Pierwszego dnia zapłonął OGIEŃ

Otrzymałam dar życia w miesiącu, gdy świat stanął w ogniu. Wszystko, co dotąd zdawało się być stałe, ulegało destabilizacji. Było to przerażające, ale konieczne, by mógł wypełnić się mój los. Już wtedy, w tej pulsującej czerwienią chwili, wszystko zostało zapisane na siedmiu kartach mojej Księgi Życia. Zapłonął Ogień, który ożywia i porusza, który ogrzewa i oczyszcza, który podsyca pragnienia, a potem bezlitośnie je trawi. Choć wtedy nie byłam jeszcze tego świadoma, ale gdzieś głęboko wzrastało we mnie tego przeczucie. Póki co byłam wielkim dziełem, ale tylko na początku, bo człowiek tworzy wielkie dzieła tylko na początku. W każdej dziedzinie życia pełną wartość ma tylko pierwszy krok. Ten krok jest pewny, nie ma w nim wahania, nie ma wątpliwości. Kolejne są już napiętnowane niezdecydowaniem i chęcią ciągłego poprawiania, które czasem powoduje, że zaczynamy dreptać w miejscu. A wszystko przez to, że zapominamy, jak to było, gdy stawialiśmy pierwszy krok. Umyka nam uczucie pewności, które zawsze wypływa z tego samego źródła. Jest ono czyste i daje ogromną siłę. Powoduje, że niczego się nie lękamy. Dlaczego więc wciąż z niego nie pijemy? To proste – do źródła trzeba iść pod prąd.
Nie wiem, czy moi rodzice byli szczęśliwi w dniu moich narodzin. Nic z tamtego dnia nie pamiętam. Może to lepiej. Mam jednak pewność, że byli szczęśliwi, gdy udali się do źródła, by zaczerpnąć z niego wody życia. Wiem, że wtedy czuli w sobie potężną moc, siłę, którą podzielili się ze mną. Jestem im za to bardzo wdzięczna, co oznacza, że mam zamiar zrobić dobry użytek z otrzymanych darów. Będę je pomnażać i dzielić się nimi.
Pierwszego dnia było mi ciepło. Pierwszego dnia nie czułam lęku. Pierwszego dnia czułam się szczęśliwa. Pierwszego dnia nie domagałam się czułości. Pierwszego dnia sami mi ją dali. Potem musiałam płakać, krzyczeć, wołać lub milczeć, a ogień wciąż przygasał.

