A twarz miał anioła

Bogumił Dobrowolski jak co niedzielę w południe stał na ambonie, głosząc kazanie do wiernych. Był proboszczem w parafii Anioły od niedawna, ale prostym obyciem i ludzkim podejściem do człowieka zdążył już sobie zjednać przychylność parafian. Za kołnierz nie wylewał, z pomocą duchową przychodził. Jajami i kurakami nie gardził. Żartował, śpiewał, nie tylko zresztą pobożnie, a i zakląć chyba umiał. Swojski ksiądz, mówili ludzie. A przy tym urodny był jak mało który. Wiejskie panny, oblewając się rumieńcem na jego widok, chichotały po kątach i wyobrażały sobie nie wiadomo co. Ale Bogumił stronił od bab. „Bóg, honor i... wystarczy” – zwykł mawiać w takich sytuacjach, żegnając się znakiem krzyża i całując swój sygnet. Co do ojczyzny Bogumił vel Gotlieb miał mieszane uczucia, tak jak mieszana była jego polsko-niemiecka krew.

„Jaki on piękny” – pomyślała Anastazja, obserwując spod kościelnych drzwi proporcjonalną sylwetkę księdza, malującego dłonią w powietrzu pobożne ruchy. Wiosenne światło słoneczne, przedzierające się zza chmur, raz po raz wpadało przez wypolerowane szyby, otaczając go aurą blasku niczym świętego. „Jak anioł” – wyszeptała zawstydzona. Kościół był pełen ludzi. Wielki Tydzień. To jedyny czas w roku, no może poza Wigilią, kiedy każdy porządny katolik we wsi czuł obowiązek pójścia na spotkanie z Najwyższym. Nie żeby normalnie nie chodzili, chodzili, ale bardziej z tradycji niż z głębokiej wiary. I ta właśnie tradycja nakazywała rokrocznie innej rodzinie zaszlachtować prosiaka. Na odkupienie grzechów, na ofiarę, na stół proboszcza. W tym roku Bogu ducha winny, młody świniak Grzelaka, wójtowego szwagra, w Wielki Czwartek pożegnał się z życiem.

– Uczniowie nie wykradli ciała Jezusa, jak to twierdzili wówczas przeciwnicy Zmartwychwstania. A niejedni twierdzą tak do dzisiaj. – Ksiądz zrobił przerwę, świdrując wzrokiem środkowe rzędy ławek.
Pierwszych rzędów wolał nie ruszać, a w ostatnich siedzieli najmniej znaczący mieszkańcy Aniołów.
– Religijni ignoranci! – grzmiał dalej z ambony. – Gdyby tak było, ludzie od początku wielką czcią otoczyliby Jego grób! Grób, gdzie spoczywał ich Mistrz i Nauczyciel. A tak się nie stało! Gdyby uczniowie wykradli ciało Jezusa i On by nie zmartwychwstał, żaden z Jego uczniów nie byłby na tyle głupi, aby ginąć za głoszenie nauki, która się nie sprawdziła. Jezus zmartwychwstał, czy się komuś to podoba, czy nie – zakończył podniesionym głosem.
„Jaki mądry” – zachwyciła się w myślach Anastazja.
– I jeszcze jedno, zanim rozejdziecie się do domów. – Tu ksiądz wyraźnie już spuścił z tonu. – Dlaczego Jezus, po zmartwychwstaniu, najpierw ukazał się kobietom? Ano dlatego, że chciał, by wieść rozeszła się jak najszybciej. – Uśmiechnął się, zadowolony ze swojego dowcipu. – Moje kwiatuszki, idźcie i głoście dobrą nowinę!
Anastazja doprawiła gotujący się rosół. Ksiądz Bogumił lubił gorącą zupę z wielkimi tłustymi okami. To dobry podkład pod wieczorną wódeczkę po całym tygodniu posługi. Tym razem to jedna z kaczek starej Maciaszczykowej dostąpiła zaszczytu przerobienia jej na niedzielny obiad. Gosposią na plebanii była Anastazja. Pracowała od dwóch lat, zaczęła jeszcze za starego księdza, steranego życiem, ale poczciwego Macieja. Stary przyjął Anastazję na służbę kilka lat po wojnie, choć na tych terenach wojna nie zakończyła się w dniu ogłoszenia niemieckiej kapitulacji. Tu ludzie mieli swoją państwowo-prywatną wojnę, swoje wiedzieli i swojego dochodzili. To jednak tu właśnie

