Rower dla syna

Z dużego zdjęcia z lipca 1939 ustawionego przy Krakowskim Przedmieściu 64 w Lublinie uśmiecha się sześcioletni Henio Żytomirski. Dzieci wysyłają do niego listy, jak Alina: „Patrząc na Twoje zdjęcie, czuję szczęście kogoś, kto po raz pierwszy doświadczył jazdy na rowerze. Byłeś dzielny! To dla mnie impuls, aby się zastanowić, który dzień mojego życia mogłabym nazwać najszczęśliwszym... W jakimś sensie stałeś się moim natchnieniem do poszukiwania sensu życia. Dziękuję Ci!”.
– Życie trzeba szanować i ludzi w tym życiu – daje mi radę pan Władysław Kwiatkowski z Lublina. Urodził się w 1930. – Świat jest piękny, a życie jakie jest piękne! Jak pani wspomniałem, jak dostałem kawałek chleba za okupacji posmarowanego dżemem z buraków, taka marmolada, jaka to była pycha! – dodaje. Pan Władysław jest na emeryturze i w kieszeni nosi cukierki: – O, takie maleńkie! – Pokazuje mi. Rozdaje je dzieciom. – Dałbym ci, niuniu, cukiereczka, ale nie wiem, czy mama by pozwoliła – mawia, a mi wyjaśnia: – O! Ale nigdy nie daję dziecku ot tak, ad hoc, tylko najpierw pytam mamę, a najczęściej to się dzieje w poradniach lekarskich.
Emerytowanym lekarzem ortopedą jest pan Henryk. Niedawno, w kolejce do lekarza rodzinnego zagaiła go kobieta: – O, doktor Kitliński! Ja znam pana od ponad pięćdziesięciu lat, bo pan leczył moje dziecko.
Pan Henryk mieszka w dzielnicy Dziesiąta w Lublinie i tu rozmawiamy. Jedno z pierwszych jego wspomnień z dzieciństwa zabiera nas na ulicę Dolną Panny Marii, przy której jako trzylatek oglądał wojnę z pola kapusty. O wojnie mówi więcej: – No za rzeką za Czerniejówką, za Bronowicami był Majdanek.
– Obóz Majdanka dochodził do samej jezdni – dodaje pan Władysław. – Jeździłem tamtędy, rowerem.
To był używany rower. Wyjaśnia: – Ojciec chciał mi zrobić przyjemność i gdzieś wydybał u znajomego stary rower. Pani nawet nie słyszała o takim czymś, koła były drewniane, obręcze wykonane z drzewa, bo teraz, wie pani, że opona założona jest na metalowej obręczy, a przedtem to były obręcze wykonane z drzewa, szprychy normalne, wszystko, tyle że obręcz była drewniana, no więc właśnie na takich drewnianych obręczach był ten rower, ojciec go wyszykował. Pamiętam nazwę tego roweru, „Zawadzki”, taka firma była, produkowała te rowery.

Historia Henia

Rower musiał kupić mu ojciec. Neta Żytomirska jest pewna: – To już był rower dla dużego chłopca.
Pani Neta jest kuzynką Henia i przywiozła do Lublina kolekcję fotografii. Na jednym ze zdjęć portret rodziców Henia. Na kolejnym Henio ma rok, bujną czuprynę i mądre oczy. Jest na rękach u ojca Samuela (Szmuela). Samuel się uśmiecha. Był nauczycielem hebrajskiego, to i te okulary, w okrągłych oprawkach na zdjęciu, bardzo mu pasują. „Bialik, Czernichowski” – pan Samuel wyliczał nazwiska żydowskich i hebrajskich poetów i pisarzy. „Frug, Perec…” – podsuwał uczniom lektury. Wierzył w urzeczywistnienie marzeń żydostwa w diasporze. Był idealistą-pionierem, który – jak pamięta Noach Szingarten, jego uczeń – torował uczniom drogę do wyzwolenia i samodzielności narodu żydowskiego na własnej ojczystej ziemi. Prawdy dodawał mu czarny włos, który górował nad wysokich czołem. Podobno uśmiechał się, psotliwie, w kącikach ust, co pamięta pan Noach: – To tworzyło wrażenie cudownej syntezy dojrzałości i dziecięcej psotliwości.
Samuel miał jednego syna. Urządził mu pokój w ich mieszkaniu przy Szewskiej 3. Było to mieszkanie, gdzie dzieci były kochane, tak je pamięta Esther Rechtman, wówczas kilkulatka, która bawiła się z Heniem. Jej matkę Samuel uczył hebrajskiego. Esther z rodziną wyjechała przed wojną do Palestyny. Po Ester Heniowi została wspólna fotografia. Ona ubrała wtedy paltko, on na zdjęciu ma krótkie spodenki. Mogło to być jesienią albo wczesną wiosną. Oboje na krześle, uśmiechają się szeroko.
W mieszkaniu było wiele książek i biurko. Samuel czytał zwykle w milczeniu, prawdopodobnie, nieraz na głos, po hebrajsku. Był zdeklarowanym syjonistą. Planował wyjazd do Palestyny. W 1937 na dworcu żegnał się z bratem Leonem. Powiedział: „Do zobaczenia”.
Piątego lipca 1939 roku była środa. Musiało być ładnie. Syn Szmuela ubrał podkoszulek z kołnierzem i krótkie spodnie. Przy schodkach przy wejściu do gmachu Banku Gospodarstwa Krajowego przy Krakowskim Przedmieściu zrobiono mu zdjęcie. W kadrze nie zmieścił się rower: – Na dwóch kółkach – podkreśla Neta. – Henio był przygotowany, że pójdzie do pierwszej klasy żydowskiej szkoły „Tarbut”.
Henio miał sześć lat, kiedy wybuchła wojna.

