Pierwsza wypłata

Obudziłem się przed ósmą. Przez chwilę jeszcze leżałem w łóżku z oczyma utkwionymi w sufit. Obok mnie spała Eliza. Kobieta, która od roku była dla mnie wszystkim. Kobieta, bez której nie wyobrażałem sobie życia, kształtująca mą wrażliwość i poczucie piękna. Kobieta wprowadzająca mnie w dorosłe życie, ucząca, jak godnie żyć, nie krzywdząc innych, by jednocześnie samemu nie dać się skrzywdzić, poniżać i upokarzać. Poznałem ją w połowie trzeciej klasy, gdy postanowiłem uczęszczać na zajęcia sekcji plastycznej, które odbywały się w Miejskim Domu Kultury, do czego namówił mnie Lubecki, uczący w naszym ogólniaku plastyki, gdzie pracowała jako instruktorka. Już wówczas zaczynałem myśleć o studiach na ASP, choć w domu głośno tego nie mówiłem, nie chcąc narazić się ojcu, który jeszcze zanim poszedłem do liceum, wybrał dla mnie kierunek studiów i uczelnię, gdzie miałem kontynuować dalszą edukację.
– Malowanie obrazów, piękne hobby – powiedział do mnie, gdy w styczniowy wieczór wróciłem z zajęć w MDK. – Jednak niezwykle ciężko z tego wyżyć, szczególnie w naszym mieście, więc na jakiś czas musisz odłożyć farby, pędzle i sztalugi i przyłożyć się do historii. Koneksje koneksjami, jednak egzamin na studia musisz zdać.
Po czym tradycyjnie wygłosił wykład na temat swojej życiowej kariery. Podkreślił, że wszystko, co osiągnął, zawdzięcza wyłącznie swej pracy, uporowi, zawziętości, sprytowi i inteligencji. Nie zapomniał o dzieciństwie bez ojca, który zginął w 1945 pod Kołobrzegiem, zepsutym wzroku z powodu czytania książek przy wątłym blasku świecy i o jednej parze zimowych butów, w których ze starszym o dwa lata bratem chodzili na zmianę. Nic dziwnego, że wpadł w gniew, gdy po otrzymaniu świadectwa maturalnego oświadczyłem mu, iż zamierzam złożyć papiery na Akademię Sztuk Pięknych w Poznaniu. Wymiana argumentów przerodziła się w żarliwą kłótnię, po której spakowałem się i przeprowadziłem do Elizy.
– Gdzie on będzie mieszkał?! Z czego będzie żył?! – słyszałem za ścianą jego słowa skierowane do matki, gdy do dużego plecaka pakowałem swoje ubrania. – Teraz, gdy jest ciepło, to chyba pod mostem lub pod namiotem. Ciekawe, gdzie on jakąś pracę znajdzie? Po ogólniaku to najwyżej ulice może zamiatać. Twój brat jest w Kanadzie i z nami od lat nie utrzymuje kontaktu, więc ciekawe, kto mu pomoże. Nie ma czym się przejmować. Zgłodnieje, zmarznie, to wróci. Zachciało mu się zostać artystą i chce studiować na ASP. Teraz, żeby studiować, trzeba mieć pieniądze. Ode mnie nie dostanie złamanego grosza.
Matka nie odezwała się nawet słowem. Od kiedy pamiętam, w domu nie miała nic do powiedzenia. O wszystkim decydował ojciec. Jej rola ograniczała się wyłącznie do prowadzenia domu. Do czasu moich narodzin pracowała w sądzie jako protokolantka. Po tym jak ojciec otworzył własną kancelarię, była wyłącznie panią mecenasową.
W pośredniaku wybór ofert pracy był niewielki. Potrzebowali spawaczy, tapicerów, stolarzy oraz kierowców z prawem jazdy kategorii C. Jedyną ofertą, z jakiej mogłem skorzystać, była praca w charakterze drwala przy wyrębie ośmiusethektarowego spaleniska.
– Jaką pan skończył szkołę? – spytała urzędniczka siedząca za biurkiem.
– Liceum ogólnokształcące – odparłem lakonicznie.
– Ma pan pojęcie o pracy w lesie? – kontynuowała biurwa.
– Nie. Jeszcze do tej pory nie pracowałem. To będzie moja pierwsza praca.
– Robota tam jest niezwykle ciężka. Człowiek codziennie wraca do domu czarny jak Murzyn. Jak znam życie, to zrezygnuje pan po trzech dniach. Byli tu już tacy jak pan i żaden z nich nie przepracował dłużej niż tydzień.
Po wyjściu z biura pracy udałem się do sklepu żelaznego i za pieniądze otrzymane od Elizy kupiłem siekierę.

