W drodze do piekła

„...rzadko się zdarza jakiś cud”*
Tym razem się zdarzył.
Lucjusz – Lutek – został w porę zawrócony. W pierwszym momencie nie zakodował przez kogo i jak. Dopiero po czasie, jak zaczął w detalach rozpamiętywać, przy dźwiękach – choć trudno nazywać to dźwiękami – dołującej muzyki gotyckiej zawijasy swojego żywota, zaczęły wracać obrazki z tego mrocznego miejsca, które tylko Przybyszewski albo Witkacy potrafiłby odmalować słowem oddającym w pełni jego właściwości i przesycenie wonią śmierci.
Wie tylko, że nigdy by tu nie przybył, nie usiadł, nie czekał, gdyby nie matka. Przekląć już ją miał, kolejny – tysięczny albo i więcej – raz, gdy nagle wzrok jego zderzył się z pełnymi zmęczenia, a zarazem niewysłowionego ciepła, oczyma starej kobiety. Stała nad nim, wciąż leżącym na kamiennej połaci nasypu kolejowego, dobrotliwie wpatrując się w jego twarz. Przerażoną, zdominowaną rozkojarzonym spojrzeniem, dygotem warg i mięśni pod szarzejącą skórą policzków, dobywającą mniej lub bardziej artykułowane dźwięki o ucieczce z tego miejsca. Plótł od rzeczy, jednak o wysiłku jakimkolwiek mowy nie było. Kiedy jazgot oddalającego się pociągu był już tylko szumem-poszumem, pozwolił się podnieść staruszce. I wstyd go w tym momencie ogarnął, że zamiast on pomagać, sam był w potrzebie. Chciał jej od razu, jak tylko na nogach stanął, wykrzyczeć swój ból, tę smutną o matce pieśń, ale jakaś siła – ta moralność wszelką niemoralność wewnątrz zabijająca – powstrzymała go. Bo jakże to, syczała, czy szeptała, o mamusi źle? W dodatku do obcej baby? Od razu też przywołał myśli do dyscypliny, bo jak tak o starowinie myśleć jak o obcej babie, skoro ona – nie musiała przecież – przed wkroczeniem na ścieżkę do piekła wiodącą ustrzegła! Przeprosić by trzeba, pomyślało mu się, ale słowa przez krtań przejść nie chciały. Bo niby czemu miałyby przechodzić, skoro złe słowo nie padło, a jedynie pomyślane zostało. Jeszcze tylko zdołał grzecznie uspokoić zaniepokojoną, szczerze zatroskaną staruszkę, że nic się nie stało, tylko przez przypadek upadł w tym akurat miejscu i wdzięczny jest, że ona o tej porze – na styku nocy z dniem – akurat się w tym miejscu znalazła i od nieszczęścia uchroniła. Już zdawał sobie sprawę, że tragedią nazwać to powinien, lecz nagle nieopisany strach wzbraniał mu tego.
Szykował się do odejścia, gdy poczuł szarpnięcie za rękaw poszarpanej koszuli. Widocznie, skonstatował z miejsca, coś z tego pociągu musiało mnie zahaczyć? Uścisk suchej dłoni – powleczonej przeźroczystą jak pergamin skórą – staruszki sprawił, że zatrzymał się niczym rażony piorunem, sparaliżowany albo powstrzymany krzykiem mamusi. A staruszka przecież szeptu nawet z siebie nie wydała. Przez ułamek sekundy wziął ją za wiedźmę, w której istnienie od dziecka nie wierzył, albo czarodziejkę dokonującą cudów. Jednak z urody, dziwnie nie dającej się określić, nie pasowała ani do jednej, ani do drugiej. Mimo to dostrzegł w niej coś magicznego, chociażby z uwagi na nagłe pojawienie się w tym miejscu i o tej porze dnia, na dodatek w takim momencie jego życia. Od razu też pomyślał o świętych albo ich wysłannikach, w których nie wierzył, a czcił ze strachu, albo nawet w znak Najwyższego, wiarę w którego porzucił jeszcze przed utratą tejże w świętych, z jeszcze większego strachu.
Dał się odtąd prowadzić staruszce w milczeniu. Obojętny na to, kto wiedzie i dokąd. Byle jak najdalej. W krainę zapomnienia, w istnienie której też wierzyć przestał. Milczał i dał się prowadzić jak jagnię na rzeź – swoją krowę wcześniej staruszka na pastwisko zaprowadziła – myśląc jedynie, niech się dzieje, co chce albo: co ma być, to i będzie. Plotło się w jego siwiejącej głowie wersami ze skrycie słuchanych piosenek, na co mamusia rzadko pozwalała, bo trzeba było sobie zasłużyć. Chciał zapytać, dokąd mnie wiedziesz, wybawicielko, ale nagle uzmysłowił sobie, że mimo chłodu, nadciągających mroźnych poranków, jest tak bosko, nieziemsko, nienaturalnie spokojnie, że droga mogłaby nie mieć końca. Bo początek już poznał.
Może nie całkiem. Nie mógł przecież pamiętać momentu narodzin, jedynie go sobie wyobrażał w chwilach szczególnej udręki, ani sikania w pieluchy, przewijania, otrzymywania razów na gołe dupsko warząchwią przez wkurzoną za zafajdaną pieluchę mamusię. Bo tetrowa, nieliczna, z trudem zdobyta i często prać trzeba było! A pomocy znikąd, bo mamusia sama była od początku. Tatuś zrobił jedynie, co chciał, czy co należało, a potem słuch wszelki po nim zaginął. Mamusia spokój miała do momentu, kiedy krągłości we wsi i w rodzinie dostrzegać zaczęto i komentować poczęto. Rodzina pobożna była. Dziadek, a ojciec mamusi, przy kościele się udzielał, każdej zimy, w czas kolędy, starego radcę saniami od wsi do wsi woził, a na koniec całkiem pijanego od wódek kolorowych, najlepszych, na spirytusie przednim robionych, na plebanię zawoził i w ręce opiekuńczej gospodyni – matki dzieciom proboszczowym – oddawał. Babcia w każdy odpust z gęsiną i dopiero co odchowanymi kogutkami do radcy pędziła, najlepsze osełki masła podtykała i gęsie szyjki faszerowane podrobami na proboszczowski stół znosiła, byle tylko ksiądz dobrodziej – po rękach przy byle okazji całowany – mógł przed biskupem hojnością parafian błysnąć. Na pochwalenie ochoty raczej nie miał, majestat radcowski nie pozwalał na zniżanie się do pochwał dla pospólstwa. Tego też pamiętać nie mógł, ale z opowieści babcinych i dziadkowych znał. Ukradkiem przekazywanych, bo mamusia spotkań zabroniła.