Anastazja znalazła dach nad głową, pracę, dobre słowo i odrobinę współczucia. „Tu muszą żyć dobrzy ludzie” – pomyślała, stojąc przed drogowskazem „Anioły 9 km”. Właściwie chyba nigdzie nie mogło być gorzej niż we własnym domu, na zapadłej rosyjskiej wsi, wtłoczonej między lasy i mokradła. „Zapomnianej przez Boga” – mówiła jej matka. Na początku wojny, gdy Nastka miała 8 lat, bandyci ograbili jej wieś, zabrali cały inwentarz, chałupę puścili z dymem, ojca i braci powiesili. Zamieszkała z matką w stodole, jadła raz na kilka dni. Matka nie trzeźwiała. Wódkę dostawała, sprzedając swoje ciało i ciało kilkuletniej córki. Dziewczynka nie miała dokąd pójść, nie znała innych krewnych. Nie miała też odwagi na ucieczkę w nieznane i nie chciała zostawić matki samej. Waląca się stodoła, jedna sukienka, wychudzony pies... I wiara, ogromna wiara, bez żadnych zresztą podstaw, że kiedyś to się skończy.
Zanim się skończyło, były jeszcze choroby, potworny głód i zbiorowy gwałt żołnierzy wyzwalających wieś. Matka wyzwolenia nie doczekała, zabiła ją wódka.

– Smacznego, księże proboszczu – powiedziała w zamyśleniu Anastazja, kładąc na stół talerz parującego wywaru.
– Bóg zapłać – usłyszała.
„Vergelt’s Gott” – pomyślał w duchu Gotlieb.

– Włodzimierz! Włodzimierz!! Nigdy go nie ma, jak jest potrzebny – niezadowolony ksiądz mruknął do siebie.
– Jestem Wasza Wielebność, ogród sprzątałem. – Ukłonił się, choć nie przesadnie, garbaty mężczyzna w średnim wieku, a pod nosem rzekł: – Władimir. Tak trudno zapamiętać?
Raczej małomówny, stroniący od ludzi, nie wzbudzał sympatii, bardziej litość. Krępy, brzydki, z odrażającą szramą na policzku.
Ksiądz, przywykły już do wydawania mu poleceń, powiedział oschle:
– Idę do kościoła. Wódkę schłodzić, mięso z komory wyciągnąć, drzewo do kozy przygotować. Przyjdą dziś wójt, Grzelak i Józef Maciaszczyk. A Anastazja niech się uwinie z kolacją, nie wypada, by goście czekali.
– Wójt, Grzelak i stary Maciaszczyk? Przecież to grozi trzecią wojną światową! – nie pohamował się Władimir.
– O radę cię nie pytam, mówię, co masz robić – odparł ksiądz i łagodniej już dodał: – Plan mam. Zmartwychwstanie było, jest okazja, by ich pogodzić.
– Proszę księdza… prośba taka... Jak już ze wszystkim się obrobię, pojechałbym na kilka dni do siebie? Święta są… – bardziej zapytał, niż poprosił Władimir.
– A skąd ty właściwie jesteś, Włodzimierzu? – zagadnął proboszcz.
– Urodziłem się i wychowałem we wsi Miłosna. Kilkadziesiąt kilometrów stąd – odparł.
Chciał coś jeszcze dodać, ale ksiądz, odwracając się na pięcie, rzekł w powietrze:
– Dobra, dobra, jedź.
„Trzecia wojna światowa?” Głupek! Trzeba wiedzieć, jak się układać – ksiądz zaśmiał się do siebie.
– Anastazjo, mówiłem ci, że chcę pojechać do siostry. Chciałbym zdążyć dziś przed nocą – powiedział Władimir, wchodząc do kuchni.
Położył na stole mięsiwa i kiełbasy z czwartkowego świniobicia. Dziewczyna myła naczynia po niedzielnym obiedzie, spojrzała na stół pytającym wzrokiem.
– Goście będą na kolacji. Podobno... sami ważni. Zrób, co tam umiesz najlepiej, podaj im, o nic nie pytaj. I... I zarygluj drzwi do swojej komórki.
Zawahał się chwilę. Spojrzał na Anastazję. Drobnej budowy, ze śladami dawnych odmrożeń na rękach, włosy splecione w warkocz. Już nie dziewczyna, a jeszcze nie kobieta. Taka jakaś nijaka. „Tylko te oczy, ogromne i ufne. Jak łania” – zaskoczył siebie tym odkryciem Władimir. Rzekł do Anastazji:
– Jechać już muszę. Zarygluj.