W dwudziestopięcioosobowej ekipie, w której rozpocząłem pracę, byłem jednym z najmłodszych. Było w niej wprawdzie dwóch chłopaków po zawodówkach, młodszych ode mnie, ale oni pili ze starymi, więc uważani byli za swoich. Szybko zyskałem ksywę Młody, a później, gdy dowiedzieli się, że złożyłem papiery na ASP, zaczęli za mną wołać Malarz lub Student. Brygada drwali pracowała w ramach tak zwanych robót interwencyjnych i składała się z największych szumowin i niebieskich ptaków w okolicy. Większość z nich robotę tę przyjęła z musu i traktowała ją jako zło konieczne, gdyż zagrożono im utratą zasiłku dla bezrobotnych i świadczeń z tym związanych. Do karczowania młodników nie trzeba było mieć żadnych kwalifikacji, więc nie mogli odmówić podjęcia pracy. Na dwudziestu pięciu chłopa, siedemnastu zaliczyło odsiadkę w więzieniu, z czego ośmiu siedziało więcej jak jeden raz, a rekordzista spędził za kratami siedemnaście i pół roku. Często w drodze do i z lasu licytowali się, który z nich więcej odsiedział. Padały dla mnie egzotyczne nazwy miejscowości: Wołów, Rawicz, Wronki, Sztum.