Historia pana Władysława

– Proszę panią, popłoch niesamowity – wspomina pan Kwiatkowski. W trzydziestym dziewiątym miał dziewięć lat. Był przygotowany na wypadek wojny. Instrukcji udzieliła mu matka, która z przedwojennego szkolenia wróciła z instrukcją zachowania na wypadek wybuchu bomb z gazem trującym. „Jak się przed tym ustrzec?”, powtarzała. „No więc maska gazowa”, tłumaczyła. „A gdyby zabrakło masek?”, spytała. Instruktor poradził, żeby użyć mokrej szmaty. Spytała zaciekawiona: „A jak nie będzie wody, to co zrobić?”. I rzuciła bez namysłu: „Ale można się zmusić i nasikać na tę szmatę”. Usłyszała: „Dobrze pani to wykombinowała”. Jednak jak wiele pytań by nie zadała, pierwszy nalot i tak by ją zaskoczył. Jej syn pamięta: – Myśmy stali na ulicy i gapili się na te samoloty. Jęk samolotów, wie pani, jak one były obciążone bombami, to te silniki mocno pracowały, warkot był straszny. Później gwizd tych bomb, wybuch, to były makabryczne sceny, no i proszę panią, taki był pierwszy dzień nalotu tego niemieckiego w trzydziestym dziewiątym i tak to się zaczęło.
Głównym celem była Lubelska Wytwórnia Samolotów (dawne zakłady E. Plage i T. Laśkiewicz) przy ulicy Fabrycznej. Dwie bomby spadły na ulicę Wspólną i zabiły dwie osoby, jak pamięta pan Władysław: – Chodzili to oglądać, ja nie. Ten następny nalot, to już gdzie popadło rzucali bomby, ojciec z mamą podjęli decyzję – dodaje. Powiedziała do męża: „Opuszczamy Lublin”. Zarzucili na plecy tobołki i ruszyli na Lubartów. Słyszeli o niemieckich samolotach nurkujących nad główną drogą i Niemcach strzelających z karabinów maszynowych do uciekających. Poszli opłotkami. – Wie pani, jak to się ciężko szło? – mówi dziś syn.

Historia doktora Henryka

Henryk leżał w kapuście i się nie ruszał. – Wydawało mi się, tak teraz myślę, że widzę bombardowanie, lecą bomby, wybuch na Krakowskim.
Przed wojną z Bychawskiej, gdzie mieszkał, uciekł z rodzicami do znajomych na Dolną Panny Marii. Niedaleko łąk i ogrodów warzywnych, z których patrzył na ulicę Bernardyńską z zabudowaniami szkoły Vettera, gdzie osadzono jego stryja. Wybuchy, o których mówi, to prawie na pewno bombardowanie z 9 września 1939.

Historia pana Władysława – ciąg dalszy

Kwiatkowscy wędrowali jakiś tydzień. Wreszcie matka nie wytrzymała: „Wiesz co, Olek?! – rzuciła. – Ani zjeść, ani się umyć, to żadne życie. Mnie jest wszystko jedno, wracamy do domu”.

Historia Henia – ciąg dalszy

Szmuel pojechał do Lwowa po papiery zezwalające na wyjazd. Wrócił po kilku miesiącach, z niczym. Sklep jego żony w lutym 1940 został zarekwirowany: „Wraz z towarami i urządzeniami” – żaliła się Sara teściowi. Teść, Froim Żytomirski też miał sklep. Musiała bywać tam Estera, przyjaciółka ich wnuka, która zabrała do Palestyny wspomnienie oczu dziadka Henia, jasnych i kochających, którymi spoglądał zza lady sklepu papierniczego przy Nowej 17. Dziadkowie Henia mieszkali przy Lubartowskiej 22. Nieruchomość miała dwupiętrowy front i dwie oficyny: dwupiętrową i parterową.

Historia doktora Henryka – ciąg dalszy

Na podwórku przy Bychawskiej 5 stała ubikacja, wspólna dla wszystkich lokatorów. Suterenę zajmowała handlarka. Gospodarze mieszkali wyżej i rzadko rozmawiali z lokatorami. W kamienicy mieszkał jeszcze dla przykładu reżyser teatru kukiełkowego, z którego córką, kiedy Henryk podrósł, bawił się w chowanego. Przyznaje po latach, że to jego pierwsza miłość. Żonę wypatrzył jednak dopiero na zajęciach z anatomii patologicznej, gdzie w auli zamiast patrzeć na sekcję zwłok, wodził wzrokiem po półkolu studentów i razem z kolegą wybierał co ładniejsze dziewczyny. Wypatrzył Marię, a kiedy bliżej się poznali, musiał opowiedzieć jej o domu rodzinnym: – Ja w 1940 roku miałem cztery lata, więc moje wspomnienie i moje widzenie tamtejszych czasów jest obrazowe, jakiś czarno-biały obraz, więc ja niewiele mogę pamiętać. Kiedy mój ojciec został maszynistą, został skierowany do Lublina i w trzydziestym siódmym myśmy przyjechali tutaj, i zamieszkaliśmy na Bychawskiej 5, po sąsiedzku była bożnica. No, pamiętam z tej bożnicy, w piątek wychodzili Żydzi. Pamiętam byli brodaci, pejsaci, byli w chałatach, a okoliczne dzieci zbierały na Nowej Drodze, bo kiedyś ta ulica Świerczewskiego, później Piłsudskiego to była „Nowa Droga” – wyjaśniał małżonce, dla której nazwa ulicy mogła jeszcze nic nie mówić, bo do Lublina przyjechała dopiero po wojnie. Słuchała więc, jak mówił mąż: – To była Nowa Droga i tam był oset, i te owoce ostu wrzucały tym Żydom w brodę, tak pamiętam Żyda z tamtego czasu, właściwie z później nie mam wspomnień – mówi Henryk, który urodził się w Chełmie. Miał rok, kiedy przez pracę ojca przeprowadzili się do Lublina. Zamieszkali w pobliżu dworca kolejowego. W domu pachniało rosołem. Zajmowali pokój z kuchnią na drugim piętrze. Okna wychodziły na podwórko, gdzie bawiły się dzieci, nieraz głośno (jak to dzieci!), co złościło Annę „od gospodarzy”.

