Kolekcjoner (fragment powieści)

Tej nocy budził się wielokrotnie. Dręczyły go sny o byłej żonie i nienarodzonym dziecku. Rzucał się na łóżku i otwierał oczy, spoglądając przy tym na elektroniczny budzik stojący na nocnym stoliku. Zmęczony tym wszystkim wstał już po czwartej rano.
Podreptał do łazienki i zapalił papierosa. Palił tam, odkąd na dworze zrobiło się zimno i nie chciało mu się wychodzić na balkon.
Później nastawił wodę na kawę i wziął się za robienie jajecznicy. Termometr zawieszony za kuchennym oknem wskazywał minus dwa stopnie Celsjusza. Nie jest źle, jak na grudzień – pomyślał, przestawiając okienko na ściennym kalendarzu. Był dwudziesty czwarty grudnia. Wigilia Bożego Narodzenia.
Miał sporo czasu, aby przygotować się do wyjścia. Nie spieszył się więc. Wziął prysznic i starannie ogoli łsię. Wybrał elegancką koszulę i dobrał do tego spodnie.
Kolejną godzinę spędził przy komputerze, sprawdzając najnowsze wiadomości i słuchając przy tym lokalnego radia. Spiker ogłosił brak śniegu w mieście aż do początku stycznia. Przez chwilę zastanawiał się, czy jest to dla niego dobra, czy zła informacja. Mam to gdzieś – wyszeptał w końcu cicho do siebie. Od kilku lat nie obchodził żadnych świąt, a celebrował tylko i wyłącznie swoje zwycięstwa w konkursach szachowych.
Odkąd wziął się za sportową rywalizację na poważnie, jego ranking wzrósł dwukrotnie. Udało mu się wystąpić na kilkunastu turniejach lokalnych i kilku krajowych. Nie był wybitnym graczem, ale posiadał spore umiejętności, które wciąż doskonalił.
Ćwiczył codziennie, niezależnie od wszystkiego, co robił w ciągu dnia. Gdy wybijała dwudziesta pierwsza, zasiadał do komputera i wykonywał wcześniej przygotowane zadania bądź zmagał się w wirtualnym pojedynku. Czasami dochodził do wniosku, że to jedyne zajęcie, które motywuje go jeszcze do życia.
Minęła szósta rano. Niespiesznie wyłączył komputer i przeszedł do przedpokoju. Zapakował do torby drugie śniadanie. Dziesięć minut później był już na przystanku autobusowym. Palił papierosa i przyglądał się oczekującym pasażerom.
Większość z nich emanowała radością i podnieceniem. W powietrzu unosił się melancholijny i świąteczny nastrój, który nie do końca mu się udzielał. Był na to obojętny, ale nie zacietrzewiony. Miał dystans do ludzi i siebie. Życie nauczyło go już wiele.
Przepuścił przy wejściu staruszki i zajął miejsce tuż za drzwiami, gdzie znajdował się grzejnik. Zacierał ręce z zimna i naciągnął czapkę. Uśmiechnął się w przestrzeń, nie patrząc na nikogo.
W firmie pojawił się kwadrans przed czasem, co było u niego normą. Przywitał z szatniarzem, zarejestrował wejście kartą chipową i wskoczył do windy.
Od tygodnia w jego dziale panował chaos związany z brakami personalnymi. Kilka kobiet rozpoczęło właśnie urlopy macierzyńskie, a do tego posypały się zwolnienia chorobowe. Wyglądało na to, że rozpoczęte projekty nie będą zakończone w terminie, co wpływało negatywnie na panującą atmosferę.
Przygotował sobie kolejną kawę i usiadł przy biurku. Pomimo wszystko dopisywał mu humor i po raz kolejny stwierdził w duchu, że lubi swoją pracę.
