Podróż anachroniczna do Baraniej Czuby

Żyjemy w świecie przenikniętym Boskością, w świecie nadprzyrodzonym.
Jan Paweł II

Podróż jest zawsze wędrówką z rzeczywistości realnej do świata naszej wyobraźni. Albo na odwrót: cel podróży najpierw pojawia się w marzeniu, by potem ulec materializacji, której niezbędnym etapem jest droga bądź bezdroże, stacja kolejowa i kolejowa infrastruktura, asfaltowa szosa, rzeka, morski szlak, otchłań pełna gwiazd. Pokonując przestrzeń, nieodmiennie przemieszczamy się też pomiędzy dwiema rzeczywistościami: materialną, doświadczaną namacalnie i powszednią oraz tą, której rzeczy istność nie jest z tego świata (Witkacy mówił o wistości rzeczy: „Nie szukaj już niczego/ Bo wistość tych rzeczy/ Jest nie z świata tego”). Jest zatem podróż – ta prawdziwa, wedle mapy naszych marzeń – wędrówką pomiędzy światami. Jest czynnością magiczną i niekiedy mistyczną. Jest też anachroniczna, jeżeli potrafimy poddaćliniowy bieg czasu dezynwolturze naszej fantazji.
Pod koniec XIX wieku poczmistrz Siegfried Beck z Jeleniej Góry wydał własnym sumptem książeczkę o Pogórzu Kaczawskim, przeznaczoną dla miłośników geografii, natury i turystyki. Ważnym jej komponentem jest podróż koleją żelazną, otwartym 16 sierpnia 1895 roku odcinkiem Kaczawskiej Linii Kolejowej ze Złotoryi do Świerzawy. Odległość między punktami końcowymi, na trasie Liegnitz-Goldberg-Schönau, wynosiła 36 kilometrów i 711 metrów. Ponieważ po stu latach pilnej pracy linię kolejową około 2000 roku zamknięto dla ruchu pociągów, dzisiaj w tę podróż możemy wybrać się tylko w rzeczywistości alternatywnej. Jej realność zależy od siły naszej wyobraźni. Podążajmy zatem po zarośniętych trawą torach, mając za przewodnika poczmistrza Becka – pamiętając jednak, że cel naszej podróży jest wyjątkowy: to stacja końcowa Barania Czuba, która nigdy nie istniała.

Z Legnicy do Złotoryi 21,4 km. Po odjeździe z legnickiego dworca kolejowego ukazują się nam całkiem blisko po lewej budynek generalnej dyrekcji poczty z urzędem pocztowym, później zamek królewski z dwiema wieżami.

Ów zamek królewski to jedna z najstarszych warowni piastowskich, pierwszy murowany zamek na ziemiach polskich. Powstał na miejscu grodu obronnego plemienia Trzebowian, którzy w VIII wieku obwarowali sztuczną wyspę w rozlewiskach Czarnej Wody i Kaczawy. W sercu swoich nieprzebytych borów, na szczytach wygasłych wulkanów i pośrodku przepastnych bagien, składali podobno pogańskim bogom ofiary z ludzi. Thietmar zanotował o Słowianach, że niemy gniew bogów łagodzą u nich ofiary z ludzi i bydła. W języku miejscowego plemienia ta krwawa żertwa zwała się trzeba. Trzeba, trza – w znaczeniu potrzeba, mus, przymus, konieczność, bezwzględny wymóg mordowania ofiar dla zapewnienia pomyślności swego ludu, obecny w wielu społecznościach i niekiedy tak wynaturzony jak u Majów czy Azteków – którzy wyrwanie żyjącemu człowiekowi serca uznali za dobry sposób jego przemiany w boskiego motyla bądź kolibra – zanim został przekreślony przez ofiarę Jezusa Chrystusa na krzyżu. Trzebowianie wchodzili w jakieś relacje międzyplemienne ze Ślężanami, siedzącymi wokół świętej góry Śląska, Ślęży, na której odbywały się, jak pisze Thietmar, execranda gentilitas.
A może imię własne Trzebowian wzięło się od sposobu traktowania jeńców, branych w nieustannych potyczkach z sąsiadami, bo w wielu językach słowiańskich trzebienie to okaleczanie mężczyzn, dla ich pohańbienia; trzebić to czyścić, rzezać albo wałaszyć samca, stąd wziąwszy brzytwę, utrzebili go i był rzezany, słudzy bywali trzebieni czy uwałaszani, zaś konie waśniwe, gdy je utrzebić, spokojniejsze bywają.
W XIII wieku legnicki zamek stał się książęcą siedzibą Bolesława II Rogatki, cudacznego Piasta, dziedzica rozległej monarchii Henryków śląskich, który zakończył żywot jako pośledni książę legnicki i bankrut. Zapomniany dziś historyk Feliks Koneczny nie szczędzi mu słów potępienia:

Postęp germanizacji Śląska ułatwiała jeszcze niesłychana lekkomyślność wrocławskiego księcia, Bolesława Łysego zwanego Rogatką. Książę ten nie miał na oku żadnej polityki, żadnego wytkniętego celu, żył z dnia na dzień łupiąc i rozbijając swoich i sąsiadów, byle tylko nabrać pieniędzy, o które w ciągłych był kłopotach. Bogatsze mieszczaństwo składało mu okupy, poczem znowu dawał im wytchnąć, żeby mieli czas zagospodarować się na nowy okup; tymczasem zaś wyprawiał się na posiadłości swych braci i na Śląsk Górny. Wojen z braćmi prowadził bez liku, a nie chodziło mu nawet o powiększenie swego panowania, tylko o łupy i okupy wojenne. Nareszcie, gdy wszyscy dokoła zubożeni nie mogli już dostarczyć łupów i zapełnić choć na chwilę wiecznie pustą sakiewkę tego książątka, zastawił on ziemię lubuską margrabiom brandenburskim, a przez to już z trzeciej strony otworzono wrota germanizacji. Stopniowo, ale stale, przedzierała się niemczyzna na prawy brzeg Odry. Książę Rogatka wziął sobie za wzór zwyrodniałych niemieckich rycerzy, tak zwanych Raubritterów; panowie ci siedzieli na swych zameczkach na górach, nie mając z czego żyć, bo gardzili wszelką pracą, a zwłaszcza rolnictwem. Ale nie ubliżało ich honorowi zaczajać się po leśnych drogach na kupców i łupić ich! Żyli z prostego rabunku, jakoby zbóje leśni. Wstyd przyznać, że ten wybryk niemieckiej cywilizacyi przypadł do smaku wrocławskiemu księciu, odpadłemu od pnia narodowego. I Rogatka ze swoją drużyną wybierał się nieraz na takie polowania.

Jeszcze gorszego zdania był Koneczny, wielki historyk Polski wyklęty przez komunistów, o piastowskich przodkach Bolesława Rogatki:

Henryk Brodaty, choć Piast z rodu, był zupełnie zniemczony; do tego stopnia, że trudno go nawet uznawać za Polaka. Jego ojciec, Bolesław Wysoki, przebywał za młodu dużo na dworze „cesarza rzymskiego”, a króla niemieckiego, dawał nawet posiłki wojenne cesarzowi Fryderykowi na wojnę z włoskim miastem Medyolanem; już Bolesław Wysoki trącił niemczyzną, nauczywszy się od swego ojca, Władysława II, wyglądać z Niemiec pomocy przeciw innym Piastom. Druga zaś żona Bolesława Wysokiego, a matka Henryka Brodatego, Adelajda Sulzbach była rodowitą Niemką; nie lubiała pasierba, owego biskupa Jarosława, a swego syna wychowała zupełnie po niemiecku. To wychowanie niemieckie miało się ciężko dać we znaki polskiemu ludowi na Śląsku.

W tym miejscu warto się zastanowić, jakim środkiem lokomocji odbywa się nasza podróż. Składający się z trzech wagonów osobowych skład ciągnie pruski parowóz towarowy typu G7, wyprodukowany w 1895 roku przez fabrykę Vulkan w Szczecinie. Wspaniała lokomotywa, niemal niezniszczalna – ostatni parowóz tego typu PKP wycofały ze służby w 1966 roku – napędzana jest dwucylindrowym silnikiem bliźniaczym na parę nasyconą i ma na przedzie kotła wysoki komin, przypominający ekstrawagancki męski cylinder. Masa służbowa parowozu wynosi 52,6 tony, jego długość to 16 613 milimetrów, moc 660 koni mechanicznych, ciśnienie w kotle – 12 atmosfer. Lokomotywa może rozwinąć prędkość maksymalną 45 kilometrów na godzinę, po równinie ciągnie pociąg o masie 1400 ton z prędkością 40 kilometrów na godzinę, zaś na pochyłości 5 promili, występującej tu i ówdzie na trasie, skład o masie 600 ton z prędkością 30 kilometrów na godzinę. Trzecia oś wiązana parowozu, o stoczonych na 5 milimetrów obrzeżach, jest silnikowa, osie druga i czwarta mogą się przesuwać na boki o 10 milimetrów, co pozwala lepiej pokonywać łuki. Trzyosiowy tender pruskiej serii 3T12 może zmieścić 12 metrów sześciennych wody i 7 ton węgla. Węgiel pochodzi z wałbrzyskiej kopalni węgla kamiennego Vereinigte Glückhilf-Friedenshoffnung, znanej po latach jako Victoria. Dzisiaj pozostały po niej tylko biedaszyby.
Skład tworzą trzy wagony osobowe, wyprodukowane przez fabrykę mostów i konstrukcji żelaznych Beuchelt & Co. w Grünbergu na Dolnym Śląsku. Zanim zielonogórska firma Beuchelta zaczęła budować wagony amunicyjne, naczepy wojskowe i ciągniki saperskie dla Wehrmachtu, a w końcu kadłuby U-Bootów dla admirała Raedera, zresztą zielonogórzanina, wybudowała 497 mostów kolejowych i drogowych, wśród nich najsłynniejszy Most Cesarski, dzisiaj Grunwaldzki, we Wrocławiu. Dziełem grünbergczyków-zielonogórzan są też mosty na liniach kolejowych Bolesławiec-Nowa Wieś, Jelenia Góra-Wleń i Podgórze-Kłodzko oraz przez Kaczawę na trasie Miłków-Legnica. A także ponad 25 tysięcy wagonów kolejowych, produkowanych od 1886 roku, jak te w naszym pociągu. Pierwszy z wagonów za lokomotywą jest drugiej klasy, środkowy ma przedziały klasy pierwszej i drugiej, ostatni jest wagonem klasy trzeciej. Podróżujemy wagonem pierwszej klasy, w luksusowym przedziale obitym jedwabną materią, z pluszowymi kanapami dla sześciu osób. O tym później, kto zajął miejsca w tym rozkosznym gniazdku.
Kolejka jest wytworem niemieckiej myśli technicznej i niemieckiego przemysłu, wspaniale rozwijającego się w końcu XIX wieku. Niemcy to naród, który buduje maszyny. Ich państwo działa jak dobrze skonstruowana i utrzymana w najwyższej sprawności maszyna. To efekt specyficznych zdolności i cech charakteru jego obywateli. Maszyny budują nowe maszyny, wszystko sprzęga się w jeden wielki industrialny organizm, bieg spraw staje się porządkiem procesu technologicznego. Ma to niekiedy, w pewnych epokach, nieprzewidziane konsekwencje: ludzie zostają zredukowani do funkcji trybików we wszechpaństwowym mechanizmie. Niemcy stają się wtedy niewolnikami swych maszyn, państwo-maszyna, działające według instrukcji będącej najwyższym prawem, zmusza ich do wytwarzania czołgów zamiast maszyn rolniczych, produkowania coraz większych ilości karabinów maszynowych, bombowców i gazów bojowych. Logika procesu dziejowego zredukowanego do instrukcji technologicznej, odczłowieczonego, popycha ich nieuchronnie do kolejnej wojny, ponieważ masa krytyczna karabinów i czołgów wyzwala taką właśnie reakcję. Niemcy zaczynają formować armie, budować żelbetowe panzerwerki, ryć transzeje i okopy, Niemcy przystępują do burzenia miast i palenia wiosek swoich sąsiadów, budowania obozów koncentracyjnych, komór gazowych i krematoriów. To proces cykliczny, poddany prawom jakiejś osobliwej fatalistyki, kumulujący się w kolejnych falach agresji, nad którą Niemcy nie potrafią zapanować. W Wielką Sobotę palą olbrzymie ogniska, Osterfeier. To zamiłowanie do oczyszczającej mocy ognia trwa w nich niezmiennie. Pamiętają, że płomienie stosu Zygfryda spopieliły Walhallę.