Historia Henia – ciąg dalszy

Henio musiał być żywym dzieckiem. „Ooo, znowu tu cicho” – mawiał dziadek Froim, po wyjściu z ich domu wnuka.
Kuzynka Neta Żytomirska pisze o Heniu: „Był pełen energii i błyskotliwy”.
Pewnie po ojcu. Samuel przed wojną pracował jako nauczyciel w kilku szkołach. Wykładał historię i literaturę. Henio skończył przedszkole i miał iść do szkoły od września 1939. Możliwe, że w Bychawie. Jego ojciec zakładał tam Szkołę Powszechną „Tarbut”. Być może również był jej dyrektorem. Henio równie dobrze mógł zostać uczniem szkoły przy Zamojskiej 21 w Lublinie, gdzie uczył jego ojciec.
11 grudnia 1939 Niemcy zamknęli wszystkie szkoły żydowskie. Była wojna. Dziadek Froim napisał 20 grudnia 1939 na kartce pocztowej: „[...] Jesteśmy dzięki Bogu zdrowi [...]”. Kartkę wysłał na amerykański adres ich kuzynki Leny Hechtman (Mamzy).
Na kolejnej kartce pocztowej Froim zapewniał syna Leona będącego w Palestynie: „[...] Cała nasza rodzina Szmulka, Soni i Warszawska – zdrowi”.
Pisał pięć dni po ogłoszeniu godziny milicyjnej dla ludności żydowskiej pomiędzy dziewiętnastą a piątą rano w marcu 1940 roku. Podkreślił: „Staraj się o certyfikaty dla całej naszej rodziny [...]”.
Dwa dni później Samuel został zatrudniony jako pracownik biurowy w Wydziale Emigracyjnym Judenratu. Zapewne nie przejął się mocno, kiedy następnego dnia usłyszał o reglamentacji artykułów spożywczych na osobę. Miał certyfikat zezwalający na wyjazd i zaczął starania, aby go wykorzystać. Żona Sara też była pewna wyjazdu: „Staraj się o certyfikaty dla rodziców i sióstr” – napisała na kartce do Leona. Teraz jeszcze musiała stworzyć jadłospis z artykułów spożywczych na osobę, które przydzielono: 350 gramów chleba dziennie oraz dwóch kilogramów mąki, kilograma soli, 300 gramów cukru i dwóch pudełek zapałek miesięcznie. Żydom nie przysługiwał cukier.

Historia pana Władysława – ciąg dalszy

– Wie pani, to, co było na kartki przydzielane, to mizerota – wspomina Kwiatkowski. – Ten okres początku okupacji ciężki był, trudno było z tą żywnością. Mieszkańcy się ratowali, żeby jakąś żywność zdobyć. Gdzie są Abramowice, to pani wie? Tam był taki właściciel ziemski...
Płacił kobiałką ziemniaków za pomoc przy wykopkach. Przy ziemniakach robiła jego matka. Chodziła z synem. Kiedyś powiedział na polu: „Jak mama wykupiła wędlinę, to nigdy nam nie dała”. Przechwalał się (jak to dziecko!) smakiem „schabowych”: – To taka gruba była wędlina, jak to się nazywało? Jak sobie przypomnę, to pani powiem, w każdym razie mama nam nie dała, bo cięła na plastry, w jajku i bułce obtaczała i mieliśmy kotlety na obiad. – Uśmiechnął się. Musiał być głodny. Rozwodził się dalej: – Rodzice mówili, że chleb, który przydzielali nam na kartki, to z mąki łączonej, mąka żytnia, nieraz pszenna z mąką ze zmielonych żołędzi, taka mieszanka była, i z tego był pieczony chleb, pani sobie nawet nie wyobraża, jaki on był pyszny! – powtarzał i głaskał się po brzuchu. Któregoś razu na polu usłyszała go znajoma matki i powiedziała do pani Kwiatkowskiej: „Słuchaj, nieraz byś przyszła” – zapraszała i zaoferowała chleb z pieca.
Kwiatkowska najpierw jeździła sama, potem jej syn – rowerem.

Historia Henia – ciąg dalszy

Samuel był pewny, że wyjadą najpóźniej za trzy miesiące. Pisał o tym 6 maja 1940 w liście do brata, i dodał: „[...] Rodzice i rodzeństwo również chcą jechać. Czy nie można dla nich coś uczynić? [...]”. List wysłał za pośrednictwem mieszkającego w Wilnie Meira Hochberga (brata narzeczonej Leona).
Froim dopisał: „[...] Ja, Mama, Sonia, Estera, Rachela, Sara, Józef, Heniuś, Abramek i warszawska rodzina jesteśmy zdrowi i z wiarą [...]”.
Niespełna pół roku później Samuel dalej był w Lublinie i narzekał na warunki bytowe. Napisał do Judenratu wiadomość z prośbą o przyznanie mu stałego uposażenia miesięcznego: „[...] znajduję się obecnie w bardzo rozpaczliwej sytuacji materialnej”.
Pisał Froim w styczniu 1941 roku do Leona: „[...] Szmulek pracuje na swojej posadzie bezpłatnie, Sara zajmuje się gospodarstwem, a Heniuś bardzo udany chłopiec i uczy się b. chętnie”.
Kiedy w marcu 1941 prosił o paczkę żywnością kuzynkę z USA, nie mógł wiedzieć, że niespełna tydzień później miał wejść zakaz wysyłania listów za granicę bez odpowiedniej zgody. Nie wiedział też, że wraz z utworzeniem 24 marca 1941 getta w Lublinie Żydzi zostaną zmuszeni zostawić swoje mieszkania i przenieść się do getta.
Podobnie było w drugą stronę, w granicach getta mieszkali Polacy i też musieli się wynieść. Przy Szewskiej 3 do mieszkania Żytomirskich wprowadziła się rodzina Józefy Paciorkowej. Zostawili mieszkanie przy Kowalskiej 11. Pani Józefa zapamiętała mieszkania pożydowskie, które przejmowały grozą: opuszczone w pośpiechu, rozpoczęte gotowanie skromnego obiadu, gdzie indziej szklanka niedopitej herbaty lub łóżka niepościelone.
Żytomirski zamieszkali przy Kowalskiej 11. Froim przestał wysyłać listy. 10 listopada zmarł na tyfus. Miał 68 lat. Przed śmiercią powiedział, żeby pochowano go przy bramie cmentarnej, aby jako pierwszy mógł zobaczyć wyzwolenie Lublina, na które przyszłoby mu czekać jeszcze trzy lata.