W starym domu, w kuchni przy oknie stała wersalka, na której spałam. Przez trzy dni w miesiącu mama stawiała na parapecie szklankę wypełnioną wodą. – To dla księżyca – mawiała.
Nie wiem, czy księżyc wypijał tę wodę w nocy, czy ja ją wypijałam, ale rano szklanka zawsze była do połowy pusta (lub pełna tylko do połowy – jak kto woli). Lubiłam spać w kuchni, bo w kuchni było ciepło. Przed zaśnięciem wpatrywałam się w tańczące na ścianach i na suficie ogniki, wyskakujące przez szpary między żeliwnymi, kuchennymi płytami rozgrzanymi do czerwoności przez tańczący pod nimi ogień.
Któregoś dnia tato rozłożył tę kuchnię na pojedyncze kafle, bo była już zbyt stara. Znów było mi zimno, choć to była pełnia lata. Tato chyba to wiedział, bo na podwórku zbudował prowizoryczną kuchnię, na której smażył dla mnie jajecznicę z dzikim szczypiorem, który przynosiłam z lasu okalającego nasz dom. Tato wykopał był dół, po jego bokach ustawił po dwie cegły, a na nich położył żeliwną płytę. Takie palenisko wystarczyło, bym znów poczuła ciepło i kojące szepty płomieni. Wciąż spałam na kanapie stojącej przy kuchennym oknie, ale mój sen nie był kuchenny. Pewnej nocy obudził mnie smród przypalonych jajek. Mama postawiła na elektrycznej kuchence garnek z czterema jajkami. – Będą na śniadanie, bo rano nie zdążę ugotować – powiedziała i zniknęła w pokoju.
Gdy się obudziła, jajek już nie było. Na czerwonym palniku elektrycznej kuchenki skwierczał rozgrzany do czerwoności garnek. Tylko to było widać w czarnym, śmierdzącym dymie. Po tygodniu na miejscu starej kuchni stanęła nowa, z brązowych kafli, ale moja kanapa została przeniesiona do pokoju z elektrycznym grzejnikiem. Nie było już tańczących na ścianach i suficie ogników, nie było szemranych rozmów sosnowych polan i zapachu schnącej na zapiecku łuczyny. Mój sen przestał być kuchenny. Odtąd stał się on mroczny, z wyłaniającymi się spomiędzy gałęzi fikusów strachami bez oczu, bez twarzy, bez ciepła.
Babcia rozpalała kuchnię codziennie. Zawsze najpierw zapalała kawałek starej gazety i tą płonącą, papierową pochodnią podpalała łuczynę położoną pod stosem drewna ułożonego na palenisku. Każdego ranka, wykonując tę czynność, mamrotała coś pod nosem. Długo myślałam, że starsi ludzie tak mają, że mamrotanie do siebie przychodzi z wiekiem, ale byłam w błędzie. Babcia, rozpalając ogień, wypowiadała zaklęcie: – Płoń święty ogniu, płoń i ogrzewaj mój dom.
U babci ciągle było ciepło. Na kuchennej płycie w srebrnym czajniku zawsze lekko bulgotała woda, by w każdej chwili można było zaparzyć aromatyczną herbatę. W piekarniku na blasze suszyły się dyniowe pestki, którymi napychałam sobie kieszenie, zanim pobiegłam lepić bałwana, grać w hokeja drewnianymi patykami na zamarzniętym zbiorniku przeciwpożarowym albo szusować na sankach lub jeździć w kuligu. W żeliwnym rondlu z wolna pyrkały różne przysmaki. Rarytasem były gołąbki z kaszą gryczaną. Parujące, z lekko podpieczoną kapuścianą skórką, ociekające tłuszczem. Do dziś czuję ten smak i aromat, choć wraz z odejściem babci odeszła też kaflowa kuchnia, a jej miejsce przy kominie zastąpiła bezduszna blaszana kuchenka działająca na prąd.
U dziadka też było ciepło. Za dnia gotował na płycie żółtą mamałygę. Uwielbiałam tę potrawę, której sposób przyrządzania dziadek przywiózł ze sobą z zielonej krainy położonej nad Seretem. Długo wpatrywałam się w gorący, parujący, złoty krąg, zanim pozwoliłam, by go pokroić i pochłonąć. Wieczorami dziadek piekł dla mnie jabłka.
Otwierał kuchenne palenisko i nad żarzącymi się węglami obracał pogrzebacz, na który nabity był owoc. Uwielbiałam te chwile pachnące żywicą i jabłkami. Potem siedziałam na dziadkowym tapczanie, parzyłam sobie palce, obierając gorące jabłko ze skórki i słuchałam dziadkowych opowieści o wojnie. W końcu wsuwałam się pod puszystą pierzynę i wsłuchując się w szemranie ognia, obserwowałam fosforyzujące punkty połyskujące na ramionach krzyża zawieszonego nad drzwiami. Było mi ciepło. Wtedy jeszcze było mi ciepło. Ogień płonął. Skupiał wokół ludzi, których kochałam i którzy mnie kochali. Jednoczył ludzi, których słuchałam i którzy mnie słuchali. Wtedy nie było miejsca na samotność, bo ogień buduje więzi, nawet wówczas gdy trawi wszystko, nieopatrznie wymknąwszy się spod kontroli.

Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem do nich należy królestwo niebieskie1

