Zapiski do zimy

Od siebie

W sztuce i literaturze chodzi o jedno – to najważniejsze. Mówić, pisać i tworzyć wszelkie dzieła wyłącznie od siebie. To uwiarygodnia każde słowo, każdą kreskę i położoną farbę na płótnie. Lepiej, gdy rzecz jest trochę słabsza niż wzmacniać artystyczny wyraz używaniem cudzego głosu. Ten słabszy będzie prawdziwszy i w gruncie rzeczy mocniejszy.

Kropka

Kropka ma wiele znaczeń jako znak lub moment zakończenia czegoś w biegu życia. Pisał Izaak Babel, że ma siłę wiążącą większą niż żelazo skuwające serce. Jednak dopóki serce bije, dopóty i z taką kropką można sobie poradzić. Różnie bywa, nic nie bywa ostateczne. Świat i człowiek w świecie poddany jest także regule in statu nascendi.

Odszedł Janusz Koniusz

Odszedł Janusz Koniusz (30 marca 2017). Po modlitwach i ceremonii pogrzebowej urna z jego prochami – prochem tym samym, z którego powstał, o którym pisał w swoich wierszach – została złożona w grobie. Padał deszcz. Władza miejska odczytała list pożegnalny. Ksiądz odmówił modlitwę i poświęcił miejsce spoczynku Janusza. Ze strony literatów, których sporo przybyło (także Ireneusz Szmidt z Gorzowa), bardzo osobiście, uczuciowo przemówił Robert Rudiak. Miałem kilka słów przygotowanych, chciałem powiedzieć, ale nie zdążyłem dojść do mikrofonu, bo już zaczęło się składanie kwiatów i wieńców, więc zrobił się ruch i nie dało się. Wszystko toczyło się szybko. Jakby za szybko. I rozeszliśmy się do autobusów i aut. Poczułem niedosyt. Poetę powinien żegnać przede wszystkim jego wiersz. Jakiś szczególny w treści. Nikt takowego nie przeczytał, ja też nie. Szkoda. A to byłoby piękne. Czytanie poezji nad grobem. Przyszedł mi taki pomysł do głowy za późno. Tak oto pożegnany został ktoś, kto w zasadzie lubuskiemu środowisku literackiemu poświęcił całe życie. Opublikował książki prozy i poezji oraz liczne artykuły. Mniej lub bardziej udane. Dokumentacja dokonań, gdyby ją rzetelnie zrobić, byłaby pokaźna. Największą jego zasługą było to, że w połowie lat 50. nie zabrakło jemu i innym chęci i ambicji, by starać się o powołanie ważnych dla miejscowej literatury i kultury instytucji. Zwłaszcza pisma „Nadodrze” (to się udało i ono przez lata odgrywało ważną rolę). Poprzedziła je jednodniówka „Ziemia Lubuska”. „Nadodrze” wychodziło co dwa tygodnie. Wszyscy tam drukowaliśmy swoje teksty. Tam się chodziło głównie do Waśkiewicza. Bez tej platformy medialnej bylibyśmy na pewno głuchą prowincją pod każdym względem. Bez szansy na zauważenie i zaistnienie w ogólnopolskim kontekście. Potem powołanie oddziału ZLP także wzmocniło znaczenie lubuskiego regionu. Przestaliśmy być anonimowi. To jeszcze nie sukces, ale jednak coś ważnego, zwłaszcza dla ówczesnej „pionierskiej” grupy. Koniusz chciał być przede wszystkim pisarzem, marzył o napisaniu naprawdę wartościowych książek literackich (tego jednego wiersza, który zostanie), tylko tym chciał się zajmować, a poszło jego życie trochę innym torem. Jego przyjazd tutaj (po studiach) spowodował, że usytuował się na poboczu polskiej literatury. Na prowincji. Co innego przecież, gdyby to były Katowice, Warszawa, Kraków, a nawet Poznań. Na innym polu tam odbywała się literacka orka, mogąca dać jemu cenny plon, inne docenienie, rozmowy, inspiracje, promowanie w pismach, skalę wydawniczych nakładów. Zielona Góra interesowała literacką Polskę, owszem, zwłaszcza Palmiarnia na Winnym Wzgórzu. Przyjeżdżali tu chętnie uznani, wielcy pisarze polscy na spotkania (Broniewski, Przyboś, Szymborska, Kozioł, Piętak, Karpowicz...), poniekąd głównie za sprawą starań Janusza Koniusza. Dla jego własnego autorskiego sukcesu musiało to być oczywiście za mało. Jak zawsze liczą się w ostatecznym rozrachunku napisane stronice. A potem wejście w szerszy obieg i świadomość literacką. Poza tym Janusza cechował temperament organizatora i inicjatora różnorakich imprez, wydarzeń, konferencji, dni, zjazdów, sesji i spotkań nie tylko w Zielonej Górze, ale i w małych lubuskich miastach i miasteczkach. Mogliby o tym coś powiedzieć: Gucio Łapszyński, Anna Makowska-Cieleń, Janusz Werstler, Wiesław Sauter, Tadeusz Firlej – gdyby jeszcze żyli. Wszędzie, gdzie bywał, niemal każdego człowieka (nawet przypadkowe osoby) dopytywał o to, co się dzieje lub co może się dziać, co można w jego okolicy zrobić i wymyślić w sferze kultury. Jego to nakręcało
do końca życia. W taki sposób zapewniał sobie poczucie swojej ważności. Poniekąd poprzez LTK, ZLP i „Nadodrze” tkwił w centrum spraw literackich i kulturalnych regionu. Starał się też pomagać pisarzom, będącym w kłopocie (Wojciech Czerniawski, Papusza...). Ludzi o takim zapale organizatorskim już nie ma. Trochę szkoda. Nadeszła inna epoka. Nie za bardzo mająca na uwadze interes ogółu, ale własną kieszeń. Dokonania literackie, jak i funkcje społeczne i zawodowe Koniusza zapewne będą rzetelnie opisane. Bo już mogą. Zdałem sobie sprawę, że nikogo z tamtego czasu już nie ma – poza żyjącym, wiekowym Henrykiem Szylkinem (z którym Janusz dużo współpracował). Nikogo. Miałem z Januszem Koniuszem w różnych latach kontakt. Pracowałem krótko w „Nadodrzu”, gdy był redaktorem naczelnym tego pisma. Odwiedzałem go też w domu przy al. Niepodległości. Na jego poddaszu. Bywało, że nie zgadzałem się z nim, czego nie ukrywałem, również kłóciliśmy się w różnych sprawach – mniejszych, większych. Miewałem jakieś tam pretensje i żale, ale to nie zmieniało się w gniew lub stałą niechęć. Nie było odwracania się plecami. I on potrafił przyjmować mój krytycyzm, czyli inne zdanie. Zostały pośmiertne wiersze, które do druku (Wiersze ostatnie) przygotował Eugeniusz Kurzawa.