Historia pana Władysława – ciąg dalszy

– Taka scena [z 1944 roku]: od strony Zamościa wjeżdżały czołgi i myśmy na tym skrzyżowaniu stali, wychodzi ruski, wyciąga taką torbę papierową pełną cukierków, po drodze chyba trafili na fabrykę cukierków, i dzieciakom garściami rzuca te cukierki, a dziewczynkom w tak zwany „podołek”, sukienkę nastawiały i w te sukienki im narzucał, one cukierki przytulały do siebie. No proszę panią, natomiast tutaj, „Nowa Droga”, bo tak żeśmy nazywali, to proszę panią, ile było sprzętu narozwalanego? Otóż Niemcy próbowali strzelać do tych czołgów, ale ruscy odpowiedzieli ogniem, i te samochody, i ten sprzęt wojskowy rozwalony leżał na prawo, tu na tym placu, i ile koni nabitych, bo Niemcy uciekali, czy mieli dorożki, furmanki, wszystko ładowali i uciekali w kierunku Warszawy, a ruscy ich młócili, tak że, proszę panią, to była masakra, później tego uprzątnąć nie można było. Długi czas ta droga z prawej i lewej strony ulicy zawalona była sprzętem, tam chodzili ludzie, wybierali co lepsze rzeczy, później zorganizowali ekipę, która zaczęła porządkować Lublin.

Historia doktora Henryka – ciąg dalszy

– Zamek był ogrodzony wielkimi drutami – dodaje Maria Twaróg, studentka, którą pan Henryk jako student Kitliński wypatrzył na zajęciach z anatomii. – Do Bramy Grodzkiej się nie wchodziło, była zagrodzona i to był przejazd dla więzienia, to było straszne więzienie na Zamku. Widziałam budynek, kraty w oknach, ciągle jeździły samochody. – Wraca pamięcią do szkolnych lat, kiedy po wojnie mieszkała w internacie na Starym Mieście z oknami na korytarzu wychodzącymi na Zamek: – Zamek było widać i pole, tam były pola zwyczajne. Ostatnim budynkiem była ta kamienica, gdzie był zakon Kanoniczek, i szkoła, to wszystko było widać z góry, no to tam, a tam nie. – Pokazuje na Błonia. – Nic nie było, żadnego domu, zupełnie – mówi o terenie historycznej dzielnicy żydowskiej na Podzamczu, która od 1941 znalazła się w granicach getta.
– Miałem sześć lat, jak zaczęły się represje w stosunku do Żydów, więc gdzieś taki mam obraz czarno-biały, że matka mnie wzięła do getta – wspomina Kitliński. Widzi, że wchodzi z matką przez Bramę Krakowską. Mieszkanie jest ciemne. – Tak jak ja to dzisiaj widzę, brudne – wyjaśnia. Matka kupuje tam prymus, kuchenkę spirytusową: – To taka maszynka naftowo-spirytusowa, którą się rozgrzewa. I na tym się gotuje, trudno to wytłumaczyć – mówi. – Rozgrzewało się palnik spirytusem, naftę się pompowało i to był palnik, i stąd pamiętam to getto, i właściwie więcej nic.

Historia Henia – ciąg dalszy

W nocy z 16 na 17 marca 1942 roku obudziło ich światło. Pierwszy wyjrzał Samuel (zapewne) i zobaczył, że chwilę po północy zapaliły się lampy w dzielnicy żydowskiej. Potem było pukanie do bram. I rozkaz, że trzeba się pakować. Tamtej nocy rozpoczęła się „Akcja Reinhardt”, w ramach której przystąpiono do likwidacji lubelskiego
getta. Nad ranem 17 marca pierwszy transport Żydów z lubelskiego Umschlagplatzu został wysłany do obozu zagłady w Bełżcu. Dziennie w zaplombowanych wagonach wywożono około 1400 osób, w jednym z transportów najprawdopodobniej babcię Henia i siostry Samuela. Nazwisko Samuela Żytomirskiego napisane odręcznie znalazło się na liście posiadaczy J-Ausweisów i przebywał on na terenie drugiego getta w Lublinie. Szmuel został urzędnikiem pocztowym w getcie. 27 maja 1942 roku napisał do brata: „[...] Ja z Heniusiem jesteśmy razem [...]”.
Dalej mogło być tak: Henio wraz z grupą trzech tysięcy osób 9 listopada 1942 roku został przetransportowany na Majdanek.
Jest kilka wersji następnych zdarzeń. Poszedł od razu do komory gazowej? Mogło być inaczej: wcześniej zaprzyjaźnił się z dziećmi na Majdanku, może z Haliną Grynsztejn. Halina przyjechała w transporcie z warszawskiego getta, a kiedyś mogła mu powiedzieć o pierwszych chwilach w obozie: – Taka byłam szczęśliwa, że mama miała rację, że jednak weszliśmy do łaźni, nie do komory gazowej i tak chciałam mamę objąć, pocałować, wyrazić jej swe uznanie, że jest taka mądra, że zawsze wszystko wie, co mówi... Ale mamy nie było. Mama nie weszła, oglądałam się coraz bardziej zaniepokojona, coraz bardziej przerażona, patrzyłam co chwila na drzwi. Myślałam, może za chwilę, że może zaraz wejdzie, ale nie wchodziła, nie było jej. Bałam się zapytać nawet. Bałam się myśleć. [...] wreszcie doszłam do bratowej i spytałam: „Gdzie jest mama?” Opuściła głowę i powiedziała cicho: „Nie ma mamy”...
Była tam też Janina Buczek. Rok starsza od Henia, deportowana na Majdanek w ramach akcji pacyfikacyjno-wysiedleńczej. Któregoś popołudnia opowiedziała mu (to możliwe): – Ojca z nami nie było. Była mama z dziećmi, z nami. Kiedyś zobaczyliśmy ojca, z drugiego pola, podszedł niedaleko drutów. Mama go pierwsza zobaczyła, pokazała go nam. Zaczęła machać, wołać... On nas nie poznał! Jak strasznie musieliśmy wyglądać? Nie poznał nas! Dopiero mama podniosła w górę Maniusia, mojego brata, i po nim, po dziecku, poznał, że to my jesteśmy.