Powód miała. Jak tylko brzuch wydatny ciężarem dla rodziny się stał, matka z ojcem jej, a dziadkami jego, zdecydowali o pozbyciu się kłopotu. Obyło się wprawdzie bez łez, ale kłopot – mamusia – znalazł się w wielkim kłopocie, dom rodzinny porzucił i nienawiść wielką do dziadków jego budować w sobie począł. Ten moment uwił sobie już gniazdo w jego pamięci. Ta samotność pod nieobecność mamusi, zmuszonej zarabiać na kromkę byle czym posmarowanego chleba, stopniowo przeradzała się w niepojętą dlań nienawiść ze strony kobiety. Każdego dnia siedział sam w pokoju zamkniętym na klucz, oczekując na jej powrót. Pierwsze, czego zaczął się po jakimś czasie domagać, to JEŚĆ. Raz i drugi coś odwarknęła, ale za kolejnym dopominaniem zamiast „zaczekaj, aż w piecu rozpalę i zupę przygrzeję” było plaśnięcie z otwartej ręki w twarz. Rozryczał się. Liczył na jakąś rekompensatę, niechby zwyczajne „no, uspokój się, nie rycz, widzisz, że jestem wykończona”, ale nie. Zamiast tego, „przestań wyć!”, „cholery zaraz przez ciebie dostanę, rozwydrzony bachorze!”, z czasem mamusia uzupełniała repertuar wyrażeń mających go uspokoić, które w rzeczywistości wzmagały jego rozżalenie, poczucie niemocy i stawania się niepotrzebnym.
Uodpornił się z wiekiem. Pojąć jednak nie mógł, dlaczego nie wolno mu wychodzić z domu. Tym bardziej że przez okno widywał dzieciarnię biegającą po podwórku, ulicy, trawniku, grających w coś przypominającego piłkę chłopców, ładne dziewczynki budzące w nim irracjonalny lęk – każda istota w sukience, sukieneczce to murowane lanie – a on spętany wiedzą, że nie wolno, bo tam tylko zagrożenie i siedlisko zła. Do czasu. Siedząc razu pewnego przy okiennym parapecie, lekko uchyliwszy zasłonę, dostrzegł na spowitym słonecznymi promieniami placu dzieci grające w klasy. Lecz o tym dowiedział się później. Coś sprawiło, że postanowił do nich dołączyć. Impuls niewytłumaczalny nakazał zapomnieć o rozkazach mamusi – „pod żadnym pozorem nie wolno ci wychodzić” – odwaga otworzyła okno, jakoś wcześniej nie przyszło mu to do głowy, po czym wyskoczył z parteru na trawnik. Zdumiony, że istnieje tak cudowny świat. Jeszcze bardziej zaskoczony zaskoczeniem dzieci z podwórka jego niespodziewanym zjawieniem się.
– A ty kto? – usłyszał od jednej z dziewczynek.
– Nikodem, ale mamusia nazywa mnie Lutek – ledwie wyszeptał.
– Jaki Lutek? – Dziewczynka wciąż dopytywała i dostrzegał w jej oczach coś więcej niż zdumienie.
– Lutek-srutek – zaczął dziwnie, jakby w tonie naigrywania się, towarzyszący dziewczynce chłopiec.
– Jestem stąd. – Wskazał na otwarte okno, przez które właśnie się wydostał.
– Nigdy cię tu nie widziałam?
– Ale jestem.
– Jest od tej kobiety, co dzieciaka zamyka przed światem – stanowczo jął wyjaśniać towarzyszący dziewczynce chłopiec.
Dopiero wiele dni później Lutek dowiedział się, że chłopiec miał na imię Tymoteusz. Póki co cieszył się, że mógł z dopiero co poznanymi dziećmi pobawić się w zupełnie obcą grę. Grę w klasy. W dorosłości książkę pod takim samym tytułem przeczytał w tajemnicy przed mamusią i długo przez nią zasnąć nie mógł. Teraz grał. Rozegrał się, rozbawił, aż całkiem zapomniał, że nie wolno. Zapomniał do czasu, kiedy przypomniała mu mamusia. Zjawiła się tuż obok skaczącego w kratkach znienacka, szarpnęła za ucho i ku przerażeniu nowo poznanych towarzyszy zabawy powlokła do domu.
Od tego momentu utwierdzał się w przekonaniu, że mamusia nie może być jego mamusią. Bo gdyby była, toby nie sprała na kwaśne jabłko, nie byłoby tak, że zamiast siedzieć, musiał leżeć, że majtki kleiły się do obitego korbaczem tyłka, a jemu nie wolno było przy tym wydać nawet jęku żalu, krzty płaczu i łez. Musiał przełykać ból, nakarmić się nim do syta przed snem, co dopadł go umęczonego tłumieniem buntu na chłodnej podłodze. Mamusia odtąd nie życzyła sobie, by „taki nicpoń, niecnota, bękart spod psiego ogona” wylegiwał się jak jakiś basza w jej łóżku. Nie musiała tego mówić. Sam postanowił, że nie będzie z nią więcej spał. Postanowił też, że od tej pory będzie jej nienawidził. Pielęgnował w sobie po dziecięcemu to uczucie do momentu pójścia pierwszy raz do szkoły. Bał się tego dnia. Tym bardziej, że córka sąsiadki z naprzeciwka, piętnastoletnia, z dużymi piersiami i rozłożysta w biodrach, po skończonej podstawówce, nastraszyła go, że jak tylko zrobi w szkole coś nie tak, to coś mu odetną. Na przykład rękę albo głowę i to na żywca. Przez kilka nocy nie sypiał z tego powodu. W dzień pójścia do szkoły zapomniał więc mamusi wszystko, co złe, bolesne i wstrętne, a uczepił się jej ręki niczym owoc łopianu wełnianego swetra. Robił wszystko, by nie zorientowała się w jego lęku, ale nie udało się. Matczyne „co się tak trzęsiesz jak jakaś galareta” sprawiło, że był wściekły nie tyle na nią, ile na siebie za to, że nie potrafił ukryć strachu. Chciał w jej oczach wyjść na takiego, który niczego się nie boi. Ostatecznie mamusia w tym pomogła. Jej „zachowujesz się jak ciamajda, takie ciepłe kluchy, a przecież masz mi wstydu nie przynosić, tylko same piątki” sprawiło, że zapomniał o lęku, zastępując go dziecięcym postanowieniem – na fundamencie buntu stawianym – że jeszcze ona zobaczy na co go stać. LUTEK BĘDZIE NAJLEPSZY – zalęgło się pod czarną czupryną i niemal wypływało z równie czarnych oczu, niemal szelmowskiego spojrzenia, jeszcze nie w pełni zdającego sobie sprawę z rozsiewanego uroku.