W oddaleniu od miasta przesuwa się Wzgórze Zwycięstwa, z którego roztacza się widok na pole Bitwy Kaczawskiej w 1813 roku. Dalej pociąg mija niewielkie stacyjki Polewice (Pahlowitz – 7,259 km od Legnicy), Wilczyce (Wildschütz – 11,183 km) i Kozów (Kosendau – 16,107 km), położone w żyznej dolinie Kaczawy. Dwa kilometry od Kozowa znajduje się Rokitnica (Röchlitz), bardzo stara wieś z kościołem licząca 480 mieszkańców, założona na początku XI wieku.

Bitwa Kaczawska była największym starciem armii napoleońskiej z wojskami szóstej koalicji na terenie Śląska. 26 sierpnia 1813 roku, w padającym całą dobę ulewnym deszczu, zwarły się ze sobą trzy korpusy francuskie, liczące sto tysięcy żołnierzy, ze stutysięczną rosyjsko-pruską Armią Śląska dowodzoną przez feldmarszałka Blüchera. Deszcz zamoczył zamki karabinów skałkowych, czyniąc je niezdatnymi do strzału – walka odbywała się na bagnety, kolby, szable i tasaki. Zakłuto, zarąbano i zatłuczono na śmierć około dwudziestu tysięcy ludzi, których nikt do końca nie policzył. Po stronie francuskiej były to oddziały sformowane głównie z młodzieży najmłodszych roczników, bardzo słabo wyszkolone i o niskim morale, typowe wojsko „jednej bitwy”. Weterani pozamarzali wcześniej w rosyjskich śniegach podczas kampanii przeciwko „barbarzyńskiemu kolosowi Północy”, nazwanej przez Napoleona kurtuazyjnie Drugą Wojną Polską.
Wszystkie pola bitew wszystkich czasów to cmentarzyska młodych ludzi, wysłanych na śmierć przez tych, którym udało się w młodości uniknąć tego losu. Pragnęli zostać bohaterami, tymczasem leżą tutaj, w błocie, pod sierpniową ulewą, z trójkątną dziurą od bagnetu w sercu. Może to tylko jeden ze sposobów pozbywania się niebezpiecznych konkurentów do kobiet i pieniędzy, praktykowany od niepamiętnych czasów przez liniejących samców. Patrzyłem na masakrę Czeczenii, wojny w Abchazji i Jugosławii, wszędzie pełni zapału młodzieńcy strzelali do swoich wrogów, zwykle takich samych młodzieńców tylko w mundurach obcej armii.

To jest pobojowisko – napisał największy polski pisarz współczesny, mieszkaniec pobliskiej Szprotawy – orzełki są jeszcze zupełnie wyraźne, pozwożono ich wszystkich, młodzi ludzie, rzadko który z zabitych żołnierzy był starszym człowiekiem, poszarpani przez kule, pokrwawieni, pobladli, leżący nieruchomo na piasku w swoich zielonych mundurach, orzełki połyskiwały na guzikach, czapki kładziono na piersiach poległych, ksiądz odprawił mszę, żywi kolejno znosili umarłych kolegów do wykopanego w białym piasku dołu, pośpiesznie zasypano dół, mewy podrywały się w powietrze, wystraszone przez karabinowe strzały, i oto ten okrutny świat ofiarował mi czyjeś oczy, czyjeś ramiona, czyjeś usta.

