W drodze za Dalnię. 1945

Tak się zagadaliśmy z panem M., że w pewnej chwili straciłem rozeznanie, gdzie jesteśmy. Wszystko wokół było jednakowe. I zagajniki, i nieurodzajne pagórki, i niebo nad nami zewsząd majowo błękitne. Niby to jeszcze moje strony, mazowieckie, a jednak zabłąkałem się jakoś w mojej głowie i zupełnie nie wiedziałem, gdzie jesteśmy.
Ale nie wiedzieć, gdzie się jest, to zawsze szaleńcza przygoda, wiadomo. Kiedyś nawet nie wiedziałem, w jakim jestem... państwie! I musiałem w Górach Ardenach rozpytać w karczmie, czy to jeszcze Francja, czy Belgia, czy może już Księstwo Luksemburg! Są jednak pewne granice szaleństwa. Tym bardziej u siebie, we własnym kraju. Granice niewidzialne, tak zwanego dobrego smaku, kiedy się należy opamiętać w całym zawirowaniu podróżnym, w prześmiesznej błazenadzie zwanej życiem, i wylądować na twardej ziemi.
Szczęśliwie na czas w sukurs mi przyszła daleka postać. Daleka i mała jak przecinek. Ktoś ledwo widoczny, ot, taka migawka w Kosmosie, niewiele więcej. I poprosiłem pana M., by na nią skierować nasze siwki.
Stary człowiek, który stał z grabiami na skraju pola, był ubogo ubrany. Samodziałowe ubranie wisiało na nim szarawo i smutno, powojennie. Na nosie miał kościane okulary, najwyraźniej pęknięte nad nosem, bo gęsto przewiązane były tam brudnawą dratwą. W całej swej ubogiej posturze i odzieniu ów ktoś bardziej przypominał stracha na wróble niż ludzką istotę. Może w istocie był strachem? A może człowiekiem przydrożnym, których kiedyś było wielu? Stali na rozstajach i za mały grosz albo zdrowaśkę za ich dusze bezbłędnie wskazywali kierunek. Kto wie, może stary człowiek był jednym z ostatnich takich ludzi?
Postanowiłem spytać go o drogę. O drogę na Dalnię, za dalnieńskie pola i jeszcze dalej. I jeszcze dalniej. W stronę Könihsbergu. Bo za Dalnią to już jeden krok, rzut beretem w ten inny, lepszy świat. Za Dalnią od zawsze kończyło się wszystko znajome i tam jakby urywała się kula ziemska i była przepaść w zasobniejszy, jak się jeszcze przed końcem świata zdawało, ni to polski, ni pruski kraj. Świat niepokojący, graniczny. I lepszy niż ten, z którego się wyruszyło. Graniczny świat jest zawsze lepszy niż nasz własny. Nikt nie wie dlaczego. O drogę w taki świat go spytałem.
Starzec najpierw obejrzał mnie mocno zaciekawiony. Potem przeniósł wzrok na nasz wóz cyrkowy. Otaksował go dokładnie, pokiwał głową z uznaniem, że – fiu, fiu! – bardzo mu się podoba. A potem znowu spojrzał na mnie i sękatym palcem pokazał ścianę drzew.
– To są lasy poczynające się od górki, zwanej Rusnową, do Lisich Jam – powiedział. – Dalej trzeba do Studzianki. Po czym, za Studzianką, bzami wzdłuż Lipin do granicy Strzałkowa. Calutki czas, ma się rozumieć, jadąc drogą wiodącą od strony Drogiszek, nie inaczej. A kiedy po kwadransie z okładem mijać będziecie leśną kapliczkę, z której stare wiatry dawno wywiały Frasobliwego, to ani chybi będzie to już tuż tuż. Ta granica. Znaczy się, przed wojną to było tam, ale dziś?... – Starszy pan tylko wzruszył ramionami. – Tylko trzeba tam dotrzeć przed nocą, bo inaczej zbłądzicie.
Nie będąc do końca przekonany, czy wszystko dobrze zrozumiałem i zapamiętałem, zdawkowym uchyleniem kapelusza podziękowałem staruszkowi i kazałem ruszać.
– Stara kapliczka! – zawołał jeszcze za nami. – Z sosnowego pnia! I pusta! To jeszcze powinno być tam! I rzeczywiście, przydrożny człowiek miał rację. Za kapliczką był zakręt. Piaszczysto wnikał w ciemny bór. I tam trzeba było wjechać. O ile ktoś się nie bał. A myśmy się przecież nie bali. Bo kto by się bał, przeżywszy taką wojnę jak nasza? Kto by się jeszcze czegokolwiek potrafił przestraszyć?! Pan M. tylko raźno spiął siwki i wjechaliśmy. Zazieleniło się nad głowami leśną ciemnością. Wilgotne powietrze dotknęło naszych twarzy. Zewsząd zapachniało żywicznie, grzybowo i tajemniczo. Ciemne gałęzie i tylko chrzęst chrustu pod kołami, jak w baśni zza siedmiu gór. Wjechaliśmy w baśń i od razu wszystko stało się jasne. Tak się wkracza w nieznane. W prawdziwe nieznane. Najprawdziwsze. Tak się wkracza w baśń, prawdziwszą niż życie.