Historia pana Władysława – ciąg dalszy

– Wie pani, z Żelaznej na Długą jechałem i zaraz po lewej stronie obóz na Majdanku – powiedział do gospodyni, kiedy przyjechał za pierwszym razem. W mieszkaniu pachniało chlebem. Na stole – mleko, słonina i masło zawinięte w liść chrzanowy. Szykowała to wszystko dla chłopca gospodyni, za każdym razem kiedy przyjeżdżał. Jeździł drogą na Głusk, regularnie, raz na tydzień, raz na dwa, czasem rzadziej. Kiedyś zaczynał od pytania: „Co u pani?” „Jak zdrowie?” Albo: „Czy wszyscy zdrowi?”
Ona pytała o jego matkę: „Czy wszystko w rodzinie w najlepszym porządku?”.
Potem zaczął pytać o wojnę i mówić, też o wojnie: – Proszę panią, to jest całkiem znowuż inna historia – zaczął. – Rzecz zaczęła się już za czasów okupacji. To byli starsi koledzy, którzy byli w AK, ale ja się wśród nich obracałem. No, jeden z nich to Jasio Busiewicz, i ja się do niego przyczepiłem, bo mnie ciekawiło radio. I powiada, żebym ja mu pomógł montować te „bebisy”. Jeden jedyny sklep ze sprzętem radiowym, proszę pani, był na Krakowskim, na rogu Placu Litewskiego i Krakowskiego Przedmieścia – dodał. Kupował tam lampy. Aż Niemcy sklep zamknęli. Więcej: okupanci wydali nakaz oddania prywatnych radioodbiorników do depozytu. – Ale wielu ludzi nie oddało i, proszę panią, z tych odbiorników można wyjmować lampy i na bazie tego starego sprzętu można montować te „bebisy” – dodał, nie wiedział wówczas, że swoją przyszłość zwiąże z branżą telekomunikacyjną i radiową. Mówi mi dziś: – Rzecz zaczęła się za czasów okupacji, kiedy prowadziliśmy nasłuchy angielskiej stacji BBC i wtedy ta stacja drogą opisową podała schemat, jak można montować radyjo do odbioru tejże stacji, i takie radyjka montowaliśmy dla znajomych.
9 czerwca 1942 roku w programie radiowym BBC generał Sikorski powiedział o eksterminacji Żydów. Cztery miesiące później, 9 listopada 1942 miała miejsce ostateczna likwidacja getta na Majdanie Tatarskim. Około 3000 osób zostało przetransportowanych do obozu na Majdanku. Kobiety, starcy oraz dzieci poszły prosto do komory gazowej.

Historia Henia – ciąg dalszy

Prawdopodobnie Henio nie zdążył zaprzyjaźnić się z dziećmi na Majdanku. I trafił prosto po przybyciu do komory gazowej. Na pewno: po 27 maja 1942 roku Samuel ani słowem nie napisał o synu. Henio musiał już nie żyć. Gdyba pani Neta: – W liście z 19 marca 1943 roku Szmuel Żytomirski pisał już tylko o sobie. To oznacza, że w tym czasie jego jedyny syn Henio już nie żył. Jak to się stało? Nie wiem.