– Jakie frykasy – zachwycał się wójt. – Ależ z ciebie kuchareczka!
– Wielebny ksiądz to musi mieć z tobą dobrze – wycedził przez zęby Grzelak, a w jego głosie słychać było trudno skrywaną dwuznaczność.
Ręka zawisła mu w powietrzu, tuż nad pośladkiem odwróconej Anastazji. Syknął z bólu. Żelazny uścisk wójtowej dłoni i ledwie słyszalny świst: „Idiota” powstrzymały Grzelaka od dalszych sprośności. Ksiądz nie spostrzegł niczego. A może nie chciał.
– Anastazjo, gotujesz wybornie – zwrócił się wójt do dziewczyny, a do księdza zagadnął: – Chyba się należy jakaś premia, za takie delicje?
– Może być. No to na drugą nóżkę! – odparł wesoło proboszcz.
Anastazja pomyślała: „Dobry ten pleban. Dobry. Mądry. Ładniutki. Szkoda go na księdza”.
– Dziękuję – powiedziała cicho i ledwie dostrzegalnie uśmiechnęła się do wójta.
– Boh trojcu lubit – wójt, trzymając kieliszek w górze, oddał uśmiech Anastazji.
Grzelak ryknął:
– Oby nam się!

– Co to jes, do jasny cholery? – stary Maciaszczyk nie krył zdziwienia połączonego z oburzeniem. Stał w drzwiach kuchennych i żądał wyjaśnienia. – Po co mie ksiundz tu spraszał?
Ksiądz wstał od stołu, wziął głęboki oddech.
– Wojna się już skończyła, panie Józefie. Chrystus zmartwychwstał, wódki się trzeba napić, pogodzić.
– Z kolaborantym i sabotażystom pić nie bede! – Stary spojrzał na wójta i jego zięcia, a w oczach miał pioruny.
– Ty! stary... – Grzelak ruszył od stołu. Nie dokończył, przytrzymany przez teścia.
– Zawrzyj mordę! – usłyszał.
Wódka z przewróconej butelki cienką strużką lała się po stole. Ksiądz wziął do ręki butelkę.
– A do mnie coś macie? – zapytał wolno i głośno starego.
– Do wos nii mom – odrzekł Józef.
Pioruny w oczach na chwilę ustąpiły miejsca radosnemu błyskowi, pojawiającemu się nieodmiennie na widok wyciąganej ku staremu flaszki. Józef wytarł gębę rękawem przyciasnej nieco i mocno nadwyrężonej marynarki.
– Zdrowie wasze w gardło nasze! – Stuknął się szklanką z księdzem. Przechylił raz. Strzepnął na podłogę.
– Rombie.
– Chłopy – powiedział ksiądz, jedną ręką sięgając po kolejną butelkę, drugą ręką zapraszając starego do stołu – słuchajcie, co wam chcę powiedzieć. Wojny już nie ma, ale koniec świata bliski. I będzie tym bliższy i boleśniejszy, im więcej będzie w ludziach waśni, niezgody i zawiści. Bóg to wszystko widzi, przykro mu, że to, co w zamiarze miało być jego obrazem i podobieństwem, jest obrazą i fuszerką! I to my, ludzie, wszystko sknociliśmy. Bóg stworzył nas i dał nam instrukcję, jak żyć.
– Boga nie ma. – Józef pociągnął nosem, połykając gile.
– Twoja wola, twój wybór. Zrobisz, co uważasz. Ale mówię ci, ja wierzę i paru w tej wsi także – powiedział ksiądz, patrząc na wójta i Grzelaka, do Józefa. – Bolało cię, jak syn ziemię sprzeniewierzył? Bolało, jak córka się puszczała z Niemcami? Bolało, jak brat zdradził? – Ksiądz nie czekał na odpowiedź. – I naszego Ojca też boli.
„Ki czort, wszysko wi” – zamyślił się Józef.
– Ano, boleć musiało – odparł stary, nalewając sobie następną kolejkę.
– No widzisz, Bóg przekazał nam wszystkie nakazy i zakazy. Dziesięć. Nie za dużo, jak na tak skomplikowany świat. Ale wystarczy. Problem w tym, że człowiek wie lepiej, jak żyć. Wydaje mu się. I ma gdzieś te Boże Prawa. Adam i Ewa chcieli dorównać Bogu. Naród wybrany wiedział lepiej, jak dojść do ziemi obiecanej. Piłat sądził, że robi dobrze. Każdy z nas grzeszy. Ja też.