– Ale tu straszno... – szepnęła mi za plecami Anielka. – I tak ciekawie. Jak u braci Grimm.
– Teraz już tak będzie zawsze – odszepnąłem jej z mrugnięciem oka.
Bór kończył się na skraju jakiejś wsi. Jej zabudowania różniły się od tych sprzed boru, czyli mazowieckich. Nie były już drewniane, kryte strzechą i podparte byle czym, ale ceglane, szachulcowe i na kamiennej podmurówce. Zabudowania, że ho ho! A niebo owe domostwa drapały skośnymi dachami ze starannie ułożonej dachówki. I już na pierwszy rzut oka było jasne, że borem wjechaliśmy do Prus.
Patrzyłem na mijane zasobne siedliska i taka mi myśl świtała w głowie, że oto po wielu latach znów jestem w Niemczech. Poczułem, jak znów zaczyna mnie otaczać ten systematyczny i przewidywalny świat. Ten świat, w którym zawsze dwa plus dwa znaczyło cztery i w żaden sposób nie mogło być inaczej. Tylko że teraz... Z tym jednakże obecnie wyjątkiem, że dziś to już nie miały być Niemcy, które dobrze znałem, ale Polska. Taka Polska, której, o dziwo, znać jeszcze nie mogłem. Przedziwne wrażenie. Być w jednym państwie, a zarazem w innym.
Wrażenie owo było tym dziwniejsze, że jadąc wzdłuż wsi, nie spotkaliśmy żywej duszy. Nawet byle kura nie zagdakała, nawet pies z kulawą nogą nie zaszczekał. Pusto tu jak po epidemii. Niemców wypędzono w diabły, a nikt ze starej Polski nie kwapił się z osiedlaniem. Pozostały zabudowania, obejścia, obojętne i niewinne z natury. Bo czy można taką, dajmy na to, stodołę postawić w stan oskarżenia za komory gazowe? Albo oziminę, zasianą jeszcze niemiecką ręką, a teraz rosnącą majowo, osądzić i skazać za warszawskie getto? Nijak nie można, a nawet nie wolno. Nie wolno sądzić przedmiotów za ludzkie grzechy. Zły człowiek wywołał tę wojnę, a potem drugi zły człowiek pogmatwał, zamącił brudnym paluchem na mapie granice i oto teraz znaleźliśmy się razem w tym dziwnym miejscu. I nie bardzo wiemy – ta stodoła, ta ozimina i my, ludzie – co dalej. Jak się odnaleźć? Jak na nowo opowiedzieć sobie świat? Żeby wszystko wróciło w dawne, nowe kontury, przeistoczyło się w zarysy życia potocznie zwanego normalnym. Takie myśli wierciły się w mojej głowie, gdy mijaliśmy kolejne, nieme i bezludne siedliska.
Na nocleg postanowiliśmy się zatrzymać w pierwszym z brzegu zabudowaniu. W okazałym gospodarstwie, z domem pięcioizbowym, oborą murowaną, stodołą, że we dwa konie można by zawrócić, maneżem niepordzewiałym i studnią na dwadzieścia kuf! A i jeszcze warzywniak, i pokaźny kawałek sadu, i gołębnik. Wszystko pogrodzone jak się należy. Sztachety wzmacniane kowalską robotą. Brama i furtki na żelaznych zawiasach. Wszędzie zamki na klucz, a wszystkie klucze schludnym rzędem na haczykach w kuchni tuż przy wejściu. Wydawało się, że jeszcze drżą, jakby ktoś je tam zawiesił pięć sekund temu, a przecież od wyzwolenia to zaraz będzie czwarty miesiąc. Ależ gospodarstwo! Mucha nie siada. Tylko że wszystko tu jakieś takie... – pomyślałem sobie. – Wszystko tu na wskroś nie nasze, obce, zimne, niemieckie.