Wszyscy zawsze mi powtarzali, żebym była dobrym człowiekiem, sprawiedliwym, przyzwoitym, mądrym, ale im bardziej pielęgnowałam któryś z przymiotów człowieka uduchowionego, niemal natychmiast go traciłam. Przez to tracenie rozrastała się we mnie pustka, która w myśl praw natury musiała zostać czymś zasiedlona, by zachować równowagę.
Pierwsze pojawiły się zdolności. Byłam zdolna do wszystkiego, ale byłam do niczego. Chciałam robić tysiące rzeczy, ale nie wierzyłam w ich powodzenie. Wzrastając w cieniu bogiń, które wszystko wiedziały lepiej i wciąż mnie poprawiały, nie mogłam pozwolić sobie na bycie frywolną i wygrzewanie się na zapiecku. Dlatego też coraz częściej zostawiałam tam swoje marzenia. Sama zaś robiłam dla innych różne rzeczy, by się im przypodobać. Dawałam, bo chciałam, by i mi dawano. Ponieważ to dawanie było interesowne, nie otrzymywałam wiele w zamian, co powodowało moje poczucie osamotnienia.Potem nastąpił upadek moralności. Myślałam, że mojej, gdy oberwałam rózgą za pisanie na naklejkach na zeszyty „kocham cię”, ale nie pamiętam do kogo. Za to krwiste pręgi na nogach pamiętam do dziś. Pamiętam także, że bardzo chciałam być kochana, ale nikt mi tego nie powiedział. Słowa „kocham cię” były zakazane, były napiętnowane moim bólem, były naznaczone czerwonymi pręgami.
Następna strata dotyczyła przyzwoitości, gdy pewien chłopiec z mojej klasy wymieniał się ze mną znaczkami, przynosił dla mnie rumiane jabłka, odprowadzał do brzozowej górki, gdy po lekcjach wracałam pieszo do domu, podarował mi pierścionek z mieniącym się tysiącami barw oczkiem, a potem wyprowadził się, nie wiem dokąd. Wtedy z pierścionka wypadło tęczowe oczko i złote serce, w którym wcześniej tkwiło, zionęło pustką.
Kolejna była sprawiedliwość, na którą przyszedł koniec, gdy na świecie pojawiła się moja młodsza siostra, zabierając tę resztkę ciepła, która mi pozostała. Nie miałam do niej o to żalu, ale napawało mnie to smutkiem. Chciałam jej powiedzieć, że ją kocham, ale wciąż pamiętałam piekący ból tych słów, więc próbowałam jej to okazywać na swój niezdarny, dziecięcy sposób. Nie wiem, czy rozumiała. Mam nadzieję, że czuła.
Potem rozsypały się ideały, gdy nie pozwolono mi zagrać Kopciuszka w szkolnym przedstawieniu. Kopciuszkiem została wnuczka dyrektorki szkoły, a ja miałam spełniać jej marzenia o pójściu na bal, na którym miała tańczyć z księciem, o którym ja marzyłam.
W obliczu tylu klęsk i strat postawiłam na intelekt. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w zetknięciu z wiarą ma on drugorzędne znaczenie.

Opowieści Jaguchy

Jagucha nie była moją prawdziwą babcią, ale mogłaby nią być. Była wystarczająco stara i mądra. Ludzie we wsi z niej szydzili, wytykali palcami, gdy szła boso z podwiniętym lnianym fartuchem, w którym nosiła zioła. Zbierała je o różnych porach dnia i różnych porach roku.
– Każda roślina ma swój czas – mawiała. – Trzeba ją zerwać wtedy, gdy jej lecznicze moce w pełni zasiedlają kwiaty, liście, owoce lub kłącza. Najlepiej kilka dni przed pełnią, gdy przybywa księżyca, bo wtedy w roślinach przybywa mocy.
Potem je wiązała w pęki i suszyła na słońcu albo w cieniu. Jej kuchnia pachniała rozmaitymi ziołami. Pod okapem nad kuchennym piecem, w słojach, w każdym kącie domu, w dzbanach, wszędzie były zioła. Babka wąskolistna, która według chińskiego cesarza Shen Nung jest „księciem” wśród ziół, na szybsze gojenie się ran. Kwiaty czarnego bzu na gorączkę i kaszel. Wprawdzie Jagucha nie odprawiała pod krzewem rosnącym na jej podwórku guseł, ale zawsze suszyła kwiaty i robiła sok z czarnych jagód tej magicznej rośliny. Świeże gałązki piołunu na pozbycie się z domu mrówek, a napar z suszu na nieżyt żołądka. Dziewanna, której kwiaty zaglądały przez kuchenne okna, miała strzec domu Jaguchy przed czarownicami, czyli jak uważali pozostali mieszkańcy wsi, przed nią samą. Jagucha nie była czarownicą. Ona była wiedźmą, czyli tą, która wie, która czyni dobro. Jasnotę białą, której wyskubywałam kwiatki i wysysałam z ich dna słodki nektar, Jagucha polecała na uregulowanie trawienia. Lubczyk, który dodany do potrawy ukochanego sprawiał, że miłość zostawała odwzajemniona, zajmował w ogrodzie szczególne miejsce. Wiele kobiet ze wsi korzystało z darów natury, z których Jagucha umiała wydobyć magiczną moc, ale żadna nie przyznawała się do tego. Dawniej ludzie bacznie obserwowali naturę, szanowali ją i się od niej uczyli. Dziś ludzie biegną do apteki i kupują pigułki na wszystko: na katar, na ból brzucha, na lepszą pamięć, na gładszą cerę, na... Tymczasem Jagucha spacerowała wśród łąk i lasów, zbierając skarby natury i miała w swoim magicznym domu pachnącą aptekę. Ja uwielbiałam przesiadywać w Jaguchowej kuchni, grzać się przy zapiecku i słuchać jej opowieści.

