Gdzie jest mój dom

– Po co mam tam jechać? Nie mówię po niemiecku. Będę z wami chodzić, sztucznie się uśmiechać i udawać, że coś rozumiem – tłumaczyłam. – Jutro idę do pracy. Będziemy musieli całą podróż odbyć w ciągu jednego dnia. Jeśli pojedziesz sam, przenocujesz w hotelu i spokojnie wrócisz – chwytałam się ostatniej deski ratunku.
– Proszę cię, pojedź ze mną, z tobą będzie mi raźniej. Wiesz, że nie wypadało odmówić. Nie znam tych ludzi ani miejsca, a chcę mieć jakąś bratnią duszę przy sobie. – Tadeusz nie dawał za wygraną.
– No dobrze – zgodziłam się niechętnie. – Ale robię to tylko dla ciebie.
Wyjechaliśmy wczesnym rankiem. Dzień był pochmurny, a od czasu do czasu padał przelotny deszcz. Mimo że był to koniec maja i większość roślin miała w pełni ukształtowane liście, to wciąż dawało się zauważyć niszczycielskie dzieło silnych styczniowych mrozów, które spadły na ziemię pozbawioną śniegu. Na parkingu, gdzie zatrzymaliśmy się na kawę, duży skwer obsadzony ozdobnymi krzewami irgi miał brunatną barwę. Suche gałązki zaczynała przerastać trawa. Martwe były też azalie i rododendrony znajdujące się w pobliżu wejścia do baru.
Jadąc, rozmawialiśmy o czekającym nas spotkaniu. Mąż miał być tłumaczem dla małżeństwa, które po raz pierwszy przyjeżdżało odwiedzić miejsce urodzenia starszej pani. Poprosił go o to wspólny znajomy. Aby dojechać do Gościszowa – wsi leżącej na Dolnym Śląsku, musieliśmy pokonać blisko trzysta kilometrów.
– Dlaczego nie wynajęli sobie tłumacza? Przez ich skąpstwo tłuczemy się taki kawał drogi – gderałam.
– Nie wiesz, czy są skąpi. Może potrzebują kogoś życzliwego.
– Po co w ogóle przyjeżdżają? Pamiętasz tabuny niemieckich emerytów w ubiegłym roku na Mazurach? Mają nadzieję odzyskać ten swój Heimat?
– Może po prostu tęsknią do dzieciństwa albo odwiedzają groby swoich przodków. Nie widzę w tym żadnego zagrożenia. To starzy ludzie, a młodzi żyją teraźniejszością. Nie przypuszczam, żeby ktoś przy zdrowych zmysłach chciał dzisiaj zmiany granic.
– No nie wiem. Ja tam wolę patrzeć im na ręce. Byłabym spokojniejsza, gdyby siedzieli w swoim niemieckim raju, a na wczasy jeździli do Egiptu.
Przed południem byliśmy na miejscu. Pogoda się poprawiła. Zza chmur wyjrzało słońce i zrobiło się znacznie cieplej. Zaparkowaliśmy na małym placyku przed kościołem. Postanowiliśmy go obejrzeć, bo do spotkania zostało jeszcze trochę czasu. Weszliśmy przez metalową furtkę w kamiennym murze. Kościół zbudowany z bloków kamiennych był stary i piękny. Mógł mieć z osiemset lat! Obeszliśmy go dookoła i stwierdziliśmy z żalem, że drzwi są zamknięte. Budowlę otaczał zadbany trawnik, a gdzieniegdzie stały fragmenty płyt nagrobnych z niemieckimi napisami oparte o mur. Dalej, za okazałym grobowcem, znajdował się współczesny cmentarz.
