowiadałam. Przy następnej okazji zostałem przedstawiony. Zostaliśmy znajomymi. Wkrótce potem zaprosił mnie na spotkanie Towarzystwa Przyjaciół Żagania i odtąd spotykaliśmy się cyklicznie raz w miesiącu i niezliczoną ilość razy przypadkiem, na ulicy, w sklepie. Starszy pan chętnie opowiadał różne historie i zdarzenia. Jak choćby o początkach swojej pasji i pierwszych znaczkach. Jego ojciec pracował na poczcie i nieraz zabierał go ze sobą. Ogromny budynek, wejście z podwójnymi kolumnami po bokach i ciężkie drzwi nad kilkunastostopniowymi schodami robiły na chłopcu przytłaczające wrażenie. Do dziś pamięta ten pierwszy raz i pana o czerwonej twarzy z dużymi wąsami w poczciarskiej czapce segregującego stosy listów. Kolorowe znaczki na kopertach migały jak obrazki slajdów na ścianie. I pewnie wtedy miało miejsce to zauroczenie. Przynoszone do domu przez ojca znaczki początkowo wklejał do zeszytu. Na najbliższą Gwiazdkę otrzymał pierwszy solidny, niemiecki klaser.
Nie widziałem go przez kilka tygodni. Trochę się zaniepokoiłem. Może chory? W jego wieku wszelkie przypadłości są chlebem powszednim. Może w szpitalu? Gdy spotkaliśmy się jak zwykle przypadkiem, na chodniku, zaproponowałem kawę i weszliśmy do pobliskiej cukierni przy rogu placu. Zaczął opowiadać o swoich niedomaganiach. Z synem jeździł do różnych lekarzy, ale najważniejsza była wizyta u kardiologa.
Zgłosił się ze skierowaniem. Pani w rejestracji zastrzegła od razu, że dopiero za kilka miesięcy, na jesieni. Jak to?! Przecież nie może czekać, serce to nie ręka, że się nie umiera. Gdyby chociaż za kilka tygodni. A tu masz! Miesiące czekania. Poirytowany mocno zaczął wymachiwać przed okienkiem papierową teczką, pękatą od opinii, skierowań, wypisów ze szpitali i orzeczeń lekarzy. Tutaj jeszcze nie był, słyszał, że to najlepszy szpital w okolicy, a oni, że dopiero „na jesieni”. Opadł z sił. Spurpurowiał. Pewnie skoczyło ciśnienie. Spoczął na ławce przy ścianie. Zrobił wrażenie na pani w rejestracji i oczekujących pacjentach. Po chwili został przywołany do okienka. Pani powiedziała, że za trzy tygodnie.
Siedział przed doktorem, który znużonym spojrzeniem oglądał kolejne papiery. Raz po raz o coś pytał. Drgnęła mu twarz, gdy wziął do ręki kliszę ze zdjęciem klatki piersiowej. Pochylił się bardziej i przesunął okulary do góry, pokiwał z niedowierzaniem głową. Przyglądał się z bliska zdjęciu i wiekowemu już pacjentowi po drugiej stronie biurka, znowu zdjęciu i znowu pacjentowi. Nic się nie odzywał. Podniósł słuchawkę telefonu. – Może pan przyjść do mnie? To ważne – powiedział krótko. Po chwili wszedł ordynator. Podeszli ze zdjęciem do okna. Lekarz podniósł je pod światło na wysokość oczu. Przyglądali się obaj z wyraźną ciekawością. Ściszonym głosem wymieniali uwagi. Poprosili pacjenta, żeby wyszedł. Potem inicjatywę przejął ordynator. Powiedział, że zabieg mogą wykonać choćby jutro, ale wiadomo – najpierw badania.
– No i zgoda na piśmie – zawiesił spojrzenie znad okularów – bo, pan rozumie, zabieg jak zabieg, nic specjalnego, ale procedury…
Powiedział, że się zastanowi.
– Wie pan, chcieli mnie wziąć na stół, ale się nie zgodziłem…
– Dlaczego?
– Rzadko co teraz jest dla nich operacją, wszystko to zabiegi, niewinne cięcia skalpelem. Najpierw kazali czekać pięć miesięcy, a teraz „choćby jutro”. Jaki zabieg?! Nie chcę zabiegu, tylko leczenia w szpitalu. Zlecieli się do rentgena jak ćmy do światła i po chwili chwytają już skalpele w łapy i miejsce na stole operacyjnym proponują. Tylko podpisać zgodę. Niedoczekanie! Stuknęła mi już przecież cztery lata temu osiemdziesiątka... Królikiem doświadczalnym nie będę – zakończył. Westchnął jak po zrzuceniu ciężkiego worka z pleców. – Pan nie wie – spojrzał mi w oczy, by się upewnić, więc przecząco pokręciłem głową, bo rzeczywiście nie wiedziałem, o czym mówi. – Pan nie wie, że ja mam… – zatrzymał się w pół zdania. Sięgnął dna kilkudziesięcioletniej pamięci i po chwili znalazłem się w latach dwudziestych ubiegłego wieku w skromnym i zimnym mieszkaniu pracownika poczty. – W mieście szalała grypa – zaczął. – Miałem sześć miesięcy i trójkę starszego rodzeństwa. Od kilku dni leżałem półżywy... a może półmartwy. Podczas ostatniej wizyty doktor powiedział, że co do niego należało – uczynił. Pozostaje tylko czekać. Po jednym, dwóch dniach będzie wiadomo. Albo – albo. Albo umrze, albo przeżyje...