A jednak – przez cały ogromny przestwór dziejów ludzkich młodzi mężczyźni chwytali za broń, by walczyć o różne sprawy, od sławy i bogactwa poczynając, na świętej miłości ojczyzny kończąc, zależnie od chwilowej koniunktury. Wojna upaja bowiem ciosami siekier, jak zauważył Ernst Jünger. Sam odczułem jakiś wyjątkowy powab sytuacji, kiedy się nosi broń pośród uzbrojonych mężczyzn, gotowych na śmierć. Kiedy jest się samemu gotowym na śmierć, absolutnie nie wierząc w taką kolej rzeczy. Chodzi o wzniosłość tej sytuacji, o swoją postawę wobec spraw ostatecznych. O dumę z tego, że się pokonało własny strach.
W czasie wojny tylko uzbrojony człowiek ma rację i prawa, ma szansę na przeżycie, cywile są poza wszelkim prawem, zdani na łaskę i niełaskę zbrojnych. Tu nic się nigdy nie zmieni, szaleńcy z Państwa Islamskiego mordujący dzieci niewiernych zawrócili cały postęp cywilizacyjny do czasów rekonkwisty, a nawet do epoki walk o wygodniejsze jaskinie. Taka sytuacja, kiedy broń daje ci pełnię praw i władzy nad bezbronnymi, nad kobietami, które są najcenniejszą wojenną zdobyczą, wymaga niezłomnej siły moralnej, żelaznego kręgosłupa, szlachetności, która pozwoli trzymać w ryzach ciemne żądze.
Nie było bardziej przeciwnego naturze sposobu prowadzenia wojny niż starcia piechoty w epoce wojen napoleońskich, szyki liniowe palące do siebie salwami z karabinów z odległości kilkunastu kroków, po obu stronach padały pierwsze szeregi jak skoszony łan, strzelały do siebie kolejne szeregi, cóż za krwawy absurd, dla dowódców życie żołnierza było warte nie więcej niż ołowiana kula, naważka prochu i przybitka. Opowiadali mi czeczeńscy bojownicy Dudajewa, że w czasie walk o Grozny zdarzało im się wpadać wprost na grupy żołnierzy rosyjskiej piechoty morskiej. Jedni i drudzy stawali wtedy jak wryci, oko w oko, celując do siebie z kałasznikowów, ale nikt nie naciskał na spust – trudno zabić człowieka, patrząc mu w oczy, jest coś, co nagle studzi gorączkę wojny, coś bardzo silnego, silniejszego niż bitewny szał. Ale być może to tylko wyobraźnia wzdragała się przed widokiem ludzkiego ciała szarpanego kulami. Rozchodzili się, każdy w swoją stronę, a kiedy tylko znajdowali ukrycie, natychmiast rozpoczynała się bezładna strzelanina, jakby koniecznie trzeba było rozładować w taki właśnie sposób śmiertelne napięcie. A tutaj – przed kościołem św. Bartłomieja w Rokitnicy strzelali do siebie, niemal opierając bagnety na karabinach o piersi przeciwnika, jest stary sztych, który to pokazuje. 28 sierpnia 1813 roku poległ w tej potyczce za pruskiego króla i ojczyznę młodziutki, szesnastoletni berlińczyk Gustav Humbert, który jako ochotnik walczył w szeregach 2. pułku lejbhuzarów pułkownika Stössela. Pochowano go pod romańską absydą kościoła w Rokitnicy, ufundowanego przez świętą Jadwigę. Mój ojciec miał szesnaście lat, kiedy jako ochotnik ruszył z oddziałem AK do Powstania Warszawskiego, lecz został zatrzymany przez Rosjan. Patrzyłem na Powstanie Warszawskie jego oczyma, a przecież gdyby dotarł wtedy do stolicy, mógł zginąć i ja nigdy bym się urodził, jak nie urodził się żaden z synów berlińczyka Humberta poległego w walce z kawalerią napoleońską, jak nie urodziła się żadna z jego córek, rudowłosych i zielonookich Niemek, całkiem jak ta, która została pierwszą moją kobietą, piętnastoletnia Renate z Baarleben, uczennica szkoły pielęgniarskiej w Magdeburgu. Ona też nie pojawiłaby się w moim życiu, gdyby jej ojciec, kilkunastoletni ochotnik Volkssturmu, miał mniej szczęścia i zamiast na amerykańskich żołnierzy trafił na Rosjan, nie patyczkujących się z hitlerowskimi gówniarzami dźwigającymi panzerfausty.
Mam ciągle przed oczami ten obraz z książki największego współczesnego polskiego pisarza, osaczonego schizofrenicznymi wizjami, widok warszawskich powstańców z ich dowódcą: generał Bór-Komorowski powoli obraca głowę w moją stronę, ci chłopcy i dziewczęta powoli obracają swoje głowy w moją stronę, i ten chłopiec szesnastoletni powoli obraca swoją głowę w moją stronę, a ja patrzę w oczy tego chłopca, jasne spojrzenie, sierpniowy dzień... W jego książkach było to jakoś tak:

Matka żyła z palcem na ustach, aby ich tylko nie rozstrzelano, w tym kraju zdarzały się bowiem wypadki bardziej osobliwe niż w jakimkolwiek innym zakątku świata, portrety różnych wodzów pojawiały się, okopy ciągle kopano, a na drodze z okopu do okopu szło się boso za broną, przelatujący na swych koniach najeźdźcy, zależnie od tego skąd przybyli, myśleli – a to że przeklęta szlachta, a to że ostatnia enklawa nędzy i korupcji w kniei Europy: „Porządek panuje w Warszawie” – meldowano co jakiś czas, kreślono linię Ribbentropa, od losu Warszawy zależy los Europy, coś się stało w Warszawie, coś zdarzyło się w Warszawie, a on patrzył na to wszystko i wstrzymywał oddech, i widział – generał Bór-Komorowski powoli obraca głowę w jego stronę, ci chłopcy i dziewczęta powoli obracają swoje głowy w jego stronę, i ten chłopiec szesnastoletni powoli obraca swoją głowę w jego stronę, a on patrzył w oczy tego chłopca, jasne spojrzenie, sierpniowy dzień, wtedy pobiegł, sam miał szesnaście lat, widział dokładnie: ten mężczyzna w jasnym popelinowym płaszczu, w ciemnym kapeluszu, ci chłopcy stojący na parapetach okien, wśród płomieni, i te oczy przemieniające się w błoto, jak krucha porcelana gdzieś w pobliżu, jakiś pałac jak łabędzi serwis Bruehla, ten błysk, to lśnienie życia, czy ocalałem – pytał, czy na pewno ocalałem, gdyż chciał opowiedzieć nam zadziwiającą historię: oto starsza kobieta wśród tłumu na chodniku, koło kościoła świętego Krzyża, macha rękami, coś pokazuje, upada, nieruchomieje, mężczyzna za kierownicą samochodu nagle przestaje być hardym karkiem, dzieci spadają w przepaść, serie z karabinów maszynowych, strzały snajpera, czołgi, czołgi, w napierśnikach napoleońskich można było gotować rosół, a czołgi, roczna produkcja czołgów w takiej ilości, jaką Hitler dysponował w 1939 roku,
to już był inny świat, więc pełzną czołgi po kocich łbach, przez potężne wyrwy w murze widać wnętrze kościoła, pod brukiem ulic leżą pokotem młodzi chłopcy i dziewczęta i wtedy z Krakowskiego Przedmieścia startuje samolot, straszliwie podziurawiony kulami, płonący, z figurą Chrystusa która legła na chodniku, strzaskana; wracały ciągle te oczy przemieniające się w błoto i ten mężczyzna o suchej twarzy powoli obracał głowę w jego stronę, to dlatego matka żyła z palcem na ustach, aż nie mogła pozbierać myśli z przerażenia, zaś ojciec martwił się, bez przerwy był zamyślony, a on nie wiedział, czy ojciec w końcu zrozumiał co sprawiało że wszystko szło na marne, prawdziwy obraz Ziem Odzyskanych nie pasował po prostu do radia ani telewizji, ta samowola prowincjonalnych kacyków, bandytyzm, złodziejstwo, nikt nie miał dla nikogo litości, mężczyźni pili wódkę i wypadali z pociągów, pochłaniało ich morze, pochłaniała ich każda skiba ziemi, dorośli bez przerwy opowiadali o jakiejś krwawej masakrze i ciągle gdzieś tęsknili, chcieli powracać, tylko dzieci nie znały wojny i potrafiły jeszcze jakoś żyć na tym pobojowisku, nastały czasy, kiedy na ulicy zabierano złote
obrączki, wchodzili do czyjegoś mieszkania i zabierali obrazy, meble, pianina, to przecież kraj, w którym od czasu do czasu różni zaborcy wyrzucają na bruk fortepian Chopina, jego ojciec wolał nie mieszkać w willi, wolał nie mieć wydań zagranicznych, dolarów, wywiadów, wolał pisać prawdę, więc nie opublikowano mu ani jednego słowa, a w tym czasie pisarze żerujący na dramacie młodzieży i prostych ludzi nie mieli żadnych zastrzeżeń ani nawet wątpliwości, gorliwie robili karierę, zostać pisarzem to było dla niektórych cwaniaków tak jakby przed wojną pochodzić z ziemiańskiej rodziny, dyplomatą można zostać, do Paryża można, być sumieniem narodu, najlepiej jednak smakował Zachód, pisarz z ludu budził zdziwienie, niepokój, jak taki spoza grupki śmie – głośno dawali wyraz panowie czujący się właścicielami narodu, wybitny pisarz, wybitny reżyser teatralny czy filmowy, paszport jak nie litewski to francuski, lokalny Tomasz Mann w winiarni Fukiera, fascynująca inteligencja, chłodna precyzja prac naukowych o Conradzie, coś jak muśnięcie tego, co dzieje się naprawdę, a tu pisarz umierający w klatce, prawie całkowicie głuchy i ślepy, dlaczego pan nie upomniał się o Mandelsztama? nie został żaden ślad; po prostu wszystko polegało na tym, aby wykorzystując wszelkie wpływy znaleźć się w pobliżu, całymi rodzinami do życia pierwszej kategorii, do podręczników, do antologii dla zagranicy, mianowali ich jak na posadę radcy kulturalnego przy ambasadzie, nie każdy potrafił schronić się w najbiedniejszym kącie, by pisać parę słów prawdy, które nigdy nie zostaną opublikowane, dlatego też z powodu ojca usiłowali go zniszczyć w szkole, jakiś tępy, zażarty propagandzista, zdemoralizowana aktywistka, z ową siłą przekonywania czerpaną z brutalności, bezczelności, wyćwiczenia w kłamstwie; katów w nikczemny sposób łączą
podobne tajemnice, dziewczęta w piękny i niewytłumaczalny sposób łączą podobne tajemnice, kiedyś dwie może dwunastoletnie dziewczynki usiadły koło niego na ławce, pytały kilka razy która godzina, mówiły coś o całowaniu się, ich usta rozchylały się już z przedziwną kobiecą rozkoszą, otwierały się tak powoli, one uśmiechały się do niego, wreszcie, wyraźnie się ociągając, odeszły, a on zaczynał rozumieć, że dziewczyna jest wspaniałym światem, dumnym i niezależnym, chociaż niektóre dziewczyny trwonią swoje piękno bezwstydnie, bezużytecznie, miotają się w końcu wulgarnie, zaplątane we własną nieszczerość, może w pewnej chwili braknie im jakiegoś onieśmielenia, jakiejś wyniosłości, własnej prawdy, wiary w cokolwiek, bolał nad tym, że dziewczyny tę całą swoją fascynującą delikatność dobrowolnie, świadomie skazują na zagładę, traktując ją tylko jako środek prowadzący do celu, którym jest takie bezwolne poruszanie się między różnymi przedmiotami, co niektórzy nazywają dobrobytem, ale oto już ulicą idzie powód wszelkich wojen, powód wszelkiej brutalności, ta stara kobieta, strzępy jej sukni wloką się po chodniku; pewnego dnia pełzając wśród pokrwawionych łachmanów jak pod Sommą zaczął pisać opowiadania, miał trzynaście lat, ktoś biegł w stronę morza na wielkim pobojowisku pod Kołobrzegiem, na maszynach do pisania ustawionych wprost na piasku pisano ostatnie rozkazy, stali tam sławni wodzowie, żołnierze prężyli się przed nimi, a potem wygrzebywano ich szkielety z piasku, natomiast wodzowie krążyli gdzieś między swoimi willami a biurami w środku cywilizowanej Europy, bywali w Wenecji, w Paryżu, szable mieli przy boku, hełmy bojowe na głowach, z paskiem pod brodą, zaś cenne obrazy na ścianach willi, i żadnego szkieletu, żadnego szumu morza, nie mieli już nic do powiedzenia, wiadomo kto mógł wtedy swobodnie zabierać, przewozić antyki; ktoś, kto miał odpowiedni papierek, ten rzeczywiście zdobył najcenniejsze przedmioty, ciekawe w jakim kraju obecnie się znajdują, jeżel izniknęły intarsjowane meble, obrazy, kafle z pieców, kominki, a zwłaszcza łabędzi serwis Bruehla, najpiękniejszy antyk świata, który na pewno ciągle istnieje i jest ozdobą schowków byłych dygnitarzy, na pewno nie uległ zniszczeniu w