Ostatnia robota

Wasyl Bilich leżał nago na łóżku w pokoju hotelowym, ze wzrokiem utkwionym w sufit. Właśnie przed chwilą odprawił dziewczynę z agencji towarzyskiej. Zawsze na kilka godzin przed robotą korzystał z usług panienek z „bałaganów”, choć stawiał jeden warunek, seks miał być bez prezerwatywy. Nie wszystkie się zgadzały, mimo że niekiedy proponował stawkę kilkukrotnie większą, więc z reguły już telefonicznie zwykł negocjować warunki. Usługa jak usługą. Wszystko można kupić, tylko trzeba dogadać się co do ceny. Po seksie myślał już tylko o robocie. Spojrzał na zegarek. Dochodziła piętnasta. Powoli zaczął się ubierać, po czym zszedł na dół do baru hotelowego, by wypić mocną kawę. Kofeina w jego przypadku wspomagała koncentrację, która była niezbędna do perfekcyjnego wykonania zleconego zadania. Niektórzy jego kumple po fachu stymulowali się amfetaminą lub innymi narkotykami. On zawsze był czysty. Pił kawę, siedząc przy kontuarze i swoimi migdałowymi oczami przyglądał się barmance. Podobała mu się. Wysoka, szczupła brunetka, o niemal idealnych wymiarach. W milczeniu popatrzył jej głęboko w oczy. Dziewczyna wyzywająco rozchyliła usta. Zdawał sobie sprawę, że podoba się kobietom. Przy swoich stu osiemdziesięciu pięciu centymetrach wzrostu ważył nieco ponad siedemdziesiąt pięć kilogramów, płaski brzuch, sportowa sylwetka, sprężyste i energiczne ruchy. Jakże różnił się od misiowatych biznesmenów czy handlowców (za jednego z nich mógłby uchodzić), którzy byli częstymi gośćmi tego hotelu. Do tego dodać należy jeszcze ciemną karnację i te jego migdałowe oczy, które tak podobały się kobietom. Nie miałby zapewne problemu, aby dziewczynę zza baru wyrwać do łóżka. Zapewne brała go za biznesmena z Podlasia czy Lubelszczyzny, bo mimo że doskonale mówił po polsku, wyczuć można było u niego delikatny wschodni akcent. I nie musiałby za tę przyjemność zapewne nawet płacić. Jednak on korzystał tylko z usług zawodowych prostytutek. Sam będąc profesjonalistą, cenił profesjonalizm. Dziewczyny z agencji, po wykonanej robocie, wszystko zapominały. Przynajmniej starały się jak najszybciej zapomnieć. On też po wykonaniu tego, co mu zlecono, starał się jak najszybciej zapomnieć.
Spytany przez dziewczynę zza baru, czy życzy sobie coś na obiad, grzecznie odmówił. Zawsze na dobę przed zadaniem nie spożywał nic z wyjątkiem płynów. Uregulował fakturę na nazwisko Jan Gwozdowski, gdyż pod tym nazwiskiem był zameldowany i dodając do tego wysoki napiwek, skierował się ku wyjściu, a następnie udał się na hotelowy parking, gdzie stało jego granatowe BMW. Wsiadł do samochodu i przekręcił kluczyk w stacyjce. Postanowił jeszcze raz objechać Legionowo, choć topografię tego miasta znał już niemal na pamięć. Był tu już po raz czwarty. Za każdym razem przyjeżdżał innym samochodem i za każdym razem nocował w innym hotelu, pod innym nazwiskiem.