Słuchałem i oczami wyobraźni widziałem kobietę z pobladłą twarzą, podkrążonymi z niewyspania oczami, pochyloną nad drewnianym łóżeczkiem. Pogodzoną z tym, nawet najgorszym, co może nadejść. Przecież za drzwiami do pokoju była jeszcze trójka starszych. Teraz częściej myślała już tylko o nich, jakby to, co najgorsze, co mogło się zdarzyć, już się stało. Zawstydziła się swoich myśli, ale czyż mogła inaczej, gdy pod wypłowiałą i lichą kołderką, w której utkwiła spojrzenie, nie tliła się nawet iskierka. Przyłożyła dłoń do małego czoła, potem wsunęła do środka, na pierś. Poczuła tylko chłód. Więc to już koniec – pomyślała. Tą tragiczną wiadomością obdarzyła budzącego się do pracy męża. Nad wyraz spokojnie, bez emocji, ustalili, że po pracy wstąpi do stolarza i kupi trumienkę, przyprowadzi też lekarza, który wypisze akt zgonu.
Kiedy została sama, westchnęła z ulgą, jakby już było po wszystkim (poniekąd było) i postawiła na blachę garnek z wodą. Przysunęła do łóżeczka taboret, na którym postawiła szeroką, emaliowaną miskę. Nalała ciepłej wody. Trzeba synka umyć i ubrać. Ostatni raz zbada go jeszcze doktor, wypisze akt zgonu... – rozmyślała rzeczowo, kładąc ciałko na lewej dłoni. Maczała w wodzie lnianą szmatkę i przecierała piersi i brzuszek. Potem odwróciła, podłożyła dłoń pod prawą pierś i znów zamoczyła szmatkę… Bezwiednie powtarzała te same ruchy. W pewnej chwili poczuła, że w jej ręce krew pulsuje nierównym rytmem. Wstrzymała oddech. Tętnienie powtórzyło się. Doświadczała już czegoś podobnego, ale dzisiaj to coś innego. Po chwili odniosła wrażenie, że to jednak nie w jej dłoni. W jednej chwili zrobiło się jej gorąco. To tak… jakby małe serduszko. Zna to uczucie, nieraz trzymała kolejne maleństwa, ale... – teraz jej dłoń była pod prawą piersią dziecka. Nadzieja walczyła z rozsądkiem. Przesunęła dłoń pod lewą pierś. Nic. Tak, to tylko zwidy. Westchnęła. Tylko zwidy. Ramię już omdlewało. Położyła ciałko na prawej ręce. Znowu ten puls. Nierówny, ledwie wyczuwalny. Nie, to nie jej krew pulsowała. Prawie była już pewna. Ale to niemożliwe, niemożliwe – powtarzała jeszcze w myślach. Zawinęła dziecko w ciepłą pieluszkę i na powrót umieściła w łóżeczku. W euforii oczekiwała powrotu męża.
Uradowana podbiegła do drzwi, gdy usłyszała dzwonek. Cofnęła się zaskoczona, bo zobaczyła znajomego doktora. Zapomniała o porannej rozmowie. Tuż za nim wszedł mąż. Nie spostrzegł dziwnie pogodnej twarz żony. Postawił drewnianą trumienkę na podłodze.
– Odnieś to z powrotem! – krzyknęła podekscytowana kobieta i wyciągnęła rękę w kierunku drewnianej skrzyneczki.
Mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia: „Kobieta pewnie rozum postradała”.
– Wynoś się z tym! – krzyczała rozjuszona.
– Przecież rano mówiłaś... – oponował nieśmiało mąż.
– On żyje! – nie pozwoliła mu dokończyć. – Żyje! – wołała podniesionym głosem.
Mężczyźni weszli do pokoju. Ona za nimi. Doktor ze słuchawkami w uszach pochylił się nad łóżeczkiem. We dwójkę wpatrywali się w lekarza, który w milczeniu osłuchiwał niemowlę. Śledzili każdy jego ruch.
Doktor zakończył badanie i się wyprostował.
– Pana żona ma rację. Serce syna państwa bije w prawej piersi – powiedział, patrząc mężczyźnie w oczy.
Pan od Znaczków skończył opowiadać i zamilkł nagle. Jego pociągła twarz pojaśniała w uśmiechu skrywającym się w środku, usta drgały delikatnie. Powolnym ruchem podniósł lewą rękę i poklepał się dłonią po prawej piersi. – Oni zabieg mi proponują, „choćby jutro”. – Głos mu drgał na wspomnienie tamtej rozmowy.

maj 2015 – październik 2018

Edward Derylak