Mgła

Dzień zasnuty mgłą. Mgła nad rzeką, nad polami. Wszystko w niej przycichło. Zarysy drzew wyłagodniały. Są nieco jakby zjawy. Nie za dużo widać, ale niemal doskonała aura dla nostalgicznych myśli.

Ulica Bohaterów Westerplatte


Kilka miesięcy trwał remont tej ulicy. Przyglądałem się z zaciekawieniem wszystkim pracom, ludziom, ciężkim maszynom, wykopom, stertom piasku, zwojom kabli... Chwilami wątpiłem, czy z tego budowlanego bałaganu zdoła wyłonić się godna podziwu przestrzeń. I wyłoniła się, tchnąca nowością i elegancją. Jaki teraz asfalt, jakie chodniki. Nocą urok ulicy podkreślają świąteczne światełka, przymocowane do ulicznych lamp.

Każdy dzień


Każdy dzień, bez wyjątku, według pewnego autora jest dobry. Czy na pewno? Czy nie za łatwa ta filozoficzna formułka? Może lepiej, bo prawdziwie, uznać, że każdy dzień jest ważny, bezpowrotny, nie do odkupienia. Tego rodzaju założenie zapewne do czegoś przybliży. Natomiast unifikująca teza, że każdy dzień jest „dobry”, wprowadza rozchwianie pod wieloma względami. Są lepsze i gorsze dni. A nawet godziny – pełnie cienia lub słońca.

Źródła

Istotne źródła prawdy są dwa. Jednym, czy nie najważniejszym, jest Ewangelia. Trudno mi czasem pojąć, że tak ważne i rozległe spojrzenie we wnętrze człowieka, a w zasadzie wytyczenie nowej drogi ludzkości, iście rewolucyjnej na owe bardzo skomplikowane czasy, mogło się wtedy dokonać, dwa tysiące lat temu. Drugie źródło prawdziwych poszukiwań, polegających na docieraniu do głębi człowieczego ja, upatrywałbym w sztuce. Jeśli sztuka ma mieć znaczenie, musi obejmować to, co wyrasta z treści życia. Oczywiście nic w jej obrębie nie jest proste, jednoznaczne, łatwe, poukładane, ułożone we wzory. Towarzyszy jej męka odkrywania prawdziwego wyrazu i sensu. (Nie docenia się tego wysiłku). Reszta to propaganda i opanowująca współczesne umysły reklama. Jedynie silne osobowości są w stanie zachować dystans. Czasem prawdą jest łza, kamień ,spojrzenie, czułe lub spracowane ręce. Wrażliwi ludzie o tym wiedzą.