Historia pana Władysława – ciąg dalszy

– Wie pani, jechałem i zaraz po lewej stronie obóz na Majdanku, dochodził do samej jezdni – opowiada dziś pan Władysław. – Obóz był dosłownie piętnaście metrów od drogi, już były ogrodzenia, druty obozu, no proszę panią, proszę sobie wyobrazić, że póki na wieżyczkach, tych strażniczych byli Niemcy, było w porządku, można było jechać wzdłuż, ale później jak trzeba było otworzyć dodatkowy front na zachodzie, to czynnych Niemców, wie pani, wysyłali na front, żeby walczyli, natomiast obsadzali te wieżyczki i mieli pilnować tych więźniów „Kałmyki”, tak żeśmy ich nazywali, a to byli Ukraińcy, Łotysze, Litwini, takie jednostki pomocnicze, Niemcy ich werbowali i, wie pani, oni tu pełnili służby.
Zdziwił się kiedyś przed gospodynią: – Jak oni się posługiwali procą?! – powiedział. Gospodyni zawijała masło w liść chrzanowy, a on dalej: – Otóż ja pierwszy raz ich widziałem z procą, nie wiem, czy pani wie, na terenie kopalni kamienia – wyjaśnił, a po latach mi mówi: – Obóz na Majdanku powstał później. Ale jeńców i Żydów pierwszych przywozili tutaj, na teren dawnego lotniska Plage-Laśkiewicza, tutaj przetrzymywali tych więźniów, dopiero tymi więźniami budowano obóz na Majdanku, całe grupy tam chodziły i budowały te baraki, więc proszę panią, potrzeba było kamienia, więc tutaj, na Łęczyńskiej była kopalnia tego kamienia.
Przed gospodynią nie miał już tajemnic: – I proszę panią, pilnowali tych więźniów te „Kałmyki”. Ponieważ myśmy tam z ciotecznym bratem podrzucali nieraz chleb, trochę kartofli, to podchodziliśmy tam. Jak kopalnia w dole, to oni siedzieli na górce i jak zobaczył, że któryś Żyd źle pracuje albo odpoczywa, to wyciągał tę procę, a ta proca to była o tak, taki długi sznurek albo rzemyczek skórzany...
Kiedy miotali z niej kamieniami, młody Kwiatkowski patrzył uważnie i widział, jak strażnicy trzymają końce sznurka w jednej ręce i kręcą nim coraz mocniej. Gdy sznurek nabierał odpowiedniej prędkości, strażnik wypuszczał z ręki jeden koniec, uwalniają kamień, który wypadał ze sznurka. Pamiętał każdy szczegół, dlatego przed gospodynią starał się nic nie pominąć: – I z odległości dwudziestu-trzydziestu metrów on cholera trafiał w głowę tego tam na dole, pierwszy raz widziałem w życiu taką procę. I jak walnął w głowę, przewracał się facet, no i proszę panią, tych „Kałmyków” posadzili na tych wieżyczkach strażniczych, im się cholernie nudziło...
Przeraził się, kiedy zobaczył, jak strażnicy z wieży mierzyli w kierunku furmanek przejeżdżających ulicą przy obozie. Kiedyś padł strzał, tuż przed nim, aż się zadymiło. Gdy się obrócił, zobaczył, jak strażnik celował w jego stroną. – No to przyśpieszyłem – opowiadał. – No i przejechałem tą drogą – skończył. I wtedy wpadł w ryk. – Wie pani, torbę na pasku mama mi uszyła – szlochał dalej, gdy wrzucał ćwiartkę chleba do torby. – A chleb, wie pani – patrzy na mnie kilkadziesiąt lat później – oni piekli tej średnicy. – Pokazuje mi. – O taki duży, ćwiartka spora była.
Tamtego dnia nie wracał obok obozu: „Jak będę wracał i ten z wieżyczki zobaczy, że mam coś na ramieniu, to zacznie strzelać”, przeszło mu przez myśl. Skręcił rowerem przy parku i wjechał na ulicę Bychawską.

Historia doktora Henryka – ciąg dalszy

Ulica Bychawska stała głównie czynszowymi kamienicami. Mieszkały tu głównie rodziny robotnicze. Józef Kitliński, kiedy się tu wprowadzał, przedstawił się wszystkim sąsiadom jako maszynista z papierem ukończonego kursu maszynistów kolejowych w Radomiu. Za okupacji, pana Józefa praca ściągnęła do Chełma. Jego syn zabrał tam wspomnienia z dzieciństwa w Lublinie, jak chwile spędzone z ich lokatorką, za czasów wojny. Po latach nawet imienia jej sobie nie przypomina, mówi tylko, że pamięta „sceny łóżkowe”, jak leżał obok, a ona mu czytała. – Być może dzięki niej zapałałem miłością do książek – wspomina, kiedy rozmawiamy w niewielkim pokoju wypełnionym książkami. – Czytała mi Ogniem i mieczem – dodaje. Została przy Bychawskiej, kiedy Kitlińscy wyjeżdżali do Chełma. Wprowadzili się do domu kolejowego dziadka. Dziadek też pracował na kolei. Dom dziadka stał przy torach linii kolejowej Lublin-Chełm. Po drugiej stronie była parowozownia, a w dali obóz niemiecki dla jeńców rosyjskich. Pokój z kuchnią dziadka musiał zmieścić całą rodzinę z Lublina.

Historia Samuela – ciąg dalszy bez Henia

„Nie piszę nic o położeniu obecnem naszem, bo z pewnością i tak o tem wiecie” – poinformował Agencję Żydowską w Istambule w liście z 19 marca 1943 roku.
Mieszkał przy ulicy Drobnej 7. Ulica Drobna mieściła się na terenie obozu Sportplatz na Wieniawie. Prawdopodobnie był jednym z żydowskich więźniów, którzy budowali stadion sportowy SS. Agencja Żydowska w Istambule przesyłała paczki do Europy oraz organizowała pomoc dla Żydów w opuszczeniu krajów będących pod okupacją. Samuel w liście (list podpisał imieniem „Mieczysław”) podziękował za otrzymaną dwa dni wcześniej paczkę żywnościową.

Historia doktora Henryka – ciąg dalszy

Dziadek hodował w komórce króliki. – Które żeśmy wtedy jedli. – Henryk Kitliński wraca pamięcią na podwórko w Chełmie. Widzi gęś, która chodziła krok w krok za jego matką. Gęś, jak gęś, dużo gęgała, a jeszcze mocniej na widok pani Kitlińskiej, której na podwórku na krok nie odstępowała. Musiały się polubić, bo gęś za każdym razem odprowadzała i wybiegała naprzeciw pani Kitlińskiej, kiedy ta wracała. Raz gęś nie wyszła pani naprzeciw. Kitlińska wpadła w panikę i wybiegała na tory za gęsią. Usłyszała: „Pani Kitlińska, gęś ukradł Ślązak”.
Na widok gęsich piór, które wiatr unosił nad parkingiem pociągów, gdzie przyjeżdżają niemieckie Bauzugi, i pociągi z rannymi żołnierzami, niemal się popłakała. Uspokoić chciał ją komendant pociągu: „Chwilę” – powiedział. Potem przyszedł Niemiec. Zapewniał: „My oddamy”.
Gęś trzymał na tacy i powtarzał za przedmówcą: „Nie Niemiec, tylko Ślązak”. Potem wskazał palcem winnego i zaprowadził go pod okno domu kolejowego, żeby z okna pani Kitlińska zobaczyła, jak ukarany „Ślązak” za karę przystępował do wykonania ćwiczeń musztry.