Nie bardzo wiedział, co to są najlepsze stopnie i jak się je zdobywa, ale po pierwszym klapsie na tyłek od nauczycielki kontrolującej kaligrafię – zaczętą od literki „m” duże i małe, jak początek słowa mama, wszak, jak podkreślała pani, mama jest w życiu każdego z nas najważniejsza – postanowił ćwiczyć sztukę pięknego pisania do perfekcji. Aż do pierwszej piątki. Wtedy mamusia stwierdziła, zeszyt wieczorem przeglądając i już nie tarmosząc za uszy, że „pierwsze koty za płoty i teraz tylko tak trzymać”. A trzymać nie było łatwo. W klasie była Ulka, szybko nazwana kujonką, potrafiąca rozpłakać się w głos w przypadku, gdy ktoś otrzymywał lepsze od niej stopnie. I była też faworytką nauczycielki, co Lutek szybko zmiarkował. Już nie tylko mamusi postanowił dowieść bycia najlepszym w klasie, ale i pani nauczycielce, że samo chwalenie koleżanki nie postawi jej na najwyższym pułapie podium. Nie pozwalał na moment usnąć ambicji, tym bardziej że mamusia obiecała kupić pod choinkę, na dużego Mikołaja, łyżwy do jazdy figurowej. Jeszcze uważniej czuwał, by nie dać się wyprzedzić Ulce. Udało się i nie zarazem. Okazało się na wywiadówce, że poszli z Ulką łeb w łeb. Przekonany, że jest jak w niebie, cudownie, że mamusia wróci z rozświetlonym licem, widział siebie szalejącego na lodowej płycie zamarzniętego stawu nieopodal domu. Za wcześnie. Mamusia wróciła w miarę usatysfakcjonowana, lecz nie na tyle, by pędzić do geesowskiego żelaznego i kupić stojące od tygodni na wystawie łyżwy. Ośmielił się zapytać – „dlaczego nie?”. Odpowiedzią było trzykrotne walniecie w głowę i wytarganie za czuprynę, spuentowane szorstkim: „a co ty myślisz, że uczysz się dla zysku?”. A zaraz potem cała tyrada: „Ja w twoim wieku nawet pomarzyć o szkole nie mogłam! Ty, nie dość, że możesz, niemal na siłę do szkoły jesteś posyłany, a mógłbyś na przykład do lasu chrust zbierać na opał, czy inne gałęzie, to jeszcze marzą ci się nagrody? Masz się tak uczyć, żeby wstydu nie przynosić. Więcej lania niż żarcia będzie, jak stopnie nie takie będą. I zapamiętaj sobie, zakuty łbie, ty udręko nasza, że nagrodę sam sobie wyuczysz. Jak już będziesz zarabiać”. Chciał jeszcze zaryzykować, poprosić, może na kolana paść, mamusię po rękach wycałować – w końcu często bez powodu kazała się po rękach całować – w nadziei, że skruszy jej zdecydowanie, skłoni do pójścia do sklepu ukochanego i kupi wielkie marzenie. Nie stało się tak ze strachu.
Przebolał zamordowanie marzenia o posiadaniu łyżew figurówek. Zdecydował pod pierzyną, że sam kiedyś kupi sobie takie, jakie mają mistrzowie, szczególnie mistrzyni Rita Trapanese, którą widział na obrazku w kolorowej gazecie mamusi i raz w telewizji u sąsiadki, kiedy poszedł z mamusią oglądać teatr sensacji, a właściwie mamusia poszła, a jego wzięła, sama nie wiedząc po co. Po czasie doszedł do wniosku, że jedynie po to, by pochwalić się przed sąsiadką – wiedząc, że ta rozniesie wieść po całej okolicy i jeszcze dalej – jakiego to ma zdolnego syna. I na dodatek bardzo przystojnego. Syneczkiem w obejściu z innymi, obcymi go nazywając. Miał ochotę zaprzeczyć tej udawanej słodyczy, lecz jedno dyskretne spojrzenie mamusi powodowało topnienie wszelkich przejawów niesubordynacji względem rzeczonego przez kobietę stwierdzenia.
Pewnego wieczoru, po kolejnej wywiadówce z sukcesami i bez obietnic nagrody – tym bardziej nadziei – wpadł na pomysł zaproponowania mamusi, by przynajmniej raz w tygodniu mógł – na przykład po lekcjach w sobotę – pójść do kolegów pobawić się w wojnę.
– Wszyscy – przekonywał – się bawią, bo wszyscy oglądają serial o pancernych.
– Ty nie musisz – harda odpowiedź pozbawiała go części złudzeń.
– Dzięki temu – usiłował grać przebiegłego – lepiej można nauczyć się historii.
– A jeszcze lepiej z porządnych książek – obstawała przy swoim mamusia.
– To będę mógł czy nie?
Spodziewał się kolejnej szarży szorstkiego języka na pętany lękiem zmysł słuchu, a tu zaskoczenie totalne. Mamusia myślała. Myślała i przeszywała palącym spojrzeniem zamiary syna. Stracił pod wpływem tego spojrzenia resztki nadziei. Tymczasem usłyszał nieoczekiwanie: „idź, tylko przed zmrokiem masz mi wrócić, a na szóstą pójdziemy do kościoła, na mszę”. Nie zbuntował się, choć mszy nie znosił. Raniła go od pierwszego wejścia do świątyni wyczuwalna, choć nieprecyzowana nieszczerość, pewien niedefiniowalny dlań fałsz w brzmieniu księżowskich głosów i niewiara ogólna w coś, czego nie widać, dotknąć się nie da, dyskutować tym bardziej, bo niezrozumiałym dogmatem spowite, a na to wszystko słowa mamusi, „jest jak jest i zero dyskusji na ten temat”. Toteż chodząc bezmyślnie na lekcje katechezy przygotowujące do przyjęcia Pierwszej Komunii, starał się przebrnąć przez nie bezproblematycznie, bezrefleksyjnie, być typowym katolikiem, odklepać nakazane modlitwy i zwroty z pamięci, byle zrobić, czego oczekują – mamusia i proboszcz – po czym mieć święty spokój. Swoje myśleć, czynić, jak każą. Na razie. Bo i tu obiecał sobie, że jak dorośnie, nikt nigdy w przybytkach bożych go nie ujrzy. Chyba, że jako turystę w obiektach zagranicznych, podziwianych w gazetach, albumach i dopiero co nabytym przez mamusię telewizorze, otwieranym każdego dnia tylko na dziennik telewizyjny i ewentualnie film dozwolony dla niego. Czasem, w niedzielne popołudnie, pozwalała popatrzeć na jakiś przyrodniczy bądź podróżniczy, niejednokrotnie i w nich dopatrując się niebezpiecznych treści dla duchowości młodego człowieka.