Troje par oczu podniosło się znad szklanic.
– Tak, ja też. Znam te dziesięć przykazań na pamięć, a i tak je wykonuję po swojemu. A przecież Bóg dał je nam, by był ład, porządek i harmonia w świecie. My zaś buntujemy się, przeczymy. Nie postępujemy prostolinijnie. I to się kiedyś musi skończyć jakimś wyładowaniem. Jak ktoś cię będzie oszukiwał, kłamał ci w żywe oczy, wciskał kit, a ty wiesz jak było, to co mu w końcu powiesz? – spytał wójta.
– Basta! – odparł szybko wójt.
– A ja w ryj bym walił – dodał hardo Grzelak. – A propos ryja… – zarechotał – chluśniem, bo uśniem!
Cztery szklanki poszły zgodnie w górę.
– No właśnie. Bóg po ryju nie wali, przeciwnie, wciąż nas kocha, wciąż nam ufa, wciąż wierzy w naszą dobrą wolę. Wciąż ofiaruje swoją miłość i czeka, kiedy zostanie odwzajemniona. Pokazuje jak żyć, zawiera przymierze, poświęca swojego Syna, czego potrzeba nam jeszcze?
Cisza. Anastazja stojąca za drzwiami wstrzymała oddech. Brzęknęło szkło, Grzelak cicho beknął:
– No dobra, a ten gniew Boży i to całe piekło, co to nimi księdze straszą z ambony?
– Gniew Boży to jedno, a piekło to drugie – odparł ksiądz. – Grzelak, co się dzieje, jak wypijesz za dużo wódki? Dobra, nie mów mi. Twój organizm broni się i reaguje na złe, obce dla niego substancje. Ze światem jest tak samo. I jak napisał kiedyś ktoś mądry: „Torsje, które targają światem, ludzie poczytują za Bożą zemstę”. A Boży gniew, Grzelak, nie istnieje. To tylko reakcja świata, jak robimy coś w poprzek.
Grzelak wyglądał, jakby rozumiał.
– A co ksiądz sądzi o piekle, też nie istnieje? – ożywił się wójt.
– Z piekłem sprawa jest jeszcze prostsza. Polej no, wójcie – rozkręcił się ksiądz.
– Jezus zmartwychwstał, czy ktoś wierzy, czy nie. I przyjdzie zrobić porządek. Zniszczy zło i niesprawiedliwość rozlane przez wieki po całym świecie. Rozliczy każdego z tego, ile zła wyrządził. Albo kiedy miał coś zrobić, a nie zrobił. Z każdego kłamstwa i każdego grzechu. Wszystko to wpływa na nasz świat i sami sobie wydajemy wyrok – oznajmił ksiądz.
– To jest to piekło czy go ni ma? – zainteresował się Józef.
– Załóżmy, że nie ma. Śmierć, dół, piach, kropka. Po problemie. A co jeśli jest? Wyobraź sobie, że jest. Nie diabły, nie kotły, nie widły, nie ognie piekielne. Piekło to przede wszystkim ogromny wstyd. Piekło to żal, smutek, ciemność, zimno. To ból. To brak bliskich, brak miłości i to nie przez pięćdziesiąt czy siedemdziesiąt lat jak tu, na ziemi. Przez nieskończoną wieczność. I nic z tym nie możesz zrobić. Umiesz to sobie, chłopie, wyobrazić? – Ksiądz spojrzał na Józefa.
– Ano. – Stary spuścił wzrok i dodał cicho: – Dupa cierpnie.
– No to chłopy, moja misja zakończona, mogę się uczciwie napić. – Ksiądz zatarł ręce. – Jak to mówią: spotkaliśmy się, żeby się napić, wypijmy zatem za spotkanie.
– A tyn kuniec świata, co to od niego ksiundz zaczon? – przypomniał sobie Józef.
– A jakbym ci na początku powiedział, że jak się z wójtami pogodzisz, to wtedy do nieba pójdziesz, to byś został? – odparował ksiądz.
– Nii – usłyszał.