Powoli przejechał obok domu, gdzie mieszkał cel. Ponownie przyjrzał mu się dokładnie. Była to nowo wybudowana parterówka z czerwonym dachem, o powierzchni nieprzekraczającej stu pięćdziesięciu metrów, typowa dla przedstawicieli najniższej warstwy klasy średniej, położona w dzielnicy domków jednorodzinnych. Będąc tu ostatnio, upewnił się, że posesja nie jest uzbrojona w kamery, inaczej w nocy musiałby je unieszkodliwić. Wynikało z tego, że cel nie czuł się zagrożony, co ułatwiało wykonanie zadania. Ulica nie była też monitorowana, co również działało na jego korzyść. Następnie powoli ruszył w stronę centrum miasta, po czym skierował się w stronę drogi wylotowej na Warszawę. Przejechawszy kilka kilometrów, skręcił w boczną, leśną drogę i zawróciwszy auto, zgasił silnik i skierował się w stronę stojącego kilkaset metrów dalej starego czarnego volkswagena golfa z napędem turbo. Stanął przed autem i dyskretnie rozejrzał się dookoła. W pobliżu nie widział nikogo. Schylił się i spod tylnego koła wyciągnął kluczyki do samochodu. Otworzył bagażnik i wyjął z niego wojskowy polowy mundur, wysokie czarne buty, czapkę z daszkiem w kolorze khaki oraz wiklinowy kosz. Przebrał się na tylnym siedzeniu samochodu, a swoje ubranie włożył do bagażnika. Teraz wyglądał jak rasowy grzybiarz. Postanowił do zachodu słońca pochodzić po lesie, chciał wszystko jeszcze raz spokojnie przemyśleć, by nie popełnić żadnego błędu. Robił tak przed każdą robotą.
Postanowił, że będzie to jego ostatnie zlecenie i po jego wykonaniu wycofa się z branży. Kupił nawet niewielki pensjonat na Krymie. Chciał wreszcie zasmakować uroków stabilnego życia, o których marzył od wielu lat. Wycofałby się prędzej, ale brakowało mu jeszcze kilkadziesiąt tysięcy dolarów na kapitalny remont pensjonatu. Drugim powodem jego decyzji o wycofaniu się była kobieta. Będąc ostatnio u kuzynki w Kijowie, poznał Swietłanę, absolwentkę konserwatorium muzycznego. Była wprawdzie ponad dziesięć lat od niego młodsza, ale oboje zapałali ku sobie uczuciem. Doszło do niego, że po wielu latach ponownie zaczął się bać. Zdawał sobie sprawę, że pracujący w jego fachu nie żyją za długo. Zbyt wiele wiedzą o swoich zleceniodawcach. W przypadku, gdyby wpadli w ręce policji, mogą okazać się niebezpieczni. Mniej wiesz, dłużej żyjesz – mówi się w półświatku. Jest jeszcze druga wersja tego powiedzenia. Mniej wiesz, krócej cię przesłuchują.
Wasyl miał też kilka zasad, których się trzymał. Nie strzelał do dzieci, kobiet czy przypadkowych świadków. Tak planował robotę, aby nikomu poza celem nie spadł włos z głowy. Jednak najważniejszą była ta, że nigdy nie brał roboty na swoich byłych zleceniodawców. Stąd miał zawsze sporo propozycji, bo każdy, kto wynajął go do roboty, nie musiał się w przyszłości go obawiać.
Był jednym z ostatnich roczników, który załapał się na wojnę w Afganistanie. Wrócił z niej z Gwiazdą Bohatera Związku Radzieckiego oraz blizną na łydce po kuli wystrzelonej przez mudżahedina. Wkrótce rozpadł się Związek Radziecki, za który przelewał swoją krew. Nowa ekonomiczna rzeczywistość w wolnej Ukrainie nie oszczędziła też zakładu, w którym przed wojną pracował. Postanowił szukać szczęścia w Polsce. Zaczął od zbioru truskawek. Jednak był specjalistą w zupełnie innym fachu. Wygadał się kiedyś przy piwie miejscowym chłopakom, co robił w przeszłości. Ci zaraz poznali go z miejscowym bonzo od ciemnych interesów, który znalazł mu robotę godną jego umiejętności. Zaczął jako ochroniarz. Później przerzucił się na kradzież aut w Niemczech. Była to robota ryzykowna, gdyż luksusowe samochody, na których był największy interes, niezwykle ciężko było przerzucić do Polski, a później dalej na wschód, zaś na starych autach przebitka była zbyt niska, żeby więc wyjść na swoje, odnowił znajomość z kolegą, który stacjonował w NRD i miał tam spore kontakty. Postanowili brać auta na zgłoszenie. Patent polegał na tym, że dogadywali się z właścicielem luksusowego samochodu, dając mu czterdzieści procent wartości auta. Brali dokumenty i kluczyki, gdy auto było już po ukraińskiej stronie, wracali do Polski, by oddać właścicielowi kluczyki i dokumenty. Następnie Niemiec zgłaszał kradzież samochodu i po załatwieniu wszelkich procedur, po paru tygodniach niemiecka firma ubezpieczeniowa wypłacała mu sto procent wartości skradzionego samochodu. Trwało to do czasu, aż jeden z Niemców nagle się rozmyślił i zgłosił kradzież samochodu dużo prędzej, niż było to ustalone. Po pięćdziesięciokilometrowym pościgu dopadli go pod Rzeszowem. Z trzyletniego wyroku odsiedział dwa i pół roku.