Leżąc pewnego wieczoru na swojej kanapie, doszedł Lutek do wniosku, że coś się w jego relacji z mamusią zmieniło. Bał się jej jak dotąd, ale nie odczuwał tego tak często fizycznie. Mniej tłukła o byle głupstwo – jak choćby za pięciominutowe spóźnienie po zabawie w pancernych z chłopakami z klasy – coraz mniej pretensji miała o stopnie, stale oscylujące na najwyższych pułapach, jakby mniej go zauważała i kontrolowała. Nie bardzo też wiedział – dobrze to czy źle? Bezpiecznie czy raczej cisza przed burzą? Nie było też sprawdzania zeszytów. Zauważył tylko, że gdy udawał brak zainteresowania jej poczynaniami, ona dyskretnie obserwowała jego gesty i czyny. Czuł, że szpieguje, nie wiedział tylko w jakim celu. Postanowił być czujnym. I gdy już całkiem doszedł do wniosku, że mamusia skończyła proces wychowania go po swojemu, uznając, że się dzieło dokonało, przyszedł czas na poważną rozmowę.
W pierwszej chwili struchlał. Pomyślał, że został zdemaskowany. Jak nic, konstatował, rozszyfrowała mnie. Ukrywał się z tym swoim dojrzewaniem, a właściwie z dolegliwościami temu towarzyszącymi, jak tylko mógł. Oglądał się, jak mamusi nie było, mierzył sobie rosnącego i zarastającego czymś w rodzaju afro, masował i odkrywał uroki masturbacji, aż w końcu doznał olśnienia, szoku niemalże, rozkoszy wypływającej z masowanej części ciała. Przeżywszy ten moment, popadł jednocześnie w panikę. Przypomniał sobie o grzechach. Konieczności spowiadania się. Kolejna fala strachu sprawiała opadanie tego, co tak często mu stawało, niemal po każdej myśli o tym i masturbowaniu się – słowo poznał na godzinie wychowawczej z chłopcami, prowadzonej przez wychowawcę – bo jak tu z księdzem o takich sprawach? A co będzie, jak przypadkiem mamusia się dowie? Tajemnica spowiedzi to jedno, a mamusine z proboszczem układy to całkiem inna rzecz. Szczególnie bał się, gdy wypływała z niego rozkosz w środku nocy i nie mógł nijak nad tym zapanować. Czuł nadchodzącą erupcję, ale sen odpuszczał, jak już było po wszystkim i z lepkością trzeba było wczesnym rankiem przed mamusinym wzrokiem uciekać, bo mogłaby za coś takiego zabić. Kiedy więc siadał naprzeciwko niej z duszą na ramieniu, gotów przyjąć najsurowszą tyradę dla uszu i razy za mamine odkrycie jego huraganu hormonalnego, spodziewał się wszystkiego najgorszego. Z zamkniętymi oczami czekał na uderzenie bicza bożego.
Jeszcze większe było jego zdumienie wymieszane ze zdenerwowaniem, gdy oczekiwane nie następowało. Mamusia, wygodnie usadowiwszy się w bujanym fotelu, zagaiła głosem do swego rutynowego niepodobnym:
– Szkołę niebawem kończysz, zatem o przyszłości pomyśleć trzeba.
– Jeszcze mam czas – odrzekł szczerze.
– Gówno, a nie czas. Skoro jesteś niezdecydowany jak... – tu się powstrzymała gwałtownie, a Lutek od razu wyczuł, że chciała nawiązać do ojca, którego nigdy nie widział, nie miał, a o którym od jakiegoś czasu w cytatach między wierszami słyszał. – Nieważne, to ja zdecydowałam.
– Wolałbym...
Widocznie nie było mu dane myśleć samodzielnie. Tym bardziej wolę jakowąś wyrażać, a już broń Boże własne zdanie wypowiadać. Mamusine spojrzenie skierowało jego myśli na właściwe tory.
– Wyobrazić sobie mogę i zgodzić się na to tym bardziej nie mogę. Kilka dni z rzędu o niczym innym nie myślę, tylko o tym, byś w życiu miał jak najlepiej. W każdym razie lepiej ode mnie. Byś nie musiał wstawać o czwartej rano, tyrać po dziesięć godzin za żarcie ledwie w nędznym garnku się mieszczące i mieszkać o... – tu powiodła pełnym żalu spojrzeniem po niepamiętających ostatniego, jakiegokolwiek, malowania ścianach.
Nie mógł nie przyznać matce racji. Owszem, biedę klepali, ale nie bardzo cierpiał z tego powodu, bo prawie wszyscy mieli tak samo albo jeszcze gorzej. Plan wyjścia z tej sytuacji obmyślił przez lata sam. Nie zamierzał w jego tajniki wtajemniczać mamusi. W tym momencie uznał, że jeśli nie uczyni tego teraz, to potem może być za późno albo całkiem niemożliwym. Próbował się sprzeciwić. Wyrazić własną opinię. Jednak siła chrząknięcia matczynego spowodowała, że zamilkł w tej kwestii. Za to rozwinęła się mamusia.
– Już ci powiedziałam, że długo o tym myślałam. Doszłam do wniosku, i to będzie najlepsze rozwiązanie, że pójdziesz do technikum chemicznego. Zdasz egzamin bez trudu. Z matematyki jesteś dobry, z chemii jeszcze lepszy, z nauczycielem rozmawiałam i rację mi przyznał. – Chyba zauważyła po minie syna, że pragnąłby coś rzec. – Nie próbuj się ze mną nie zgadzać, bo jeszcze jestem twoją matką i w pysk możesz za pyskowanie zarobić. Chyba nie chcesz takiego wstydu przed kolegami? Zatem technikum chemiczne będzie spełnieniem twoich marzeń. – „Chyba twoich”, pomyślał i znów się zląkł, że myśli usłyszanymi być mogą, bo mamusia wniknąć w sam rdzeń mózgu potrafi. – Czasy teraz takie, że chemia ma przyszłość. W rolnictwie, w produkcji zabawek, do jedzenia na potęgę tego świństwa dodają, nawet sportowcy chemii potrzebują, czytałam, to wiem. Zatem, chłopcze drogi – jak dawno tego nie słyszał, chyba nigdy – nie ma co kombinować, tylko o przyszłości na serio myśleć. I co ty na to?