Dawno, dawno temu, kiedy ludzi na Ziemi było niewielu, kiedy ludzie nie umieli mówić, ale potrafili się modlić, wznosili oczy ku niebiosom i niemo błagali, by Bóg nauczył ich rozpalać ogień, bo cierpieli z zimna. Wtedy Bóg usłyszawszy ich prośby rzekł:
– Najpierw znajdźcie i wskażcie mi miejsce dogodne do rozpalenia ognia. Ludzie znaleźli jaskinię nad brzegiem morza i wskazali to miejsce jako dogodne do rozpalenia ognia. Wtedy po raz wtóry rzekł do nich Bóg:
– A teraz nazbierajcie chrustu i suchych traw i ułóżcie z nich stos. Ludzie uczynili, co im kazał Bóg. Potem zadowoleni z dobrze wykonanej pracy zasiedli wokół stosu z drewna i czekali, ale nic się nie wydarzyło. Wtedy znów usłyszeli głos Boga:
– A teraz weźcie dwa krzemienie i uderzajcie jednym o drugi, aż spomiędzy nich wyskoczy iskra.
Ludzie znów zrobili, jak kazał Bóg i stał się cud. Zapłonął ogień. Odtąd ludziom było ciepło. Czuli się bezpiecznie. Było im dobrze. Dbali, by ogień nie wygasał.
Minęło wiele pokoleń, gdy do jaskini przyszedł obcy człowiek zza widocznych na horyzoncie gór. W jego oczach widać było głęboki smutek. Zgromadzeni wokół ogniska ludzie zapytali (trzeba ci wiedzieć, że ludzie, spędzając wokół ogniska wiele czasu, nauczyli się ze sobą rozmawiać, jedni mówili, inni słuchali):
– Co możemy zrobić, by cię pocieszyć?
A on im pokazał, bo tak jak oni kiedyś, nie umiał mówić. To jego pokazywanie mogłoby oznaczać: „Rozpalcie taki sam ogień dla mnie, bym mógł go zanieść moim braciom i siostrom”. Wtedy najstarsza kobieta z plemienia opowiedziała mu o modlitwie, o szukaniu dobrego miejsca i sposobie rozpalania ognia. Na koniec nauczyła go krzesać iskry i błogosławiła mu, mówiąc:
– Idź i przekazuj tę mądrość kolejnym pokoleniom.
Człowiek zza gór uczynił tak, jak mu nakazała kobieta. Wrócił do swoich i rozpalił ognisko w górskiej jaskini, a potem nauczył wszystkich, jak rozpalać ogień i jak o niego dbać, żeby nigdy nie zgasł.
Znów minęło wiele pokoleń. Ludzie przenieśli się z jaskiń do wygodnych, ogrzewanych domów. Przestali palić ogniska, nawet w ogrodach. Zapomnieli o tym, że trzeba znaleźć właściwe miejsce, że trzeba nazbierać chrust i suche trawy, by ułożyć z nich stos i podpalić, by móc zasiąść dookoła ognia i przekazywać tę pradawną mądrość.

– Czy to oznacza, Jagucho, że ludzie znów przestaną umieć mówić? – zapytałam nieco przerażona, bo z opowieści Jaguchy wywnioskowałam, że to ciepło ognia rozwiązało ludziom języki.
– Nie, nie przestaną umieć mówić, ale obawiam się, że przestaną się wzajemnie słuchać, rozumieć, współodczuwać i darzyć czułością.
Na samą myśl o tym dostawałam gęsiej skórki. Nie umiałam sobie wyobrazić braku czułości na świecie. To tak, jakby nagle zgasł ogień we wszystkich kuchniach świata. Zniknęłoby ciepło, zapachy, smaki, pozostałby tylko smutek i chłód. Przenikliwy, szary chłód bijący od monitorów komputerów i ekranów telewizorów, to zimne niebiesko-szare światło, które w naturze zdarza się tylko przez krótką chwilę każdego dnia o świcie, by zniknąć wraz z pierwszym promieniem wschodzącego słońca.