Po wyjściu z więzienia, gdzie nawiązał spore kontakty z ludźmi z półświatka, wszedł w ściąganie długów. Robota była o wiele mniej ryzykowna niż kradzieże samochodów, bo praktycznie nie było zagrożenia ze strony policji. Niekiedy wystarczyło, by dłużnik usłyszał wschodni akcent i od razu wyskakiwał z forsy. Opornych czasem trzeba było postraszyć lub przeciągnąć na lince za samochodem po lesie. Trwało to do czasu, aż jego mocodawca postanowił zlikwidować dłużnika notorycznie uchylającego się od spłaty zobowiązań. W grę nie wchodziły wielkie pieniądze. Chodziło raczej o wzmocnienie prestiżu w gangsterskim półświatku i o to, by dać do myślenia innym zalegającym ze spłatą długów. Tę robotę zaproponowano właśnie jemu. Na początku się wahał, zabijał wprawdzie ludzi, ale to było na wojnie. Jednak bardzo potrzebował
tych pieniędzy, gdyż jego matka była poważnie chora. Łapówki dla lekarzy i drogie, zagraniczne leki pochłonęły całe jego oszczędności. Skromna renta matki ledwie starczała jej na żywność i opłaty. Miał tylko ją, starszy brat zginął w Afganistanie w osiemdziesiątym szóstym. Ojca wcale nie pamiętał, wyjechał w delegację budować jakąś tamę na rzece, gdzieś za Uralem i już się więcej w rodzinnym domu nie pokazał. Ponoć związał się z jakąś sporo od siebie młodszą kobietą. Po pierwszej robocie przez trzy dni pił na umór. Próbował zapomnieć. Szybko doszedł do siebie, wykonał jeszcze parę zleceń dla swojego szefa lub ludzi przez niego poleconych. Po każdym wykonanym zadaniu upijał się, tłumacząc sobie, że jeśli nie wykonałby tego, wykonałby to kto inny. Po roku w porachunkach gangsterskich zginął jego mocodawca. Od tej pory robił tylko dla siebie. Stał się cynglem do wynajęcia.

Komisarz Norbert Liszecki wyszedł z basenu, owinął się ręcznikiem i udał się w stronę szatni. Regularnie dwa razy w tygodniu chodził na pływalnię. Jako oficer policji wychodził z założenia, że musi dbać o kondycję fizyczną, by dawać przykład adeptom z Centrum Szkolenia Policji, gdzie był wykładowcą w zakładzie służby kryminalnej. Mimo że przekroczył czterdziestkę, na jego ciele nie było zbędnej fałdy tłuszczu, a atletycznej sylwetki pozazdrościć mógł mu niejeden dwudziestokilkulatek.