piwnicach zamku Sagan, chociaż amatorzy szabru brodzili wśród skorup porcelany, czasem dochodzą wieści o dzbankach, o talerzach z serwisu łabędziego, transakcje są utrzymywane w najgłębszej tajemnicy ze względu na zastrzeżenie prawne hrabiny Bruehl, wartość każdego „schwana” zmusza do milczenia, do ukrywania go przed ludzkim okiem, tajemnicze zniknięcie serwisu łabędziego Bruehla stanowi jedną z największych zagadek w dziejach sztuki, a rozwiązanie tej tajemnicy, według niego, znajduje się w zamku Sagan na Dolnym Śląsku, tym samym gdzie w ruinach wiatr rozwiewał pożółkłe kartki rękopisów, być może jeszcze Stendhala i Liszta, którzy byli goszczeni w tym zamku, jeszcze tak wiele mógł się dowiedzieć o tych zamierzchłych sprawach, ale nie miał ubrania, aby pojechać na egzaminy na studia, był prawie bez zębów przed ukończeniem dwudziestego roku życia, i ciągle w niejasny sposób przywiązany do nocy, często zauważał, że ludzie przestawali się krępować wobec niego, gdy tylko zorientowali się, że jest synem chłopa, zamiatacza ulic, stróża, co innego gdyby był synem jakiegoś dygnitarza, ziemianina, dyplomaty, pisarza wypatrującego, gdzie zrobić lepszą karierę, po prostu czyste światło jego oczu nie podobało się ludziom i ludzie koniecznie chcieli to jasne światło zabić, zrozumiał, że jasne światło jego oczu stanowiło tę masę wpychaną do dołów z dziurą w tyle głowy, stanowiło zbiorowisko ofiar, zbiorowisko zwierzyny łownej na ogrodzonych murami, drutami kolczastymi, czołgami i karabinami terenach myśliwskich, i zrozumiał, że w ostatecznym rozrachunku najważniejsza jest odwaga moralna, to, czy ma się odwagę żyć zgodnie ze swoimi poglądami, więc już do końca patrzył ze wzruszeniem na matkę, która chodziła w łachmanach jakby uczepiona kosza na kartofle, gdyż nie miała ochoty przechadzać się pięknie ubrana między drutami kolczastymi i chodziło jej o coś najważniejszego w życiu, spostrzegł również, że jego siostrami cały świat tak się zachwycał, a dzisiaj nikt nawet nie pomyśli, gdzie one są, co się z nimi stało, a jego siostrzyczki i braciszkowie umierali na zapalenie płuc, dzieci wszędzie wtedy umierały na zapalenie płuc, kiedy po latach wrócił do domu, na wydmach pod Kołobrzegiem zobaczył, że morze wgryzło się w cmentarzyk, na którym spoczywały jego siostrzyczki i braciszkowie, wyciągali do niego z głębi swoje rączki, ileż tam dziewcząt pięknych leżało, myślał sobie czasem, że chętnie ożeniłby się z jedną z nich, gdyby żyła, i chociaż dawno już nie ma tego miejsca, pochłoniętego przez morze, gdzie fale wsiąkały tuż przed progiem jego domu, podmywały próg, czasem ślepa zielonkawa ściana sunęła korytarzem, meduzy swobodnie kurczyły się i rozkurczały w pokojach, nago wbiegały do ogrodu i przytulały się do kropel deszczu – nigdy nie wyzwolił się spod wpływu tego miejsca, zrozumiał w końcu, że kultura, sztuka, literatura, to wszystko jest śmiechu warte, akademia malarska we Wrocławiu i jeszcze do niedawna spoczywające we Wrocławiu prochy filozofa wojny Clausewitza okazały się doskonałymi instrumentami do podboju świata, filozofia, kultura, strzały w tył głowy, ręce skrępowane drutem kolczastym, druty kolczaste, mury, naelektryzowane zapory, wreszcie czterometrowej wysokości mur betonowy Berlina, piętnaścietysięcy strażników, i w końcu z całego pięknego, kulturalnego, cywilizowanego świata zostały tylko nóżki od cekaemów i puste taśmy po nabojach, ale cóż się dziwić – miał ciągle w oczach notatnik Leonarda da Vinci czy Einsteina, nie zapamiętał nazwiska tego uczonego obywatela niewątpliwie zasłużonego dla militaryzmu, notatnik pełen opisów konstrukcji skrzydeł, samolotów, czołgów, armat, bomb atomowych i neutronowych, rakiet, rysunki były tak precyzyjne, że byle terrorysta, nawet analfabeta, mógłby skonstruować każdą z machin, którą wyobraził sobie mistrz, to taka ta wasza sztuka w przerwach między zabijaniem, dranie! – krzyczał; filmy, nagrody „Oscara”, jachty, wywiady z gwiazdami filmowymi, piękny wspaniały świat, a gdzieś tam ludzie mają zakneblowane usta, są wdeptywani w błoto, są wpychani do masowych grobów ze związanymi drutem kolczastym rękami, wszystko w porządku, świecie – powtarzał ze złowieszczym spokojem – nie przejmuj się tak ostrożnymi doniesieniami agencji prasowych, gdyby pewnego dnia wyrżnięto jakiś naród, zostawiając tylko dyplomatów, prowincjonalnych kacyków i korespondentów agencji prasowych, świat nic by nie zauważył, człowiek stanął na Księżycu – przypominał nam o tym ze złowieszczą rezygnacją – lecz ciągle wracała myśl, że na terenie byłego obozu jenieckiego Stalag VIII C tylko fontanna pozostała, ciągle pamiętał o stosie lalek uwięzionych w obozie koncentracyjnym i o tym, że ludzie ciemni, nie potrafiący skoncentrować się duchowo, wymyślali obozy koncentracyjne, ponieważ duch ludzki był dla nich jakąś groźbą, miał przed oczami umieranie dzieci po wojnie, brak penicyliny, a gdyby mógł zawieźć umarłą wtedy dziewczynkę do Nowego Jorku, do Los Angeles, byłaby dzisiaj wspaniałą kobietą otuloną w futro, dumną i zazdrosną, przytuloną do swojego pana, może pływałaby jachtem Onassisa z arcydziełami malarstwa, ze złotymi kurkami kranów – jak Maria Callas, Jacqueline Kennedy, pływałaby jachtem, z którego Nathalie Wood... jak mocno zapadła w jego wyobraźni Nathalie Wood, która pewnej nocy utonęła w Pacyfiku, ciągle wtedy padał deszcz i dookoła ocean, ocean, wystarczy, by lina wymknęła się nam z rąk, ciągle widział w oddali Bałtyk i pierwsze próby Wernhera von Brauna, widział człowieka w pasiaku w obozie koncentracyjnym i człowieka na Księżycu, chociaż poznał też smak zupełnie fantastycznych chwil, kiedy córeczki trzymając się za ręce, przemykały po pokojach, zanosząc się śmiechem czystym, głośnym, beztroskim, bezczelnym, prowokującym, były to rzadkie momenty, w których jego dom napełniał się światłem, a drzewa owocowe przez wiele lat znaczyły kształt nieznanego ogrodu, nieznanej posiadłości, i w tym zakątku chroniło się lato, wśród zarośli nieprzebytych, w powietrzu drgającym, aż po ów dzień, kiedy na wyrzutni startowej zalśnił jak diament amerykański prom kosmiczny Challenger przyczepiony do potężnego zbiornika na paliwo ciekłe, który miał wynieść w przestrzeń międzyplanetarną pierwszego zwykłego człowieka, trzydziestosiedmioletnią Christę McAuliffe, nauczycielkę z miejscowości Concord w stanie New Hampshire, dzień, kiedy miliony zwykłych ludzi, którzy umierali z głodu, zamarzali na drogach, płynęli zatłoczonymi statkami do Ameryki, patrzyły z nadzieją na szczupłą, młodą kobietę, która wyszła spomiędzy nich, i na prom, największe osiągnięcie ludzkości, nikt jednak jeszcze nie wiedział, że losy najwspanialszej wyprawy kosmicznej spoczęły w rękach ludzi zaślepionych techniką i że przez nich największy triumf zmieni się w największą katastrofę, której przyczyną jest w istocie pogarda dla człowieka, ten dzień, kiedy Challenger wylądował na ustach młodej kobiety, twoich ustach, a Voyager II w sześćdziesiątym drugim dniu swojego lotu w głąb Galaktyki przekazał na Ziemię fotografie powstańców warszawskich.