Anastazja zaryglowała drzwi komórki. Zdjęła z włosów chustkę, rozpuściła warkocz, umyła się, włożyła koszulę nocną. Naciągnęła kołdrę na brodę. Noc była zimna. „Czy mogłam coś więcej zrobić dla mamy? Kiedy straciła wiarę, gdy wyrzuciła na śmietnik swoją godność... Wybacz, mamo, jeśli nie zrobiłam wszystkiego, by cię uratować” – łzy napłynęły do oczu. „Ojcze nasz, który jesteś w niebie...” – zaczęła modlitwę Anastazja. Z kuchni słychać było porykiwania, toasty, szuranie krzesłami. Bratnia kalinka mieszała się ze swojskim rozmarynem, a polskie pąki białych róż rozkwitały na przemian z radzieckimi jabłoniami i gruszami. „Może i Władimir miał rację z tymi drzwiami? No właśnie, pewno jest już u siostry. Nigdy o niej nie mówił. Zresztą on w ogóle niewiele mówi. Nie, z kwiatkami rozmawia. Grządki pieli, coś tam czasem naprawi, do miasteczka pojedzie. Ale jakiś taki nieżyciowy. Nieobyty. Niemłody już, a kobiety nie ma. Tylko która by go chciała. Garb i szrama. Żeby czasem choć co zagadnął. Ale nie, mruk jeden. Zresztą, co mi do niego” – pomyślała.
Trzech pijanych kumpli, z pieśnią na ustach, podtrzymując się wzajemnie, opuszczało dom proboszcza.

– Anastazjo. Anastazjo! – Dziewczynę obudziło pukanie do drzwi.
Księżyc stał wysoko.
„Co się dzieje? Która to godzina?” – w głowie kłębiły się myśli. Wsunęła się głębiej pod kołdrę.
– Anastazjo, otwórz.
Cisza.
– Anastazjo otwórz, błagam cię.
Poznała głos księdza. „Co on tu robi w środku nocy?” – Anastazja poczuła się nieswojo.
– Dziewczyno, błagam cię, otwórz, potrzebuję pomocy – powiedział głośno ksiądz lekko zniecierpliwionym, lecz wciąż proszącym tonem.
Anastazja zarzuciła podomkę, odsunęła rygiel. W bladożółtawym świetle gołej żarówki wiszącej na drucie w przedsionku zobaczyła Bogumiła Dobrowolskiego. Ledwo stał na nogach. Oparł się o framugę. Zachwiał. Czerwony, spocony, nienaturalnie podekscytowany.
– Co się księdzu stało? – spytała z troską, ale i ze strachem w głosie.
– Wyspowiadać się muszę – wysapał. – Ty bez grzechu jesteś i święta taka jak anioł. Od-mó-wisz zbłą-ka-nej duuuszy? – zapytał.
Anastazja ścisnęła poły podomki i przesunęła się, robiąc miejsce księdzu. Bogumił wtoczył się do komórki, stanął w rozkroku. Zwiesił ręce i głowę. Chwilę balansował ciałem. Uzyskawszy równowagę, zaczął mówić. Ciężko, niewyraźnie, ale jeszcze dość przytomnie.
– Powiedz mi, jak to jest? Godzę ludzi, żenię ich, spowiadam. Zawierzają mi swoje tajemnice. Obcy ludzie. Zupełnie obcy. Ufają. Szanują. Do domu zapraszają… – Wziął głęboki oddech. – Obcy. A matka moja… – zaczął bełkotać, z trudem utrzymując spadające powieki.
Anastazja stała nieruchomo.
– Ojciec… tfu… ojczym… Polaczek! Jeb twoju mać… Oooficer pułku strzeeelców konnych… Matka za niego wyszła. Po śmierci ojca. Mały byłem. Nie chciała być sama. Lał mnie. Lał. Za byle co. Nienawidził nas, Niemców. Znęcał się. W mundurze chodził. Elegancik. Zęby szczerzył. Bił mnie codziennie. Szpicrutą. Nie wiem, za co tak nas nienawidził. Codziennie modliłem się, żeby zdechł. Nic nie rozumiesz? – Zachwiał się na nogach, ruszając w stronę Anastazji. – Matka też nie rozumiała. „Um Gottes willen, Gotlieb, co ty wygadujesz?!” – mówiła. Nie wierzyła mi. Zła była, że wdzięczny nie jestem. Że go nie kocham. Przecież wszyscy go szanowali! Jemu wierzyła. I choć życzyłem mu śmierci, Bóg mi świadkiem, że to był wypadek. Tobie pierwszej to mówię. A matka mnie wygnała. „Zmarnowałeś mi życie, synu…” i takie tam. No i co tak patrzysz? – wycedził w twarz Anastazji.
Wyciągnął z kieszeni marynarki niedokończoną flaszkę. Wychylił do końca, rozbił o ziemię.
– Proszę, niech ksiądz już idzie, porozmawiamy jutro – powiedziała Anastazja najdelikatniej, jak potrafiła.
Widząc, że nie ruszył się, sama postanowiła wyjść. Złapał ją boleśnie za ramię.
– Wysłuchasz mnie do końca! Patrzycie tylko tymi swoimi wielkimi oczami, a jak człowiek potrzebuje, by go wysłuchać, to się dupą odwracacie. Suki jedne. – Nie puszczając ręki, zwolnił uścisk. – Żadnego z was pożytku. Ale jak wy czegoś chcecie od chłopa, to wiecie, co zrobić. – Cisnął Anastazję na łóżko.
Jego twarz nie była twarzą anioła. Miał twarz wszystkich mężczyzn, którzy zgwałcili ją tamtego dnia, radośnie wyzwalając wieś. I śmierdział tak samo, kiedy jego brudna ręka zakryła dziewczynie usta.