– O ogólniaku myślałem – odważył się w końcu nieśmiało.
– Po co?
– Żeby na przyszłość archeologiem albo dziennikarzem być.
– Dziennikarzem?! I kłamać jak ci wszyscy w tych radiach i telewizorach? Albo w ziemi grzebać jak te nornice, co nam do góry nogami ogród przeryły? Mowy nie ma! Technikum chemiczne i już!
Po czym wstała, otrzepała sukienkę i zaczęła krzątać się koło westfalki. Lutek kolejny raz poczuł smak przegranej w starciu z mamusią. Siedział jeszcze czas jakiś za stołem. Rozważał, obmyślał, kalkulował, jak tu w tych uwitych przez rodzicielkę planach wyjść na swoje, furtkę ucieczki znaleźć, i żadna myśl nastrój poprawiająca w głowie się nie rodziła. Zaczął się zmuszać do oswojenia się z planem mamusi. Pod osłoną nocy, nie mogąc zasnąć i dwukrotnie doprowadziwszy się do wytrysku w dopiero co kupione prezerwatywy – które stara kioskarka sprzedawała dzieciakom jako baloniki do nadmuchiwania i biegania z nimi po okolicy jako zabawką – zaczął godzić się z wizją kreślonej przez matkę przyszłości. Pocieszał się, że wytrzyma do osiemnastki. A jak już będę mieć dowód w kieszeni, konstatował podekscytowany podnieceniem i perspektywą zostania sławnym dziennikarzem albo pisarzem, to się jej postawię i na swoim... postawię! Przed zaśnięciem o jednym jeszcze zdążył pomarzyć, żeby tak raz wreszcie zdobyć się na odwagę postawienia weta zdaniu mamusi. Czemu to tak jest, dziwił się, że koledzy i koleżanki – wiele razy słyszał i widywał – mówią do rodziców, co chcą. Buntują się, pyskują, a jemu nie wolno, bo zaraz w mordę albo pas idzie w ruch. Myślał nawet o ucieczce z domu. Na jakiś czas. Żeby ją ukarać. Ale pora była nieodpowiednia, bo gdy wpadł na pomysł, akurat zaczęła się zima. Bał się też srogiej kary w przypadku powrotu, bo taki z ucieczki zakładał. Przykładem był dla niego Jerzyk, kolega z klasy, który opowiadał wszystkim, że to najlepsza metoda na zmiękczenie starych, żeby ci wpierdalali z ręki. Uciekasz z chaty, oni się martwią, nie wracasz, nie wracasz, a jak już masz pewność, że jak nie wrócisz za chwilę, to oni wykorkują, umrą znaczy się, to wracasz. I wtedy oni na paluszkach, zagłaskaliby cię na śmierć, to też przerąbane, ale masz spokój. Nie fikną ci, nie sprzeciwią się, bo zaraz pomyślą, że znów możesz spierdolić. Słuchał Jerzyka, choć drażniło go jego słownictwo. Nie lubił przeklinać i wstydem napawało go używanie takiego języka przez innych, szczególnie gardził – dosłownie – kobietami przeklinającymi. Mamusia, choć surowa jak tatar i szorstka niczym skała granitowa, wulgaryzmów nie używała. Emocje, nawet najgorsze, wyrażała całą paletą słów ostrych, lecz nie wulgarnych.
Poszedł ostatecznie do technikum chemicznego. Od pierwszych lekcji uznał, że nie była to bajka, w jakiej chciał się znaleźć. Liczył, że będzie mógł zamieszkać w internacie. Dojazdy trzydzieści kilometrów w jedną stronę miały być argumentem za. Nie udało się, bo i tu mamusia znalazła rozwiązanie. Budziła go na pierwszy kurs autobusu do miasta, kiedy akurat wychodziła na pierwszą zmianę do piekarni. Dodawała niemal każdego dnia, że „drogę dojazdu możesz wykorzystać na naukę, przygotowanie do sprawdzianów, a w domu tylko lekcje do odrobienia ci zostaną”. Kolejny raz zabrakło mu argumentów na zabicie mamusinych przemyśleń. Coraz dobitniej odkrywał jej praktyczność, szanowanie każdej sekundy, każdego grosza, każdej rzeczy, wszystko musiało być wykorzystane do kresu, nic nie mogło tutaj pójść na marne, nawet suchy chleb i ziemniaki ugotowane poprzedniego dnia, a niedojedzone. Im głębiej w nastolactwie się zanurzał, tym bardziej to jej poukładanie go drażniło. Miał ochotę codziennie jej to wykrzyczeć, jednak odwagi nie starczało, topniała wraz z jej pojawieniem się w pobliżu. Starczyło, że była, stawała, nie musiała nic mówić. Przez to wszystko, ten pętający wszelką wolę brak odwagi, nie potrafił zbyt długo patrzeć w swe lustrzane odbicie. Raz nawet złamasem siebie nazwał, takim jakby półszeptem o rumieniec wstydu przyprawiającym.
Przedsionek do ucieczki z piekła rodzinnego zaczął budować w momencie poznania Irminy. To ona wypatrzyła go w zatłoczonym porannym autobusie. Podeszła, przedstawiła się, oznajmiła bezpardonowo – co w pierwszej chwili sparaliżowało wszystkie jego członki, układ mowy i nerwowy, bo jakby na moment wzrok stracił olśniony jej urodą i opętany tembrem głosu, zbliżonym do głosu słynnej aktorki sprzed pokoleń, o której w jeszcze słynniejszym songu śpiewali panowie z uwielbianego przez mamusię zespołu – że musiała go poznać, bo od wielu tygodni spać przez niego nie może i jeśli nie umówi się z nią do kina, na lody czy na cokolwiek, to ona się po prostu zabije, albo coś gorszego sobie zrobi i będzie ją miał na sumieniu. W pierwszej chwili uznał jej zachowanie za niestosowne, ale z każdą minutą rozmowy – w zasadzie słuchania jej dźwięcznego trajkotania, plecenia o niczym albo słodzenia mu o jego uśmiechu, kolorze oczu i szałowych włosach jak u Hendrixa, a gdy wyraziła zachwyt jego kształtnymi pośladkami, niemal spłonął ze wstydu – czuł, że zaczyna brać go w jasyr. Kiedy dopadła go następnego dnia, nie miał już wątpliwości, iż emocje nie dające zmrużyć oka przez całą noc to nic innego jak zakochanie. Czytał o miłości wiele, wiersze pisał i poematy rymowane, kolekcjonował fotografie rozebranych modelek z tygodników, onanizował się z regularnością grania hejnału z wieży mariackiej, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się, by nawet po zamknięciu powiek widzieć w detalach czyjąś postać. A z Irminą zaczął tak mieć przez cały czas. Zapomniał się nawet uczyć. Zwłaszcza, jak wtajemniczyła go w sztukę całowania aż do pierwszej krwi i ciał obmacywania w miejscach, do których dotąd z wyobraźnią nie zdołał dotrzeć.