Oto jego mitologia, najlepszego polskiego pisarza naszych czasów. Mówię twoimi słowami. Jak jeszcze mam tobie złożyć hołd?
W czasach Humberta to były jednak inne wojny, zabijano się z pewną dozą elegancji, niemal uprzejmości. Na tle malowniczej batalistyki, przystrojonej w kolorowe mundury, kapelusze z piórami, przybranej sztandarami ze złotym i srebrnym haftem, żołnierska śmierć wydawała się niejako nieistotnym deliktem. Nawet jeśli topniały w ogniu kartaczy całe czworoboki piechoty, tysiące ludzi w jednej bitwie. Przynajmniej dla wodzów tych armii były to szczegóły rozważane przy szampanie i świeżych ostrygach, dostarczanych wprost z łowisk Bretanii. Dowodzący 9. Korpusem Wielkiej Armii Pierwszego Cesarstwa Francuskiego marszałek Claude Victor-Perrin, książę Belluno, tuż przed bitwą kaczawską kwaterował na północnym krańcu Dolnego Śląska, w Zielonej Górze. Zamieszkał w domu wielkiego miejscowego winiarza i przemysłowca, Förstera. Wokół marszałka krzątał się jego dwór: dwóch kucharzy, dwóch masztalerzy, kamerdyner, trzech osobistych garderobianych, mistrz stołu, stajenny i czterech zwykłych służących. Również szeregowi generałowiefrancuscy walczyli w asyście zwykle dwóch kucharzy. Kiedy gospodarz kwatery poskarżył się marszałkowi, że jego żołnierze objadają w zielonogórskich sadach niedojrzałe jeszcze wiśnie, ten rozkazał wystawić warty, aby wiśniom umożliwić spokojne dojrzewanie. Jeden z pułkowników korpusu Victora pozostawił w pamiętniku gospodarzy, u których kwaterował, niezwykle wykwintne podziękowania: J’ aurais desiré partager plus longtemps le plaisir d’être chez vous (Que Dieu vous conserve). Votre souvenir sera toujours dans mon coeur. Grünberg ce 15 Juillet 1813. Percy Chaud, 46 régiment commandant.
Nic dziwnego, że grünbergczycy zachowali milsze wspomnienia o francuskich żołnierzach z wrogiej armii Napoleona niż o sojuszniczych oddziałach rosyjskich. Kozacy i Kałmucy z rosyjsko-pruskiej Armii Śląska „zdumiewali młodzież swoją nieokrzesaną dzikością i przerazili wszystkie służące podkradając tłuszcz do kaganków, który pożerali jako delikates, popijając spirytusem opałowym lub najbardziej ordynarnymi fuzlami”.
Ów litościwy marszałek, z pietyzmem strzegący zielonogórskich sadów, był to ten sam człowiek, który na swoje pięćdziesiąte pierwsze urodziny w dniu 7 grudnia 1815 roku sprawił sobie prezent: egzekucję starego towarzysza broni, innego napoleońskiego marszałka, Neya, księcia Moskwy. Tego samego Neya, który jako ostatni francuski żołnierz Wielkiej Armii opuścił rosyjską ziemię, wycofując się na polski brzeg Niemna. „Jeden cesarz, dwóch królów, ośmiu marszałków i sześćset tysięcy żołnierzy – wszyscy zostali pobici – napisał o nim Macdonell. – Wszyscy oprócz tego syna bednarza z Saarlouis”. Wnet marszałek Victor, zasiadający w składzie sądu wojennego po restauracji Bourbonów, głosował za wyrokiem śmierci na Neya, który do końca pozostał przy Napoleonie.
Małostkową mściwość Victora można sobie tłumaczyć chyba tylko jego krwawymi kompleksami, których nie potrafiły przeważyć ani wojenne powodzenie, ani łaskawość fortuny, ani nawet niesłychane zaszczyty, tak pożądane przez parweniusza. Oto książkowy przykład tego, że nic nie jest w stanie uszlachetnić człowieka z natury lichego, dla którego wszelka wzniosłość jest niedosiężna.
[...]