Historia pana Władysława – ciąg dalszy

– Cholera, policja niemiecka! – Kwiatkowski na Bychawskiej niemal zleciał z roweru. Za rogiem gestapo robiło kipisz. Pyrali jakąś furmankę, i kobiecą chustę. „Halt!”, krzyknął Niemiec na Kwiatkowskiego. Złapał za kierownicę roweru i szarpnął na tyle mocno, że Kwiatkowski spadł z roweru. Wtedy chłopak zobaczył buty niemieckie: ciężkie, okute, skórzane, a obok nich torbę (myślał o matce, która ją uszyła). Zauważył, że pasek się urwał i mleko się lało, i kiedy uprzejmą prośbą chciał torbę odzyskać, dostał kopniaka. – I tutaj ta blizna, jak pani widzi. – Pokazuje mi. – Uderzyłem o coś metalowego, to mi się rozcięło – wspomina. Krew tamował dłonią. „Raus!”, przerwał mu Niemiec i kazał zniknąć mu z jego oczu. Kwiatkowski chciał zniknąć, ale nie mógł się ruszyć. Dopiero po drugim „Raus!” Niemca cudem zerwał się na nogi. – Powoli,
idę na tą Bychawską – opowiada.

Historia doktora Henryka – ciąg dalszy

Do mieszkania przy Bychawskiej 5 pani Kitlińska zaglądała raz w tygodniu, nieraz dwa. Przyjeżdżała z Chełma, kłaniała się „Janowej”, przekupce, u której jej syn zarobił pierwsze pieniądze. Janowa sprzedawała słoiki na targu, a młody Kitliński pomagał jej w rozładunku towaru. Za zarobione grosze chodził do kina Wenus. – To była jakaś kulturalna część życia tam i był teatr kukiełkowy – wspomina po latach mieszkańców Bychawskiej 5.

Historia pana Władysława – ciąg dalszy

– Idą tą Bychawską dalej, no i tak dowlokłem się do Pawiej – wspomina pan Władysław. – Wszedłem do rzeki, bo tam płynie Czerniejówka, obmyłem się z krwi, kawałek poszedłem Wspólną, na Żelazną. Matka struchlała: „Co się stało?", spytała. Zrobiła mu okład z rumianku. – Co najmniej z tydzień nie mogłem chodzić, tak mnie bolało, no ale tutaj mama mi coś przyłożyła, podwiązała tak dookoła, taką wstążeczkę i to się zabliźniło, i tak do tej pory zostało – mówi. – Tak wspominam ten czas okupacji.
W 1943 miał trzynaście lat i słyszał o rozstrzeliwaniach na Majdanku. – A wie pani, co było najbardziej perfidne? – Patrzy na mnie. – Że tam były głośniki, gdzie wzywali na apel, to w czasie, kiedy to rozstrzeliwanie było, to puszczali muzykę, więc te głośniki ryczały niesamowicie, i na tle tej muzyki słychać było serie z karabinów maszynowych. Bo to, co było w komorach, to o tym nikt nie wiedział, to później myśmy się dowiedzieli – dodaje.
Na Żelazną smród z Majdanka przynosił wiatr z południa. Piece krematoryjne nie przerabiały. – Więc były pobudowane takie boksy, na wierzch były ułożone szyny na tych boksach, na to układano ciała zabitych i pod spodem palono, i to się paliło – opowiada pan Henryk swoim wnukom. – I ten smród się przedostawał, to naprawdę się wydawało, że to powietrze jest tłuste – dodaje, ale wnukom trudno pojąć opowieść: „Dziadziu, co ty opowiadasz? Jaka to jest odległość? Cztery kilometry?”, pytają zdziwione, co komentuje przede mną: – No co ja im będę tłumaczyć, ja to wszystko przeżyłem. No i proszę panią, nikt na to poradzić nie mógł. Dopiero kiedy powstały te nowe fronty na wschodzie i Niemcy dostali łupnia, no to w pewnym sensie ograniczyli to mordowanie na Majdanku, ale do pewnego momentu...

Historia Samuela – ciąg dalszy

„[...] obecnie nie jestem w stanie powiedzieć niczego o naszej rodzinie. Nie wiem, gdzie się teraz znajdują. Robię wszystko, co w mojej nocy, aby się o nich czegoś dowiedzieć”, napisał Samuel 6 stycznia 1944 roku do biura Agencji Żydowskiej w Istambule. „Przed 4 tygodniami zostali zapakowani i wysłani do obozu na Majdanku. Większość z nich już nie żyje, ale czy jeszcze ktoś gdzieś żyje?...”