Coś, co nazywał miłością aż po grób, trwało do półrocza. Do czasu, aż mamusia wybrała się na wywiadówkę – w tym czasie przez Irminę nauczył się rodzicielki nie zauważać, jakby o niej zapomniawszy – i dostrzegła w stopniach przez syna otrzymywanych wielką dysharmonię w stosunku do tego, co było wcześniej. Na dodatek wychowawca poinformował – zdaniem Lutka było to świństwo, zwyczajne ubeckie donosicielstwo, niegodne pedagoga, lecz o tym odczuciu mamusi nie śmiał zameldować – iż dostrzegł w zachowaniu syna pewne zawirowania uczuciowe i być może to one sprawiły... Mamusia nie czekała na dalsze wyjaśnienia. Zjawiwszy się w domu, Lutek na wszelki wypadek leżał na swojej kanapie i udawał zasypiającego, niemal siłą wywlekła go z łóżka i kazała sobie opowiadać. Nie wyjawiła, o czym, ale z wyrazu spojrzenia wiedział, że chodziło o Irminę. Nie zamierzał, nie chciał wyjawiać swych uczuciowych sekretów, lecz mamusia w przenikliwości zadawania pytań nie miała sobie równych, była lepsza od niejednego esbeka czy czekisty, swego się dowiedziała. Na tyle skutecznie, że nazajutrz zjawiła się u matki dziewczyny i... od tego czasu Lutek Irminy już nie widywał. Różnymi kanałami próbował dowiedzieć się o jej losie czegokolwiek, lecz bezskutecznie. Ktoś mu nawet doniósł, że podobno wysłali ją do szkoły z internatem prowadzonej przez siostry zakonne i nic poza tym. Cierpiał. Był zdesperowany. Myśl o samobójstwie uczepiła się duszy niczym rzep, nienawiść do mamusi urosła do rozmiaru zikkuratu, ale o nic nie pytał. Raz spróbował, delikatnie, zaraz jednak zarobił w twarz z otwartej ręki i usłyszał, że „to zwyczajna lafirynda była, i ani słowa na ten temat więcej!”. I nie było. Było za to wielomiesięczne cierpienie, pogrążanie się w milczeniu, oddalanie od świata, ludzi, mamusi przede wszystkim, a wszystko ukryte pod płaszczem udawanego zainteresowania. Mamusia nad wszystkim przeszła do porządku dziennego. Częściej niż dotychczas kontrolowała każdy krok. Czuwała, by chwili wolnego czasu nie miał. Wszystko w ciągu dnia było zagospodarowane, od otworzenia oczu do zamknięcia ich w środku nocy. Sama przez to się wycieńczała.
Postanowiła, że Lutek skończy technikum i pójdzie na studia. Chciał na jakieś humanistyczne, lecz nim pomyślał, ona wymarzyła sobie politechniczne, inżynierskie przynajmniej, „zawód jakiś dobrze płatny będziesz mieć, a ja przez to lżej, bo wreszcie do garnka zaczniesz dokładać i jakiś remont w tej ruinie się zrobi”. Kończąc frazę, omiotła zmęczonym coraz bardziej spojrzeniem jeszcze bardziej zniszczony upływem czasu i niedostatkami pokój. Wrzało w nim w środku, choć wiedział, już na tyle siebie znał, że choćby nie wiadomo gdzie chciał uciec na studia, to mamusia i tak sprowadzi go ku sobie jak najbliżej. Rozważał nawet celowe niezdanie egzaminu wstępnego. Szybko jednak myśl porzucił, bo mimo wszystko pod stertą beznadziei tliła się ledwie iskierka nadziei, a nuż uda się spod mamusinych skrzydeł wyrwać, bo na przykład plan zajęć będzie zmuszał do zamieszkania w akademiku.
Kiedy Lutek zdał egzaminy wstępne pomyślnie, nawet punkty za pochodzenie robotnicze dostał, wtedy mamusia wpadła na – jej zdaniem genialny – pomysł, że przecież syn może studiować zaocznie.
– Tak się nie da – usiłował jeszcze bronić się przyszły student.
– Synku – stanowczo, jak zwykle, odparła mamusia – jak się chce, to się wszystko da. Jutro z samego rana jedziemy do stosownych władz na tej politechnice, pogadam z kim trzeba i jak trzeba, a od października zaczniesz zaocznie.
Potem jeszcze wyłożyła synowi cały pakiet korzyści z tego wynikających: „Nie dość, że i tak inżynierem zostaniesz, to jeszcze sporo pieniędzy zarobisz, bo robotę na piekarni ci już ustawiłam. Będziesz zarabiał, ja będę oszczędzała i nim się obejrzysz, postawimy nowy dom. To znaczy ja postawię, ty w razie konieczności tylko pomożesz”. Po takim oświadczeniu Lutek był bliski targnięcia się na życie. Kolejny raz pojąć nie umiał, dlaczego nie postawił się matce? Tej głupiej decyzji? I jak zwykle, po analizie w samotności okolonej ciemnościami, zwyciężyły skrupuły, to wychowanie każące szanować mamusię i każdą jej decyzję, ten irracjonalny lęk, że za zlekceważenie matczynej woli spotka go kara od losu – nie chciał nazywać tego boską – wreszcie, że mamusi gniew może w przyszłości obrócić się przeciwko niemu, bo może się okazać, iż w jakimś momencie życia bez mamusi ani rusz, kroku nie poczyni. Nie wiedział co, lecz czuł, że z mamusią łączy go jakaś siła większa i głębsza niż odczuwalny strach. Toteż jeździł na te studia w każdą sobotę i niedzielę, czasem rzadziej, w tygodniu pracował na zmiany – najlepiej było w nocy, bo wtedy szedł z książkami i projektami na zmianę i mógł w przerwach się uczyć, gdy inni popijali bimber albo najtańsze sikacze – i coraz bardziej godził się z darami losu pichconymi przez mamusiną przemyślność.