Dalej pociąg mija niewielkie stacyjki Polewice (Pahlowitz – 7,259 km od Legnicy), Wilczyce (Wildschütz – 11,183 km) i Kozów (Kosendau – 16,107 km), położone w żyznej dolinie Kaczawy. Dwa kilometry od Kozowa znajduje się Rokitnica (Röchlitz).
Na wzgórzu położonym za cmentarzem kościelnym w Rokitnicy znajduje się ruina zamku wzniesionego przez księcia Henryka Brodatego w 1210 roku. Zamek został częściowo zburzony w 1428 roku przez husytów, a w 1451 całkowicie rozgrabiony przez mieszkańców Wrocławia i Świdnicy.


Na tym zamku w Rokitnicy, jednej z najstarszych murowanych budowli w Polsce, spędzał miodowy miesiąc Henryk I Brodaty z młodziutką żoną Jadwigą, późniejszą świętą. Jadwiga, którą protestancki kronikarz Śląska Cureus nazwał „osobliwym klejnotem i wielką ozdobą śląskiej ziemi”, pochodziła z rodu bawarskich hrabiów i książąt Rzeszy Diessen-Andechs o oszałamiających koligacjach w całej Europie, z którego wywodziło się 41 biskupów, prałatów, opatów i ksień, liczni fundatorzy kościołów i klasztorów, jej ciotkami były święte Mechtylda i Edeltruda, a wujem ojca święty Otto, biskup Bambergu, przyjaciel Bolesława Krzywoustego, apostoł słowiańskiego Pomorza. Brat babki Jadwigi, Filip I von Heinsberg, został arcybiskupem kolońskim i kanclerzem Fryderyka Barbarossy. Jadwiga urodziła się w rodowym grodzie Andechs nad jeziorem Ammersee między rokiem 1178 a 1180 jako córka Bertolda VI, hrabiego Andechs, księcia Meranii, Kroacji i Dalmacji, oraz jego drugiej żony Agnieszki miśnieńskiej, córki margrabiego Marchii Łużyckiej Dedo V z Rochlic, wywodzącego swój ród od cesarza Karola Wielkiego. Na ślub z Henrykiem, synem piastowskiego księcia Bolesława Wysokiego i Niemki Adelajdy, hrabianki Sulzbach, udała się około 1190 roku wprost z klasztornej szkoły w Kitzingen, w wieku dwunastu lat. Informują o tym najstarsze rękopisy opisujące jej żywot: „Sunder die heilige furstin sancte hedbig do si bas czbelf ior alt. do bart si vortreut dem durchlaustin furstin henrich der do bas eyn furste in der slesie vnd in polenlant”. W rok po ślubie, mając trzynaście lat i trzynaście tygodni, urodziła swoje pierwsze z siedmiorga dzieci, Bolesława, który zmarł jako dwunastolatek. Sześcioro z tej siódemki pogrzebała sama, umierały w dziecięcym wieku.
Jadwiga nad zwłokami męża, którego nie odwiedziła na łożu śmierci, stosując się do papieskiej klątwy, Jadwiga nad zwłokami syna Henryka Pobożnego, któremu Tatarzy obcięli głowę: velle quod vult Deus, chcę tego, czego chce Bóg.

(Fragment nowej książki Mirosława Kuleby Prasiolity z Sokołowca. Barania Czuba w Sokołowskich Wzgórzach na Pogórzu Kaczawskim. Monografia mineralogiczna).

Mirosław Kuleba