Historia doktora Henryka – ciąg dalszy

– No za rzeką za Czerniejówką, za Bronowicami był Majdanek, czy ja coś z tego pamiętam, chyba niewiele, i chyba nie zdawałem sobie z tego sprawy – mówi pan Henryk. Wyzwolenie zastało go w Chełmie. Wspomina: – Było tam bardzo niebezpiecznie, ponieważ później, jak się zaczęły sowieckie naloty, strasznie bombardowali to miejsce, w końcu ten nasz dom, ten dom naszego dziadka wysadzono, i tę elektrownię i parowozownie, i te tory, ja pamiętam, że się bardzo bałem.
Rolety w oknach zamiast szyb, przy mocniejszym podmuchu wiatru fruwały na pół pokoju. Nie wytrzymali i przenieśli się w sandomierskie. Drugi raz doświadczyli wyzwolenia. Rosjanie skradli ojcu brzytwę, Henrykowi kredki. Być może były potrzebne do jakichś map sztabowych – gdybał w drodze do Lublina. Wisłę przekroczyli na promie, dalej jechali „okazją”. Kiedy zatrzymał się samochód z Rosjanami, uradowane miny Kitlińskich szybko zrzedły: przez brązową koszulę, którą nosił ojciec. Rosjanin wziął go za hitlerowca i kazał rozstrzelać. Matka chwyciła syna za rękę i wybiegała przed męża. Błagała, że on Polak, nie Niemiec. – I jakoś nam się udało tych ruskich ubłagać czy przekonać, że jesteśmy Polakami – dodaje pan Henryk.
„Trzeba iść torem nie szosą” – mąż Kitliński spojrzał na żonę. W Wilkołazie wsiedli w pociąg do Lublina, ale dalej, przez wysadzony most znów musieli iść pieszo, na Bychawską.
Drzwi otworzyła im Żydówka. Jak dobrze zapamięta Henryk, była koleżanką ze szkoły jego ojca, z Koprzywnicy, którą Kitlińscy zdecydowali się w czasie wojny ukryć. Henryk ma takie wspomnienie, że kiedy z Koprzywnicy chcieli się wydostać, wsiedli na prom, tak to pamięta, i mówi: – Dziadek nas odwiózł furmanką do Wisły. Wisłę żeśmy pokonywali promem. Prom, bo tam był prom, nie było mostu, i tam po drugiej stronie był Tarnobrzeg, z tego Tarnobrzega pociągiem do Rozwadowa, i z tego Rozwadowa do Lublina, i jakoś widzę ją [mówi o tej Żydówce] w pewnym momencie w pociągu, jedzie moja matka, ja i ta kobieta – wspomina osobę, która po wojnie stała w drzwiach ich mieszkania. Jeszcze lepiej pamięta, że nie chciała wpuścić Kitlińskich i że zostali bez mieszkania.
Powiedziała Żydówka: „Miałam ciężkie warunki”.
– Nie wiem, w czterdziestym drugim czy trzecim rodzice zamknęli ją w tym mieszkaniu i od czasu do czasu – wyjaśnia – nie wiem jak często, moja matka albo ojciec zawozili jej jedzenie, chyba wyrzucali jej te kupy, nie wiem, jakim sposobem, w każdym razie kamienica nie wiedziała o tym.
Jej łóżko stało w kuchni i ona tam była ukrywana. W mieszkaniu spędziła dwa, może trzy lata.

Historia Samuela

Samuel też się ukrywał. Potrzebował wsparcia finansowego. Napisał do biura Agencji Żydowskiej: „Możecie sobie wyobrazić, jak się czuję teraz, kiedy jestem sam w tym ciężkim położeniu. [...] W chwili obecnej moim największym celem jest to, aby to wszystko szczęśliwie przeżyć i dowiedzieć się czegoś o naszej nieszczęśliwej rodzinie [...]”. List ma datę 6 stycznia 1944 roku. Samuel napisał go na maszynie, w języku niemieckim i podpisał imieniem „Mieczysław”.
Samuel nic więcej nie napisał.

PS

– Niemcy, uciekając, starali się jeszcze w ostatniej chwili zatrzeć ślady – wspomina pan Kwiatkowski. – I sporo ludzi zostało zamordowanych, a na ostatek już nie wyrabiali w tych komorach, to, proszę panią, na takich słupkach ustawiali stare podwozia samochodów, bo kiedyś samochód ciężarowy miał taką ramę, i wykorzystywali te ramy ze starych samochodów, żeby układać na nich ciała i pod spodem palili. W ten sposób, w ostatnich miesiącach ucieczki Niemców, nasiliły się te egzekucje na Majdanku. No to prawie dzień i noc słychać byłą tą strzelaninę.
Żydówka przy Bychawskiej 5 miewała czarne myśli. Musiała opanować strach. Kiedy czuła zagrożenie z zewnątrz, chowała się w szafie, przedwojennej. Trzydrzwiowej, z lustrem po środku. I otwierała parasol. – Być może tam było na tyle miejsca?! – gdyba Henryk Kitliński. – I ona tam była ukryta, jakiś czas, i ja sobie wyobrażam, pamiętam tę „scenę łóżkową” z nią, jak mi czyta, zdaje mi się, że byliśmy też i razem.
Nocował z rodzicami w pokoju, oni na jednym łóżku, on naprzeciw. – Ale później mojego ojca szybko przeniesiono do Chełma i myśmy się przenieśli. Jak żeśmy przyjechali do Lublina, okazało się, że zajmuje nasze mieszkanie, tu zaczynają się kłopoty.
Żydówka nie chciała się wyprowadzić. Ojciec Kitliński nie wytrzymał. Musiał ją wyprosić, a potem jej wysłuchać, kiedy z półpiętra groziła mu najróżniejszymi przykrościami. Powiedział Kitliński pod nosem: „Przetrwała dzięki mojej żonie”.
Wreszcie zniknęła mu z oczu. – No i później więcej nas nie nachodziła, chyba zrozumiała, że powinna być wdzięczna moim rodzicom – opowiada pan Henryk, który po wojnie wrócił na Bychawską.
Na poczcie obok wiatr unosił druki pocztowe. – Znam tylko te okolice tutaj, właśnie Bychawskiej. Ponieważ mój ojciec był maszynistą, więc gdzieś tam z Ziem Zachodnich przywiózł mi rower. Była to sensacja wśród okolicznych dzieci, wszystkie okazały się moimi bliskimi kolegami, wszyscy chcieli ze mną jeździć, bardzo mnie lubili, i pamiętam, że właśnie ojciec uczył mnie jeździć na tym targu, po południu był pusty... Taki trochę większy niż dziecięcy i tam uczyłem się jeździć na rowerze.

Reportaż powstał przede wszystkim na podstawie wspomnień przeprowadzonych i zarejestrowanych przez autorkę pracy konkursowej w ramach Programu Historia Mówiona realizowanego w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie. Były to rozmowy z Marią Kitlińską i Henrykiem Kitlińskim z 7 sierpnia 2017 oraz Władysławem Kwiatkowskim z 3 lutego 2017.
Ponadto: Henio Żytomirski, http://teatrnn.pl [dostęp: 25.08.2017]; M. Grudzińska, Elementarz z Majdanka, „Zeszyty Szkolne” 2003 nr 4, s. 109.

Praca zdobyła III nagrodę w XVIII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Eugeniusza Paukszty „Małe ojczyzny – pogranicze kultur i regionów”.

Agnieszka Góra-Stępień