Zdania A.W. Szewczuk


Anna Wiwiana Szewczuk jest sympatyczną, zielonogórską poetką. Nowym tytułem wydawniczym przypomniała o swoim istnieniu. To dobrze. Nie było możliwe wydanie w pewnym wydawnictwie aforystycznych zdań, to postanowiła opublikować je własnym nakładem. I wyszła nie tak dawno (otrzymałem ją w lipcu 2017) cieniutka co prawda książeczka, ale nie do zbagatelizowania. Robi dobre wrażenie, mimo edytorskiej skromności, ten dwudziestostronicowy arkusz Aforyzmy. Na okładce czarno-biała ilustracja, obraz Elżbiety Balickiej z Lubska – subtelne, kobiece twarze, oczy, ptak, motywy kwiatowe. Arkusz zawiera notę O autorce, ale i wyposażony jest w ISBN. Poetka już wcześniej (2007) próbowała sił w poetyce aforyzmu. Oznacza ten gatunek przekroczenie progu pewnych egzystencjalnych doświadczeń, wejście w sferę myśli mających raczej uogólniać niż być obrazem emocji. Mało kto by się spodziewał, że drzemie w Szewczuk, obok tkliwych lirycznych nastrojów, także dość zdystansowany wobec świata – powiedziałbym – filozoficzny duch. Aforyzmy są jednozdaniowe. Jak mgnienia refleksji. Jeden kęs chleba, łyk wody, haust powietrza. Niektóre zawierają i wyrażają potoczne, znane prawdy, będące w powszechnym obiegu (np.: „Naśladuj lepszych, unikaj gorszych”, „Słowem można przytulić, oczarować, zniszczyć”), powtarza je Anna, ale własnymi słowami, a to przecież nie takie proste. Nie najlepszym pomysłem jest podzielenie tych myśli na cztery cykle (Człowiek, Profesja, Natura, Pieniądze), bo takiego zabiegu dokonuje raczej wybitny autor, wydający książkę pokaźną objętościowo, zbiór mądrości, i o wyraźnie skrystalizowanym horyzoncie intelektualnym. Ale możemy nie szczędzić zielonogórskiej poetce słów uznania, kiedy czytamy takie oto zdania: „Od wysłuchania drugiej osoby powinno się zacząć dialog”, „Zrozumienie jest cechą boską”, „Wiersze rodzą się, zanim przyjdzie wiosna”, „Sztuka leczy bezszkodliwie”, „Puls nieba czuwa nad nami”, „Bez pieniędzy trudno jest być wiecznie młodym”. Jak widać, niektóre zdania dotyczą powszedniego życia, zasad, które dobrze jest przestrzegać, ale zapędza się Szewczuk także w regiony z lekka metafizyczne. Moim zdaniem te krótkie zdania mogą spełniać swoją rolę pożytecznie jako inspiracje do indywidualnych, czytelniczych przemyśleń. Wtedy ich drugie życie może uzyskiwać sens.

Chleb

Sierpień mijał. Minął. Bociany i inne ptaki odleciały. Było duszno. Gorąco. Szło ciężkie deszczowe lato. Najwięcej mogą o tym powiedzieć gospodarze, którym przyszło w tych uciążliwych warunkach zbierać zboża i owoce z plantacji. A my? Kupujemy chleb, jemy chleb, nie brakuje go. Ogromny trud polnej roboty, gospodarskiej uprawy ziemi, raczej nie zaprząta nikomu głowy. Pracują jakieś traktory i inne maszyny. Nowoczesne zrobiło się życie. Odrealnił się jego kształt. Wieś prawie przestała być wsią. A jeszcze nie tak dawno trzeba było mieć silne ręce, iść za pługiem, wytrzymywać żniwny skwar, zgarniać pot z czoła, dźwigać worki z ziarnem, zwozić siano, słomę, ręcznie zbierać kartofle, zadawać krowom, koniom, trzodzie chlewnej. Widziałem to wszystko na własne oczy. Pracę od rana do wieczora, która decydowała o „być albo nie być”. Teraz w markecie plastikową kartę lekko przykłada do czytnika w kasie ten i ów i cały kosz rozmaitości jest jego. Wydaje się, że produkty są jakby znikąd, pięknie opakowane, na półkach, w szerokim asortymencie. A nie są.