Ciągnęło go jednocześnie do kobiet. W czasie nocnych zmian zdarzało mu się, że jedna z nich, Irena bez nazwiska, choć mężatka i dziećmi obarczona, zaciągała go między pryzmę worków z mąką i bez gry wstępnej sięgała po zawartość jego rozporka, wyciągając z niej następnie, ile się dało. Nie miał oporów przed seksualnym wyzyskiem z jej strony. Lękał się tylko, co będzie, gdy przypadkiem o wszystkim dowie się mamusia albo jak zdarzy się ciąża – tu Irena uspokajała, że w razie wpadki wszystko idzie na konto starego, męża, z którym i tak musi co rano, albo przed wyjściem na nockę, bo chłop swego się dopomina, a ona też nie z drewna – i zostanie przez rodzicielkę zbesztany i sponiewierany na oczach całej piekarni?! Zimnym potem oblewał się na samą myśl o takiej ewentualności. Marzył przy tym wszystkim o jakiejś stałej narzeczonej. Rozglądał się za kandydatką na taką w czasie jazd na uczelnię, na przystankach, przed kinami i wejściami kawiarnianymi – bo mamusia odliczone na podróż kwoty tylko dawała i gotowe kanapki do torby, ewentualnie termos z herbatą słodzoną, bo cukier krzepi, jak zapewniali ją w reklamie – lecz cud miłości się nie zdarzał do końca studiów. Liczył jeszcze, że po dyplomie, w czasie oblewania z kolegami, pozna jakąś..., ale mamusia w porę o podsumowaniu jego nauki pomyślała. Sama, dla nich dwojga, urządziła niewystawną kolację z winem, kawą, tortem z bitą śmietaną i truskawkami – akurat obrodziły w przydomowym ogrodzie – i kupnem prawdziwych dżinsów w upadającym przedsiębiorstwie eksportu wewnętrznego. Ucieszył się nawet, bo zawsze o oryginalnych „wranglach” marzył, lecz nad wszystkimi drobnymi przyjemnościami górowało marzenie o kobiecie na stałe.
Leżąc pewnej nocy między workami z mąką, po uwalniającym z napięcia i męczącym zarazem seksie z Ireną, przypomniało mu się powiedzenie jakiegoś starego profesora, że to, czego szukamy uporczywie, przychodzi najczęściej wtedy, kiedy odpuszczamy zrezygnowani. Postanowił zerwać z nią. Wiedział, że szybko znajdzie u innego pocieszenie i nie będzie robiła awantur, bo miejscowość niewielka, od razu mogłyby się wydać jej sprawki niewiernej żony. Tym bardziej że wszyscy w piekarni i okolicy wiedzieli, że mąż Irenki trochę porywczym bywa, zwłaszcza po kielichu, przywalić z byle powodu potrafi i w razie wpadki mógłby nieźle uszkodzić. Lutek bólu nie znosił. Zbyt często zadawała mu go w różnej postaci mamusia.
Rezygnacja ze związku z Ireną nie oznaczała dlań rezygnacji z marzeń o prawdziwej miłości zakończonej nałożeniem obrączek, niekoniecznie przed księdzem. Zdecydował o zaniechaniu poszukiwań na siłę, choć kusiły go ogłoszenia w gazetach i na portalach randkowych rozzuchwalającego się pod tym względem internetu. Żeby kupić komputer, musiał oszukiwać mamusię na wypłacie. Bał się, że wpadnie, ale mamusia miała do niego dość zaufania, by nie przetrząsać portfela. Wierzyła na słowo, jakoby wpływająca na konto kwota jest wszystkim, co zarobił, to i mógł płacić swój skromny rachunek za komputer trzymany w piwnicy, dokąd nie zachodziła, uczulona na stęchliznę i z obawy przed gryzoniami. Stale jej odtąd powtarzał, że w piwnicy roi się od myszy i szczurów.
Kilka lat minęło nim Lutkowi, przypadkiem, w czasie pobytu u dermatologa – dostał przypadkowego uczulenia na pyłki mączne – przytrafił się kolejny cud miłości. Początkowo zbył sprawę, ale przy kolejnej wizycie nie mógł już oderwać wzroku od młodziutkiej, ledwie po maturze, zalotnej brunetki pracującej w przychodni w charakterze rejestratorki wizyt. Czuł, nie zastanawiając się skąd to wrażenie, że i jej wpadł w oko. Z walącym jak pneumatyczny młot sercem postanowił zaryzykować:
– Może jakaś kawa po wizycie?
– Owszem. – Spodziewał się kluczenia, wykrętów, a tu takie miłe zaskoczenie. – Ale dopiero za dwie godziny.
Nie bacząc na pomstowania ze strony mamusi z powodu spóźnionego powrotu, zdecydował się na randkę. Nieznajoma okazała się Gosią, w której z każdą minutą, po każdym łyku kawy, kęsku torciku czekoladowego i wypowiedzianym miękkim i czułym głosem słowie, zakochiwał się coraz bardziej, bez pamięci, tracąc poczucie czasu i rzeczywistości. Po pocałunku na do widzenia – tak musi smakować raj! – był pewien, że to jest ten stan, w którym musi – oboje muszą! – wytrwać do stanięcia na ślubnym kobiercu. Wracał do domu – to nic, przewidywał, że mamusia będzie wściekła, opierdoli, może nawet po pysku wytrzaska swoim zwyczajem matki z dawnego wychowu – w przekonaniu, że wszystko mu będzie wybaczone po oświadczeniu:
– Chyba znalazłem tę jedną jedyną!
– To znaczy? – Mamusia nie odrywała wzroku od drutów, na których dziergała ciepłe skarpety dla niego.
– Gosia. Tak ma na imię.
– Każdy ma jakieś imię.
– To jest wyjątkowe, bo jego nosicielka będzie moją żoną, a twoją synową.
– Kto ci tak powiedział?
– Serce.
– Wobec tego tak ci się tylko wydaje.
– Ale... – O skończeniu myśli, obrony, nie było mowy.