Dzień wypłaty w brygadzie był tradycyjnie dniem wolnym. Nie było sensu gnać osinobusu czterdzieści kilometrów, skoro w lesie praktycznie i tak nikt nie pracował i wszyscy oprócz kierowcy pili kupiony po drodze alkohol. Moja pierwsza wypłata wynosiła milion siedemset tysięcy złotych i starczyła na opłacenie czesnego za pierwszy semestr studiów. Niewielką końcówkę, która miała mi zostać, obiecałem dołożyć Elizie do rachunków i jedzenia, choć pierwotnie zamierzałem kupić sobie spodnie, ale było mi głupio, bo utrzymywała mnie właściwie przez całe wakacje. Idąc na pocztę, spotkałem po drodze Andrzeja Jurczaka, zwanego Hieną, członka naszej brygady.
– A ty co, Młody, nie w Stokrotce? Wszyscy tam już piją. Musisz postawić wkupne – zagadał, podając mi dłoń na powitanie.
– Najpierw muszę iść na pocztę – odparłem.
– Na pocztę jeszcze zdążysz, otwarta do siódmej wieczorem. Chodź lepiej ze mną, poznam cię z fajnymi dziewczynami. Stawiasz wino i ruchanie masz pewne.
– Ale ja mam już dziewczynę – odpowiedziałem, starając się wywinąć.
– I chuj z tego, że masz. Wcale nie każę ci z nią zrywać. Jak nie chcesz ruchać, to przynajmniej wino możesz postawić. Chodź, przejdziemy się, tu niedaleko jest monopolowy. Albo lepiej weź pół litra.
Poszedłem z Hieną do sklepu i kupiłem półlitrową butelkę żytniej.
– Jak razem wypijemy, to pogadam z chłopakami z brygady i przestaną po tobie jeździć jak po łysej kobyle. Kto nie pije, ten kapuś. Znasz to powiedzenie.
– Ale ja na nikogo nie kapuję – odparłem zmieszany.
– I chuj z tego, że nie kapujesz, ale z nami nie pijesz, więc jesteś już z tego powodu podejrzany. Chodź, poznam cię z moimi koleżankami.
Weszliśmy do starej kamienicy w centrum miasta. Na pierwszym piętrze Hiena bez pukania otworzył drzwi, pokryte zieloną łuszczącą się farbą, z namalowaną na górze, na brązowo cyfrą cztery.
– Dziewczyny, poznajcie mojego kolegę z pracy. Jacek – powiedział, wskazując ręką w moją stronę.
W pokoju, gdzie panował okropny bałagan, przy stole siedziały trzy kobiety w trudnym do określenia wieku. Mniej więcej między trzydziestym a pięćdziesiątym rokiem życia. Na blacie stołu walały się poprzewracane kieliszki, szklanki, butelki oraz resztki nieskonsumowanego jedzenia. Duża, zielona, szklana popielniczka pełna była niedopałków papierosów. Na oparciu jednego z foteli zauważyłem kątem oka pobrudzone gównem białe figi. W całym pomieszczeniu było siwo od nikotynowego dymy. Więc tak wygląda melina – pomyślałem.
– O, jaki młody – powiedziała jedna z nich, wlepiając we mnie wzrok.
– A ładny jak laleczka. Ty, Hiena, taki brzydki, a masz takich przystojnych kolegów – dodała druga, parskając rubasznym śmiechem.
– No, Młody, na co czekasz? Wyskakuj z tej flaszki – powiedział rozkazującym tonem Hiena.
– Dziewczyny przyjechały z Krzywańca na przepustkę i chciałyby się napić i zabawić.
Postawiłem półlitrówkę żytniej na stole. Po jej rozpiciu Hiena zasugerował, żebym dał jeszcze na drugą, bo dopiero załapał smaka. Po wyjściu Hieny jedna z siedzących na wersalce obok mnie kobiet przesunęła się i zaczęła mnie głaskać ręką po kroczu. Zmieszany odsunąłem się od niej.
– O jaki nieśmiały – powiedziała, parsknąwszy śmiechem.
Po kwadransie wrócił Hiena. Przyniósł z sobą dwie butelki wódki i coś do jedzenia, reszty mi nie wydał.
– No, Młody, pokaż, że jesteś gość – powiedział Hiena, napełniając szklankę wódką niemal w trzech czwartych. – Masz pierdolnąć to na raz bez zapitki, inaczej jesteś pizduś.
Przechyliłem szklankę i wypiłem niemal do dna. W oczach pojawiły mi się łzy.
– No, Młody, jak na pierwszy raz nie najgorzej. Będą z ciebie jeszcze ludzie – powiedział Hiena, uderzając mnie mocno otwartą ręką w plecy.
Podczas picia trzeciej butelki urwał mi się film. Obudziłem się przed piątą po południu. Obok mnie na łóżku pochrapywał Hiena. Kobiet, które z nami piły, nie było w mieszkaniu. Momentalnie wytrzeźwiałem, gdy zajrzałem do portfela. Nie było w nim nic oprócz dokumentów.
– Ty, Andrzej, gdzie moja kasa? Gdzie te kobiety? – Szarpiąc Hienę za rękę, starałem się go dobudzić.
Hiena otworzył zapuchnięte oczy.
– Co? Nie masz kasy? – zdziwił się Hiena. – To chyba te kurwy musiały ci ją wyciągnąć, jak spałeś. Ja odjechałem zaraz po tobie. Było za duże tempo.

Na drugi dzień stanąłem na progu rodzinnego domu. Ojciec przywitał mnie z marsową miną. Niewątpliwie był to powrót marnotrawnego syna.
– Wiesz, tato – powiedziałem skruszony – dzwoniłem na Uniwersytet Wrocławski. W drugim naborze na prawo pozostało jeszcze dziesięć wolnych miejsc.
– A ile ci potrzeba? – spytał szorstko ojciec.
– No, jedno – odpowiedziałem lakonicznie.
– To pozostało jeszcze dziewięć – skwitował ojciec.

Nazajutrz wybrałem się do miasta na zakupy. Przechodząc obok kancelarii ojca, ku mojemu ogromne muzdziwieniu, zobaczyłem pod jej drzwiami ojca rozmawiającego nie z kim innym jak moim kumplem z ostatniej libacji, czyli Hieną. Ojciec wręczył mu plik banknotów, po czym uścisnęli sobie dłonie jak starzy dobrzy kumple i rozeszli się każdy w swoją stronę.

Adam Bolesław Wierzbicki