Kamień

Wczoraj udało się. Przywiozłem znaleziony na polach Zawady, odkopany z darni, pokaźnej wielkości kamień. Duży i prawdziwie ciężki. Było to dla mnie coś ważnego. Już więcej nie muszę. Nie chcę. Szukałem i znalazłem. Oglądam go. Jego chropawą fakturę. Ten kamień uosabia moje i nie tylko moje życie, któremu staram się podołać i udźwignąć. Wiem, czym ono jest. Nie piórkiem na wietrze ani puchem dmuchawca. Chociaż i tym także.

Zdania

Nastała lekka zima. Zapowiadają jednak wejście silnych mrozów. Czekam na płatki śniegu. Czytam różne dyskusje, teksty, wypowiedzi. Także bardzo negatywne o Polsce. Trafiają się celne, polemiczne sformułowania, jakby perełki, np.: „I tylko pieniądz wami rządzi, zero ideałów” albo: „nienawiść już mózgi wyżarła”. Cała nadzieja w myślących i wytrwałych, którzy nie dadzą się zakrzyczeć.

Koniec roku

Na koniec roku napisałem wiersz pt. Rok – dość rozległy. O tym, co w nim było, a było dramatycznych zdarzeń bardzo wiele. Tych globalnych i zupełnie drobnych, z zasięgu ręki. Wszystko było. Pewnie się już tego nie pamięta. Zostało jeszcze kilka dni, które są piękne. Dzisiaj rano po obudzeniu się zobaczyłem w okiennych szybach rozświetlone niebo. Nad horyzontem czyste, w odcieniach turkusowych barw, nieco wyżej lekkie chmury, od spodu fioletowe smugi. Światło wchodziło do środka pokoju i we mnie. Słychać było ćwierkanie wróbli. Podniosłem się.

Ela

Pewna Ela kupiła dzisiaj przed południem ode mnie książkę. Była uśmiechnięta. Napisałem jej w dedykacji, że jest niezawodna. Też się uśmiechnąłem.

Z poezją

Wszystko, co zdarzyło się w moim życiu, miało związek z poezją. Wielki związek. Bez niej moja droga wyglądałaby całkowicie inaczej. Z jej powodu spotykałem wielu ludzi. Najkrócej mówiąc, poezja broniła mnie w różnych trudnych, a nawet w niebezpiecznych sytuacjach. Może kiedyś o nich napiszę. Dodawała mi sił. Sprawiała, że z niektórych rzeczy bez żalu umiałem rezygnować. To, co dla wielu było głupstwem, które można odrzucić, dla mnie stanowiło zachwycającą wielkość. Według jej tajemnic poniekąd układał się i układa mój los od bardzo dawna. Mam oczywiście poczucie, że otrzymałem coś bardzo kruchego, a jednak decydującego o moim trwaniu.

Idę deptakiem

Idę deptakiem, w pobliżu Muzeum, staram się patrzeć uważnie, rozglądać, jest piękny dzień czerwca. Uświadomiłem sobie, że w zasadzie już nikogo ze znajomych nie spotykam. Niestety. Postarzeli się, są chorzy, tkwią w domach oraz pomarli. Mijam obce twarze. Pod koronami lip idę z takim poczuciem. Obcy obok ludzie, więc z kim choćby o drobiazgach porozmawiać? Życie mocno samotnieje. Inne miary wypada przykładać do zapachów, kształtów, lśnień, drobin, czyichś słów. Napisałem o tym doświadczeniu dawno temu: „Kieliszek wina/ słowo/ kropla samotności/musi ci wystarczyć”. Szybko, wcześnie, za wcześnie, przyszła taka wiedza. Może uchroniła mnie przed złudzeniami. Może przydała cennej refleksji.

W Święta

Czytałem (w internecie) opowiadanie K. Vargi o osadzonej w polskiej obyczajowości i tradycji wigilijnej wieczerzy. O tym szczególnym w swoim rodzaju dla Polaków świętym czasie rodzinne gospotykania się przy stole i łamania się opłatkiem, śpiewania kolęd. Wyjątkowo zgryźliwe, prześmiewcze opowiadanie, wręcz zapalczywie kpiące. Całą tę ceremonię, a zarazem smak i zapach wigilijnych potraw, opisuje Varga z nieukrywaną niechęcią i obrzydzeniem. I złością. A tytuł opowiadania Święto zmarłych. Jak widać, nie szkoda autorowi czasu i talentu na popisywanie się umiejętnością drwienia nawet z „garści siana pod obrusem”. A poza tym, czy należy tak pisać?

I

I znowu wieczór. Jeszcze uporządkować kartki. Przed snem. Zamknąć drzwi na klucz. Czerwone niebo na horyzoncie. Pewnie na zmianę pogody. Jutro się o tym dowiem.

Czesław Sobkowiak