– Już dawno przestałeś być szczeniakiem. Nauczyłam cię tego. Tak się nie szuka materiału na żonę. Przyjdzie pora, to razem czegoś poszukamy. – Lutek chciał oprotestować matczyny punkt widzenia. – Nie przerywaj mi! I posłuchaj. To wszystko, przy jednej kawusi i ciasteczku, zauroczeniu biustem i spojrzeniem kocicy, jest tylko złudzeniem miłości. Mnie najpierw trzeba było się poradzić. A teraz najedz się, umyj i kładź się spać. Nic tak dobrze nie działa na zapomnienie jak zdrowy sen. Rano trzeba do pracy wstać.
– Ale ja ją kocham!
– A ja ciebie.
Chciał się jeszcze bronić. Złość zmieszana ze wstydem zalewała resztki rozwagi. Czuł, że za moment straci panowanie nad sobą, lecz wyobraźnia – resztki jej dobywające się z trudem na wierzch góry wściekłości – zmusiły go do zapanowania nad sobą. Mamusia tymczasem roztoczyła przed nim wizję życia w samotności, bez grosza przy duszy, „bo przecież wszystko, co mi oddajesz, pakuję w budowę domu, żebyśmy przyszłość spokojną mieli, a ja starość, na jaką chyba sobie zasłużyłam, no i konto w banku też jest na mnie, więc co poczniesz sam”, z niczym, czym mógłby pannie zaimponować, wreszcie przeraziła wizją, w której na pierwszym miejscu jest ona – MATKA – „a nie jakaś siksa, co przyjdzie na gotowe, a potem i tak cię z torbami i w skarpetkach tylko puści”. Na koniec tyrady usłyszał jeszcze: „tak więc, Lutku, po moim trupie, to znaczy nic z tego!”.
Pierwsza randka z Gosią okazała się ostatnią. Odtąd całkowicie zamknął się w sobie. Nie zastanawiał się, dlaczego i tym razem uległ i poległ. Wychodził do pracy, wracał, jadł obiad, siadał do komputera – w nowym domu, zbudowanym z jego zarobków, miał swój pokój na poddaszu, sam tak wybrał, byle z dale od mamusinych modlitw, które na starość klepała od świtu do nocy na głos – czytał gazetę, czasem książkę przyniesioną przez mamusię z biblioteki, najczęściej romansidło historyczne i gnuśniał. Czuł to z początku, lecz w miarę upływu miesięcy, lat, obojętniał. Do tego stopnia, że wychodząc do pracy, czy wracając, nie żegnał się zwyczajowym „zostańcie z Bogiem” i nie witał „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, czego co jakiś czas wyraźnie dopominała się mamusia. Dostrzegł tylko, że i ona zwolna gasła. Chudła i szarzała na twarzy, ale udawał – złoszcząc się na siebie, złośliwością podszytą obojętność – że tego nie zauważa. Celowo o całe godziny przedłużał pobyt w piekarni, byle tylko nie usłyszeć jej ewentualnych narzekań. Całkowicie głuchego udał, kiedy wreszcie po którejś z nocnych zmian oznajmiła ledwie słyszalnym szeptem, „chyba umieram”. Oszołomiony – żalem zmieszanym z radością – odburknął, tak mu się zdawało, „no i dobrze”, po czym pognał do siebie i uderzył w płacz. Lęgnąca się na dnie świadomości wizja, niedopuszczana na pierwszy plan, napawała lękiem, rodziła mechanizm obronny polegający na wypieraniu. Kochał mamusię i nienawidził zarazem. Żyć obok i z nią nie chciał, lecz osobno nie umiał, nie wyobrażał sobie. Dotarło doń wreszcie, że oprócz mamusi nie skupił wokół siebie nikogo innego i miał pewność, czyją to było winą.
W środku nocy, gdy jęczenie pogrążającej się w bólu jakby ustawało, a słychać było jedynie charczenie – zmęczenie, zszedł po cichu na dół. Mamusia spała. Uznał, że to albo ulga w cierpieniu, albo spokój przed najgorszym. Najczarniejsze myśli zdominowały jego głowę, gdy tak stał wpatrzony w otuloną zupełnym spokojem twarz śpiącej. Te myśli nie do ogarnięcia wypędziły go tuż przed spotkaniem nocy z dniem na zewnątrz, w ten jeszcze chłód zamierzający przeistoczyć się w ciepły poranek. Pognać przed siebie. Uciec jak najdalej i nie wiedzieć po co – tylko taka myśl była mu kierunkowskazem, GPS-em doprowadzającym wprost na tory kolejowe, gdzie usiadł i czekał – bezmyślnie – na przyjazd pierwszego składu ekspresowego, który miał zmieść z tego świata całe jego życie upchnięte misternie w ciężar już nie do udźwignięcia.
Dopiero upijając kolejny łyk kawy zbożowej, ciepłej, uzmysłowił sobie, że trafił nie do tego świata, do którego uciekał, że spowiadał się nie tej osobie, której powinien, a czego przez lata nie robił, okłamując matkę, że klęka co miesiąc przy konfesjonale. Staruszka nadal o nic nie pytała. Milczała. W jej spojrzeniu odczytywał coś w rodzaju zrozumienia – może współczucia – dla sytuacji, w jakiej się znalazł. A może, kalkulował naprędce, wszystko to mi się zdaje, bo tego właśnie pragnę? Wstał od stołu. Podziękował i bez zbędnych słów wracał do... Aż bał się wymówić to, czego się spodziewał, może nawet oczekiwał?
W drodze do domu – który piekłem często zwał – zdziwił się, że uciekł aż tyle kilometrów. Gdy dotarł przed drzwi, słońce mocno grzało w kark promieniami ostatnich dni lata. Po drodze zdążył opracować plan przygotowania do skromnego – po co iść w koszty? – pogrzebu. Wszedł do środka. Który to już raz w jego pięćdziesięcioletnim życiu strach mieszał się z nadzieją? Odważył się po długim wahaniu nacisnąć klamkę u drzwi wiodących do pokoju mamusi, by usłyszeć tak samo od lat brzmiące: NARESZCIE.
Nie usłyszał. Zdawszy sobie sprawę, że to nie sen, nie złudzenie, a mamusia naprawdę milczy milczeniem nieodwracalnym, usiadł na sofce i nie rozpłakał się. Pierwsze i jedyne, co przyszło mu do głowy, to dyktowane obawą pytanie – co zrobić z nieoczekiwanie darowaną przez los wolnością?

Opowiadanie nagrodzone II miejscem w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. E. Paukszty „Małe ojczyzny – pogranicze kultur i regionów”.

 


 

* Cytat z tekstu Leszka Pietrowiaka Zobacz jak pięknie.

Stanisław Szulist