Opowiadania Anny Witkowskiej

Cała załoga zapadła na chorobę pustelnika kosmicznego. Ogromna prędkość statku była odczuwalna przez ciało, jednak umysł widział tylko z rzadka mijane odległe punkty. Czasem dwa, czasem jeden w miesiącu. Tutaj już dawno powinien być koniec przestrzeni, koniec naszego świata, przekroczyliśmy go. Natłok tłukących się pięściami myśli otacza JA tak szczelnie, że towarzysz podróży przestaje istnieć. Nie znaczy nic więcej niż płytki w kajucie czy tubka na żywność.

Stąd porażki konkurencyjnych wypraw. Mieliśmy milion planów i „opcji zapasowych”, aby nie zapaść na chorobę. Nie przewidzieliśmy jedynie, że niechęć do działania przesiąknie przez każdy kadłub i każdy skafander.
Chojrak obudził mnie, gdy głowa przy oknie zjechała mi niemal do poziomu podłogi. Zaciągnął mnie półżywego do garderoby i pomógł mi się ubrać. Rzeczywistość zbledła. Był jakiś nadgorliwy, a może mu się nudziło?
Obudziło mnie szarpnięcie. Siedziałem w jedynaku – sondzie dla bohatera, który był wybierany przez resztę jako osoba najbardziej nadająca się do postawienia pierwszego kroku na nowym gruncie. Zamiast dryfować w próżni, sonda konsekwentnie gnała, obracając się. Strach wlazł mi między kręgi, głowę wcisnąłem w fotel. Od miesięcy niewidziane światło tak bliskiej planety było zmrażające. Wcale nie chciałem jej odkrywać.
Szum morza, fal rozbijających się jakby w muszli. Cała moja głowa w muszli? Oko przedzierało się przez złe i agresywne światło, istotnie wokół chlupała woda. Nade mną stał niewysoki tubylec. Grawitacja przybiła każdy centymetr mojego ciała do podłoża. Zarośnięty dziad pukał kijem w mój hełm. Kątem oka dostrzegłem w oddali zielony kolor. Tlen – pomyślałem. Niech puka, niech przebije, przedziurawi mi czaszkę albo odetchnę czymś zupełnie nowym. No i szklana sfera pękła.
Znikło rażące, egzotyczne światło, znikł krajobraz rajskiej wyspy i zarośnięty dziad. Wokół mnie była przygaszona i intensywna zieleń. Siedziałem pod krzakiem w ogrodzie mojego dziadka. Jego wesołe nawoływanie sprawiło, że zacząłem rechotać. Nigdy mnie nie znajdzie – pomyślałem.

"Astronauta"

Przed moją wędrówką czułem szczypanie w łapach. Dawno nie było tak siarczystej zimy. Skosy pagórków poprowadziły mnie w dół, do jeziora. Brak zwierzyny i śmierć ostatniego ze stada po prostu mnie zmęczyły. Pierwsza łapa trochę ślizgała się po powierzchni lodu. Z pozostałymi poszło już lepiej. Dreptałem, podskakując, ożywiony widokiem tej nowej, rozległej przestrzeni. Przeszedłem już spory dystans, kiedy usłyszałem głuchy stukot, a właściwie uderzenia w lód. Były oddalone, ale kiedy przystanąłem, raptownie się przybliżyły. Puściłem się pędem przez lód. Skądś znałem ten stukot. Nie wiedziałem skąd, ale wywoływało to we mnie blady strach. Odgłosy nasilały się, a ja nie mogłem już przyspieszyć. Nagle trafiłem na słabsze miejsce, lód załamał się pode mną, a ostatnią rzeczą, jaką usłyszałem przed zanurzeniem, był niesiony przez wiatr skowyt, dziwnie podobny do wycia mojego ostatniego towarzysza.
Obudziłem się w suchym miejscu, w półmroku ujrzałem zarys znajomej wieży. Obrócony brzuchem ku niebu na grzbiecie czułem gorące iskry. Łapy rozciągnięte na czymś sztywnym. Nade mną dwóch ludzi. Coś błysnęło w powietrzu. Ciepło pociekło mi po dziwnie nabrzmiałym brzuchu. To coś z niego wypełzło i pożarło moich oprawców.

"Opowiadanie wilka"