Wróciliśmy na parking. „Nasi” Niemcy trochę się spóźniali. Wreszcie zobaczyliśmy nadjeżdżającego volkswagena. To byli oni. Powoli wysiedli z samochodu. Mogli mieć ponad siedemdziesiąt lat. Kobieta ubrana była w luźne spodnie, bawełnianą bluzkę i pikowaną kamizelkę. Mężczyzna w koszulę z krótkim rękawem włożoną w spodnie. Ponieważ miał wyraźny brzuszek, pasek podtrzymujący spodnie przesuną łsię zbyt wysoko, przez co jego sylwetka wyglądała trochę śmiesznie. Było też coś dziwnego w jego twarzy. Z początku nie wiedziałam, o co chodzi. Dopiero potem, kiedy przyjrzałam mu się dokładnie, zauważyłam, że ma szklane oko.
Przywitaliśmy się. Mówili coś do mnie, a ja, nic nie rozumiejąc, przykleiłam do twarzy sztuczny uśmiech .Greta wyjęła z bagażnika tekturową teczkę, a Fritz wyciągnął aparat fotograficzny. Ruszyliśmy zwiedzać wieś. Główna droga prowadziła nieco w dół, jednak my nie poszliśmy dziurawym asfaltem, spod którego wyglądał stary bruk. Greta poprowadziła nas przez mostek przerzucony nad potokiem, a potem drogą równoległą do głównej trasy, ale położoną wyżej. Dzięki temu mieliśmy większą część miejscowości u naszych stóp.
Wieś leżała w wąskiej i długiej dolinie, na dnie której wartko płynęła niewielka rzeczka. Widok, który roztaczał się przed nami, był pomieszaniem piękna i brzydoty. Nie musiałam patrzeć oczami Grety, by dostrzec urodę starych zabudowań. Wyraźnie zwracały na siebie uwagę duże piętrowe budynki o spadzistych dachach i oknach zakończonych łagodnym łukiem, rozrzucone między gierkowskimi klockami.
– Większość – tłumaczyła Niemka – należała kiedyś do przypałacowego gospodarstwa.
Wszystkie były w złym stanie. Widać, że nikt nie dbał o kilkuwiekowe budowle. Niektóre miały uszkodzone dachy, a we wnętrzach rosły bujne krzewy. Przeszliśmy już spory odcinek drogi, kiedy przed naszymi oczami odsłonił się niezwykły obraz. Za rzeczką i szeregiem domów, po drugiej stronie głównej trasy, wznosiły się majestatyczne ruiny renesansowego pałacu. Greta przystanęła i patrzyła z niedowierzaniem na ściany z otworami po oknach, przez które było widać niebo i plątaninę drzew i krzewów. Jak różny musiał być to widok od tego zapamiętanego z dzieciństwa! Po chwili ruszyliśmy dalej. Greta opowiadała Fritzowi i mojemu mężowi o tym, co gdzie było przed wojną.
– Tam stała szkoła. – Wskazała w kierunku nieestetycznego betonowego pawilonu handlowego z lat siedemdziesiątych. – Tu był spichrz, a tam młyn i mleczarnia. Tu, koło skrzyżowania, duża gospoda. A blisko niej kościół ewangelicki. – Pokazała na wysokie kamienne mury pozostałe po wypaleniu wnętrza.
Za każdym razem udowadniała prawdziwość swych słów, wyciągając ku nam rękę z plikiem przedwojennych fotografii.
Szliśmy dalej. Wieś ciągnęła się na przestrzeni kilku kilometrów wzdłuż bystrej rzeczki. Woda w niej była tak czysta, że widać było piaszczyste dno i małe rybki. Na brzegach przysiadały ptaki, próbując napić się wody. Kaczka znalazła łagodne zejście i prowadziła swe pisklęta ku wartkiemu nurtowi.
Miejscowość mogła mieć niezwykły czar. Wszystko pasowało do siebie – magiczne ruiny pałacu, zagrożone zawaleniem stare budynki, bujna zieleń i urokliwa rzeczka. Jednak całe piękno psuł wszechobecny brud i nieporządek. W wodzie i na jej brzegach leżały plastikowe butelki, obite emaliowane garnki, połamane zabawki i metalowe pozostałości po trudnych do zidentyfikowania narzędziach. Wstydziłam się tego bardziej niż umierania zabytków. Wiem, że nie wszystko z przeszłości można ocalić, jednak ten brak dbałości o czystość otoczenia przynosił wielką ujmę moim rodakom.