Programowaniem zajmował się od czasów młodości i nigdy nie sprawiało mu to większej trudności. Od zawsze wykazywał talent do cyfr i rozwiązywania problemów matematycznych. Już w szkole osiągał na tym polu sukcesy, będąc laureatem kilku krajowych olimpiad. Cały jego świat to liczby, które układał w tylko sobie znane wzory. Kwadrans później w biurze pojawiła się jego współpracowniczka. Była to drobna kobieta w średnim wieku, wiecznie uśmiechnięta i emanująca serdecznością. Pracowali ze sobą już kilka lat i tak naprawdę kochał się w niej od pierwszego spotkania.
Na pewno zdawała sobie z tego sprawę, a może sama też coś do niego czuła. Była jednak szczęśliwą, spełnioną żoną i matką dwójki dzieci. Ich wzajemne uczucia były więc tylko platoniczne i niepozbawione dystansu, który między sobą ciągle utrzymywali.
Około południa wyszedł na zaplecze i wybrał w telefonie numer swojego starszego brata. Długo nikt się nie zgłaszał.
– Co tam? – usłyszał, gdy już miał zakończyć próbę połączenia.
Głos jak zwykle był podniesiony i nerwowy. Zaczerpnął powietrza i odezwał się spokojnie.
– Chciałbym potwierdzić, że będę dzisiaj u was na kolacji.
Mężczyzna po drugiej stronie słuchawki krzyknął na kogoś.
– Dobrze, zaczynamy około osiemnastej. Muszę uciekać – powiedział po chwili, kończąc szybko rozmowę.
Odetchnął głęboko, wpatrując się pustym wzrokiem w ekran. Nie był do końca przekonany, czy pomysł spędzenia kolacji wigilijnej w towarzystwie brata i jego żony był rozsądny. Od śmierci rodziców była to jednak jego najbliższa rodzina.
Mógł spędzić ten wieczór jak zwykle w pojedynkę, co wcale nie wydawało mu się przygnębiające. Przyzwyczaił się już do samotności i nie czuł się źle w swoim towarzystwie. Przekonał się, że większość ludzi go irytuje i czasami ciężej mu było przebywać wśród ludzi niż u siebie w mieszkaniu.
Teraz było już za późno. Był umówiony i nie mógł zmienić decyzji. Pocieszał się, że nie będzie źle i da radę wytrzymać te kilka godzin. Zresztą nie miał w zwyczaju zmieniać decyzji w ostatnim momencie.
Po piętnastej zaczął szykować się do wyjścia.
Gdy wyszedł przed budynek, zaczęło mocno padać. Klął pod nosem, ponieważ akurat dzisiaj zapomniał wziąć ze sobą parasola. Wsiadł do powrotnego autobusu całkowicie przemoczony, co zepsuło mu humor.
Na miejsce dojechał po pół godzinie. Wbiegł do klatki w strugach deszczu, zakrywając głowę teczką, co niewiele pomagało. Wszedł na drugie piętro i skierował się na prawo. Wyciągnął klucze. Nagle coś zwróciło jego uwagę. Zrozumiał, że w pośpiechu przeoczył ważny szczegół.
Zrobił dwa kroki w tył i stanął na środku korytarza. Drzwi naprzeciwko, gdzie mieszkała jego sąsiadka, były uchylone. To nie było normalne.
Podszedł powoli, nasłuchując, czy nie dobiega zza nich jakiś odgłos. Panowała jednak zupełna cisza. Zbliżył się jeszcze bardziej i delikatnie pchnął drzwi.
Przedpokój tonął w półmroku i wyglądało na to, że nikogo nie ma w mieszkaniu. Wydało się to mu niepokojące. Zrobił krok do przodu i wszedł do środka. Sprawdził najpierw kuchnię, następnie duży pokój i sypialnię. W końcu odwrócił się i wszedł do łazienki.
Leżała w wannie z zamkniętymi oczami. Na pierwszy rzut oka wyglądała, jakby spała.
Upadł na kolana. Złapał mocno za głowę i ramiona. Krzyczał, żeby się obudziła i otworzyła oczy. Potrząsał jej wiotkie, blade i nagie ciało, które było już martwe.
Po chwili zwolnił ucisk, a jej zwłoki zanurzyły się z powrotem w wodzie. Wydawało mu się, że śni jeden ze swoich największych koszmarów.

Marcin Radwański