Wstawał już dzień, gdy Anastazja z trudem wydostała się spod bezwładnego cielska plebana. Nie pamiętała, co robiła, gdzie była, jak minął cały dzień. Wieczorem wróciła do komórki. Posprzątała rozbite szkło, starła wymiociny z podłogi. Zaryglowała drzwi, podstawiła pod nie komódkę. Zasnęła, trzymając w jednej ręce różaniec, w drugiej nóż kuchenny.
– Będziesz musiała odejść. Zanim wezmą mnie na języki – powiedział ksiądz, nie podnosząc wzroku znad rosołu.
Anastazja milczała, dotykając ledwie co widocznego brzuszka. Odwróciła się bez słowa, poszła do komórki i do starej papierowej walizki spakowała cały swój dobytek.

Ksiądz stanął w drzwiach.
– Nie wiem, czy to jest moje dziecko, czy nie, ale weź to. – Zdjął z palca rodowy pierścień. – Po dziadku. Sprzedasz go, powinno ci wystarczyć na kilka miesięcy.
Anastazja spostrzegła na palcu księdza niewielkie ciemne znamię schowane wcześniej pod sygnetem.
– Nie trzeba – powiedziała cicho i wyszła z pokoju.

Szła dumnie przez podwórko, ale łzy same cisnęły się do oczu. Minęła bramę plebanii.
– Anastazjo, poczekaj! – zawołał za dziewczyną Władimir.
Podszedł i powiedział:
– Nie mam wiele do zaoferowania. Stary dom po rodzicach. Mogę wyremontować. Jest też ogród i sad. Pracę znajdę, stolarz potrzebny jest wszędzie. Damy radę. Jeśli oczywiście zechcesz…
Anastazja stała, nie mówiąc nic. Władimir wyjął walizkę z jej ręki, otarł policzki brudną chusteczką. Chwycił jej dłoń i poszli przed siebie.

W Wigilię Świąt Bożego Narodzenia, we wsi Miłosna, przyszedł na świat śliczny chłopczyk, Aleksy. Poród odebrała siostra Władimira. Anastazja, tuląc kwilący tobołek, zanuciła:
– Gdy śliczna Panna Syna kołysała…
– Kołysankę mu jaką zaśpiewaj. – Władimir z ciekawością pomieszaną ze strachem zbliżył się do łóżka Anastazji. Przysiadł na zydlu.
– Nie znam żadnej kołysanki. Nie pamiętam… – powiedziała ze wstydem Anastazja.
Władimir pogładził ją po głowie ze zrozumieniem.

Dwa lata później Aleksy znalazł pod choinką drewnianego ptaszka z ruchomymi skrzydełkami. Podszedł do Władimira, objął go mocno za szyję, pogładził rączką po policzku i powiedział:
– Kocham cię, tatusiu.
Na jego małym paluszku widniało znamię.
Władimir pomyślał: „Biedny duchowny”.
– Kocham cię, synku – przytulił małego.
Łza wdzięczności spłynęła Władimirowi po twarzy.

Opowiadanie zdobyło wyróżnienie w XVIII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Eugeniusza Paukszty „Małe ojczyzny – pogranicze kultur i regionów”.

Aleksandra Mazur