Po ponadgodzinnej wędrówce dotarliśmy do celu – miejsca, w którym Greta spędziła dzieciństwo. Domu już nie było. W lutym 1945 roku czołg radziecki wypadł z zakrętu na wąskiej drodze i w niego uderzył. Budynek został rozebrany. Niemka wiedziała o tym, jednak chciała tu przyjść. Na dawnej posesji jej rodziców, tuż przy piaszczystym trakcie stał niewielki murowany dom. Ktoś pomalował go na jaskrawy różowy kolor, co niestety nie dodało mu urody. Podeszliśmy do furtki w betonowym płocie. Pies leżący dotąd przy budzie zerwał się i naprężając łańcuch, zaczął gwałtownie szczekać. Zza domu wyszedł mężczyzna. Miał około pięćdziesiąt lat. Tadeusz, usiłując przekrzyczeć jazgoczącego psa, wyjaśnił, kim jesteśmy i zapytał, czy moglibyśmy wejść na podwórze. Mężczyzna uciszył hałaśliwe zwierzę i otworzył furtkę. Po chwili dołączyła do niego kobieta o ciemnej karnacji i cygańskiej urodzie. Oboje byli bardzo życzliwi. Powiedzieli, że Greta może oglądać, co tylko zechce. W sadzie, między młodymi jabłonkami, chodziły kaczki i kilkutygodniowe kurczaki. Było tego mnóstwo. Przed kurnikiem leżała sterta nawozu, w której grzebało kilka kogutków. Kiedy Greta poprowadziła resztę towarzystwa w głąb podwórza, zapytałam gospodynię, skąd tu przybyła.
– Ja jestem stąd, ale moi rodzice przyjechali z Jugosławii. Tak samo jak wszyscy we wsi.
– Jak to z Jugosławii? Przecież jesteście Polakami!
– To prawda. Kiedyś nasi dziadowie żyli w biedzie i dali się namówić Austriakom na przesiedlenie do Jugosławii. Założyli tam wsie, z ugorów i lasów zrobili pola, posadzili sady i winnice. Jak wybuchła wojna, zaczęli nas, Polaków prześladować. Chorwaci za to, że jesteśmy wrogami Niemców, a Serbowie za katolicką wiarę. Niejedno gospodarstwo poszło z dymem. Po wojnie, choć żal było zostawić dorobek życia swojego i swoich dziadów, Polacy z Jugosławii osiedlili się tutaj, w Bolesławcu i w kilku okolicznych wsiach. Ale powiem pani, że nikt tu szczęścia nie znalazł.
– Dlaczego? Przyszliście na gotowe. Były umeblowane domy, ziemia, wszystko!
– Jakie wszystko? Rodzice mówili, że jak przyjechali, większość dobytku zabrali Ruscy albo szabrownicy. Ziemię przejął PGR. W Jugosławii byli gospodarzami. Tutaj mogli albo pracować w PGR-ze, albo dojeżdżać do pracy w Bolesławcu. Zawsze tęsknili za tamtymi stronami. Nigdy się nie przyzwyczaili.
– Przecież to takie piękne miejsce.
– Ale nie swoje własne. Ja się tu urodziłam, a chyba przez tę tęsknotę rodziców nie czuję się u siebie. No i przez tych Niemców. Ciągle przyjeżdżają i mówią: „To było nasze”.
Zatrzymałyśmy się obok skleconej byle jak stodoły. Fritz wciąż robił zdjęcia, a nieopodal, na kawałku muru, który okazał się resztką cembrowiny starej studni, siedziała Greta. Tadeusz wyjaśnił mi po cichu, że to miejsce to prawdopodobnie jedyny ślad po niemieckim gospodarstwie. Greta jedną ręką kurczowo trzymała się cembrowiny, a jej wzrok prześlizgiwał się po bezładnie porozrzucanych sprzętach, korytkach dla drobiu, stercie połamanego eternitu i zardzewiałej zgrabiarce do siana.