W Legionowie mieszkał od niespełna pół roku. Praktycznie nie miał tu żadnych kolegów. Znał życie i na tyle długo pracował w swoim zawodzie, by stwierdzić, że w policji nie ma kolegów tylko znajome twarze. Po Wyższej Szkole Policji skierowano go do pracy pod zachodnią granicę. Wówczas był młody i pełen ideałów, a swoją pracę traktował jak misję i posłannictwo, jednak życie szybko weryfikuje młodzieńcze ideały. Zderzył się z murem układów, powiązań, za którymi stały pieniądze, najczęściej lewe. W żadnej powiatowej komendzie nie mógł długo zagrzać miejsca, pozbywano się go, gdyż na niektóre sprawy nie mógł przymykać oka. Ostatnim miejscem, gdzie pełnił służbę, była Komenda Powiatowa w mieście Żuraw, w województwie lubuskim, gdzie jako podkomisarz był szefem wydziału kryminalnego. W trakcie pracy wpadł na trop handlarzy nielegalnym tytoniem. W sprawę zamieszanych było kilku jego podwładnych, którzy nie tylko ochraniali gangsterów, ale także czerpali zyski z tego interesu. Kilku z nich, dzięki jego uporowi, postawiono zarzuty i zostali oni zawieszeni w obowiązkach służbowych. Miał nawet podejrzenia, że w aferę zamieszany jest sam komendant, o czym napisał raport do komendanta wojewódzkiego. Po kilku dniach dostał od niego wezwanie na rozmowę, z której dowiedział się, że sprawę przejmuje komenda wojewódzka, a on został przedstawiony do awansu i na czas zakończenia sprawy zostaje przeniesiony na stanowisko wykładowcy w Centrum Szkolenia Policji w Legionowie. Zdawał sobie sprawę, że jest to odsunięcie na boczny tor. Awans był tylko na otarcie łez, zaś pracę w Centrum Szkolenia Policji można porównać do zsyłki.
Powoli zbliżał się do domu, gdzie z kolacją czekała żona. Stanął pod bramą. Jeszcze nie zamontował w niej pilota, zawsze były pilniejsze sprawy. Wyszedł z samochodu, by ją otworzyć. W tym momencie podszedł do niego nieznajomy mężczyzna, którym był Wasyl Bilich.
– Pan Norbert Liszecki? – spytał krótko, patrząc mu w oczy.
– Tak. A o co chodzi? – odpowiedział komisarz.
W tym momencie z pistoletu wyposażonego w tłumik padły dwa głuche strzały. Kule trafiły go w lewą stronę klatki piersiowej. Gdy już leżał na ziemi, Bilich strzelił po raz trzeci. Tym razem dla pewności w głowę, gdyż cel mógł mieć na sobie kamizelkę kuloodporną. Po czym szybko ruszył w stronę oddalonego o trzysta metrów volkswagena golfa.
– Tatusiu, tatusiu, co ci jest? Źle się czujesz? – usłyszał za placami dziecięcy głos. Mimowolnie odwrócił głowę. Nad celem stał kilkuletni chłopiec i szarpał go za rękę. – Tatusiu, wstań, co ci jest? – usłyszał jeszcze, otwierając drzwi samochodu.
Ruszył z piskiem opon w stronę miejsca, gdzie zostawił BMW. Po dziesięciu minutach był na miejscu. Pozostało jeszcze spalić golfa, przesiąść się do beemki i po robocie. Po ostatniej robocie.
Coś dziwnego zaprzątnęło mu myśli. W uszach brzmiały mu słowa chłopca: „Tatusiu, tatusiu, co ci jest?”. Drążył go od środka wewnętrzny robak, gdy uświadomił sobie, że właśnie przed chwilą kilkuletniego chłopca uczynił sierotą. Do faktu, że pozbawia życia, już się przyzwyczaił, teraz dotarło do niego, że oprócz życia pozbawia ludzi czegoś znacznie więcej. Niszczy bezpowrotnie ich świat... Z jego migdałowych oczu pociekły łzy, po czym oparł głowę o kierownicę i zaszlochał jak dziecko. „Tatusiu, tatusiu, co ci jest?” Słowa chłopca ciągle brzmiały mu w uszach. Coś poruszyło się przy bocznej szybie. Nie zdążył zareagować. Szyba rozprysła się i dwa ukłucia przygwoździły go do skórzanego fotela. „Tatusiu, tatusiu, co ci jest?” – zdążył jeszcze pomyśleć, zanim na zawsze zmętniały jego migdałowe oczy.

Adam Bolesław Wierzbicki