Pierwsza rozmowa ze Strzelcem

Wtedy, pierwszego dnia, zaczęły się moje sny o Strzelcu. We śnie widziałam dziewczynkę. Była podobna do mnie. Miała na sobie sukienkę w kwiatki. Nieustannie grała w jakąś grę. A może to była jakaś zabawa, taka w sam raz dla dziewczynek? Pamiętam jej podskakujące rytmicznie kitki z czerwonymi kokardami i śpiew, a właściwie coś, co śpiew przypominało, może to były wyliczanki...
– Kim jesteś? – zapytała zdumiona dziewczynka na widok mężczyzny, który nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się przed nią, trzymając w ręce łuk i strzałę. – Wyglądasz jakoś znajomo, a przecież nigdy cię nie widziałam.
– Jestem Strzelcem – odpowiedział ten, który się zjawił. – Wyglądam znajomo? To dziwne? Jestem tu pierwszy raz. Ciebie też widzę po raz pierwszy. Skąd się tu wzięłaś?
– Stamtąd – odpowiedziała dziewczynka, wskazując na gwiazdy. – Między Astraeą a gwiazdozbiorem Skorpiona jest mój pierwotny dom. Stamtąd przychodzę – powiedziała dziewczynka i spojrzała na Strzelca. To dziwne, ale nagle zawładnęło nią nieznane dotąd uczucie. Nie umiała go nazwać. Opuściła w dół oczy i dodała: – Ja też widzę cię pierwszy raz, choć możliwe, że już cię kiedyś widziałam we śnie, a może tylko przeczuwałam twoją obecność... A dlaczego się tu zjawiłeś?
– Jestem ci przeznaczony.
– Co to znaczy, że jesteś mi przeznaczony?
– To znaczy, że któregoś dnia nasze drogi się połączą. Wtedy się spotkamy.
– Ale po co?
– Po to, żeby wypełnić to, co jest nam przeznaczone.
– Wiesz, co jest nam przeznaczone? Znasz przyszłość? Widzisz ją? – zapytała zaciekawiona dziewczynka.
– Nie wiem, co wiem, ale wiem, co czuję... – powiedział z odcieniem niepewności w głosie Strzelec i zapatrzył się w jakąś odległą przestrzeń, jakby widział coś, czego ona, dziewczynka nie mogła zobaczyć. – Też mam przeczucie, że tak właśnie będzie – dodał z nutką niepokoju w głosie.
Strzelec zamilkł i rozejrzał się wokoło, jakby szukał wzrokiem kogoś jeszcze, kogo nie widział, ale wyczuwał jego obecność.
I los odczytaj swój w niebieskim znaku, gdzie cię zważono, byś ujrzał, jak lekki i słaby będziesz, gdy zechcesz się bronić2 – zabrzmiał czyjś głos.
Strzelec ponownie rozejrzał się wokoło, a nie ujrzawszy nikogo, zwrócił się do dziewczynki:
– Słyszałaś? – zapytał zdumiony.
– Co? Nie rozumiem, o co pytasz.
– Nic, nic. Pewnie się przesłyszałem – powiedział Strzelec. Popadając w zadumę, dodał po chwili: – Lepiej już pójdę.
– Ale dokąd?
– Tam, skąd przyszedłem.
– A gdzie to jest?
– Jest to tam, gdzie być powinno.
– I tam będziesz na mnie czekał?
– Tak, będę czekał.
– To chyba będziesz czekał bardzo długo i będziesz się bardzo nudził, bo ja nie wiem, jak do ciebie trafić.
– Nie martw się tym. Trafisz z pewnością. A nudził się nie będę. Mam tam mnóstwo pracy.
– Tak? A co będziesz robił?
– Zasadziłem winorośl w moim ogrodzie. Będę ją pielęgnował. Młode krzaczki są takie delikatne i wrażliwe. Łatwo je złamać teraz, kiedy są jeszcze małe.
– Musisz je bardzo kochać, skoro tak się o nie troszczysz.
– Tak, troszczę się o nie, bo wiem, że kiedyś odwdzięczą się mi, wydając słodkie grona. Wtedy je zerwę i podzielę się z tobą – powiedział Strzelec i czule spojrzał na dziewczynkę. Ona zaś odpowiedziała mu równie czułym spojrzeniem, a na jej ustach pojawił się nieśmiały uśmiech.

Renata Diaków
Ilustracje: Dominika Diaków


1 Wg Biblii Tysiąclecia.
2 John Milton, Raj utracony.