– Ich weiß nicht, wo mein Haus ist* – wyszeptała bezradnie.
– Czy pan wie, gdzie był stary dom? – zapytał Tadeusz.
– Tak! Niech pan jej powie, że tu zaraz. Tam, gdzie traktor.
Rzeczywiście. Zniszczony, zepsuty traktor stał na lekkim podwyższeniu z ziemi i z gruzu. Do metalowego elementu maszyny przyczepiony był łańcuch, a pod traktorem leżał drugi w tym obejściu pies. Greta przez chwilę patrzyła tam z niedowierzaniem. Potem podniosła się bez słowa i ruszyła w stronę furtki.
Na parking wróciliśmy główną drogą. Jeszcze na chwilę zatrzymaliśmy się w ruinach pałacu, ale okazaliśmy się tam nieproszonymi gośćmi, bo w cieniu starych renesansowych murów siedziała grupa mężczyzn rozlewająca tanie wino do plastikowych kubeczków. Zanim wsiedliśmy do samochodów, wymieniliśmy się adresami. Niemcy obiecali przysłać nam zdjęcia ze wspólnej wycieczki, a potem odjechali.
W drodze powrotnej miałam przed oczami obraz Grety siedzącej na murku i rozglądającej się po podwórzu. Nie wiem, kiedy przeniosłam się myślami w inne miejsce. Ubiegłego lata razem z kuzynostwem pojechaliśmy na Litwę – w rodzinne strony naszych wspólnych przodków. Zatrzymaliśmy się w Podbrodziu u Pawła, jeszcze innego krewnego. Następnego dnia zawiózł nas tam, gdzie stał kiedyś dwór moich dziadków. Po kilku kilometrach skręciliśmy z asfaltowej szosy w piaszczystą drogę. Wśród pól znajdowało się spore podwyższenie terenu, porośnięte starymi drzewami, krzewami i trawą.
– To tu – powiedział Paweł.
Wysiedliśmy z samochodu i rozejrzeliśmy się wokół. Był środek ciepłego sierpniowego dnia. W wysokich trawach brzęczały owady, a gdzieniegdzie w chaszczach widać było stare pokrzywione jabłonki – jedyne ślady ludzkiego bytowania. Poza nimi nie dostrzegliśmy niczego, nawet zarysów fundamentów. Przyglądałam się uważnie drzewom rosnącym na obrzeżach wzniesienia. Podobno dziadek sadził drzewo na przywitanie kolejnego dziecka. Powinno być ich jedenaście. Moja mama dostała lipę. Która z dwóch była dla niej?
– Paweł, dlaczego tu nie ma żadnego śladu po domu?
– Kiedy wywieźli ich na Syberię, wszystko stało puste. Kto chciał, przychodził i brał, co mu wpadło w ręce. Ludzie mówili, że na polach wkoło wiatr rozwiewał listy, dokumenty, zdjęcia. Widać nikomu nie były potrzebne. Po trzech latach z sowchozu przyjechały traktory, ludzie przyczepili liny do belek i przewrócili stary modrzewiowy dwór, stodołę i obory. Wszystko potem gdzieś wywieźli. Może i kamienie z fundamentów wybrali, żeby żaden ślad po nich nie został.
Myślałam o tym, kiedy wracaliśmy ze spotkania z Gretą i jej mężem. Moi dziadkowie i ich dzieci przeżyli Syberię. W latach pięćdziesiątych przyjechali do Polski, by zacząć wszystko od nowa. Kilkanaście lat temu mama pojechała odwiedzić miejsce swego urodzenia. Czy tak jak Greta siedziała, rozglądając się bezradnie wokół i szukała śladu rodzinnego domu?
Już za późno, by ją o to zapytać.

Marzec 2013 r.

Zofia Mąkosa