Nie mogąc w nocy zasnąć, rozmyślałem. Może właśnie gdzieś tu albo na innym skrawku tak zwanych Ziem Odzyskanych w czyjejś głowie, podobnie jak w mojej, powstaje dziwny mętlik. A w mętliku tym uparcie zaczyna krążyć nowe słowo: „poniemiecki”? Żeby nazwać dom, maszynę, aparat czy jakiś inny sprzęt, które zrządzenie historii daje nam w ręce. I zaczyna rodzić się w tym słowie „poniemiecki” jakaś bolesna sprzeczność, która nigdy już nie będzie dawała spokoju. Że coś jest lepsze, solidniejsze, lepiej pomyślane niż polskie. Lepsze, bo niemieckie. A zarazem gorsze, fałszywe, agresywne, bo... niemieckie. Pomyślałem sobie, że powiedzmy, za jakieś dwadzieścia lat stolarz spod Płocka będzie wsuwał deskę w starą heblarkę Kruppa i nadziwić się nie będzie mógł, że bez ostrzenia ciągle szlifuje, że ganc pomada! A jednocześnie, jak go kto zapyta, co to za maszyna, co tak pięknie hebluje, machał będzie ręką, że to takie tam, poniemieckie gówno!... Albo dzwon w kościele w Strzegowie. Ktoś pojechał aż za Soldau, czyli Działdowo, na szaber. Zdjął z pierwszego lepszego ewangelickiego kościoła dzwon, otulił słomą i furmanką przywiózł do Strzegowa, zawiesił i po dziś dzień dzwoni jak ta lala. Ale przecież, gdyby to był dzwon rodzimy, odlany z naszych żelazek z duszą, moździerzy, kluczy i wszelkiej mosiężnej drobnicy, dzwoniłby o całe niebo piękniej, prawda? Bo po polsku. A tak, to ten, co dzwoni, owszem, dzwoni dobrze, prawidłowo i punktualnie, ale przecież nikt mu nigdy nie zapomni, że jest poniemiecki. I zawsze będzie podejrzany. A jak za pięćdziesiąt lat podczas procesji urwie mu się serce i o mały włos kogoś nie zabije, wszystko stanie się jasne. Serce się urwało i upadło dwa kroki od dziewczynki sypiącej kwiatkami! Przypadek? Wcale nie. Co się dziwisz, to przecież... poniemiecki dzwon. Ale dlaczego tak się przyczepiłem do tej poniemieckości? A to co na wskroś polskie to niby jakieś lepsze?
Nazajutrz jechaliśmy z panem M. dalej. Brzóski samosiejki, pola, zagajniki. Majowy świat gdzieś pod Nidzicą. Pan M. powoził, a do mnie powoli dochodziło coś bardzo ważnego. Kimże właściwie jestem, żeby tak o tym wszystkim niemieckim, poniemieckim myśleć? Skoro wszystko już dawno się poplątało. Bo na przykład mój własny życiorys. Groch z kapustą, jakiś mętnawy amalgamat, a nie prawdziwe życie. Urodziłem się w Elblągu, kilka przecznic od domu, w którym mieszkała matka Angeli Merkel. Mój dziadek, który przed wojną skończył w Berlinie szkołę budowlaną, tak samo dobrze mówił po polsku, jak i po niemiecku. A swojej młodszej córce, urodzonej na Mazowszu, dał na imię Berta. Kim właściwie był? Kim się wewnątrz czuł, skoro ledwo skończyła się wojna, natychmiast osiedlił się w Szczecinie, o którym w czterdziestym piątym roku nie do końca było wiadomo, czy będzie w granicach Polski. Czego tam tak naprawdę szukał? A ja? A ja się wychowałem na Mazowszu, a potem wyjechałem na długo do Francji. Czasem łapię się na tym, że znając ten język, myślę po francusku. W „słodkiej” Francji spotkałem kobietę, która jest matką mojego syna. Mój syn jest Francuzem i mieszka w Prowansji. Ale zanim dorósł i zanim rozstałem się z jego matką, w ciągu dziesięciu lat przeprowadziliśmy się osiem razy! Najpierw był Kraków, potem Myślenice, potem kemping w Taradeau, następnie La Motte-en-Champsaur w Alpach, potem Płońsk, Warszawa, Falenica i znowu wylądowałem w Płońsku. Teraz pytam siebie: do czego mam tęskić, gdzie ma mnie ciągnąć, gdzie gnać? Gdzie właściwie jest moja mała ojczyzna? A to duża to... która? A na dodatek przez piętnaście lat byłem księdzem, a potem już nie byłem. I co z tym wszystkim zrobić? Przecież jestem za jednym zamachem poniemiecki, pofrancuski, pokapłański i popolski... Zatraciłem tożsamość. Jestem nikim.
– O czym pan tak długo milczy, panie Rysiu? – nagle zagadnął mnie pan M.
– Dobre pytanie, panie M. …Wie pan, tak sobie rozmyślam o Dalni.
– Ale Dalnia to już dawno za nami – zdziwił się pan M.
– Jest pan pewien?
– Na sto procent.
– A może krążymy w kółko i zaraz za zakrętem, o, za tym, znowu będzie Dalnia?
Pan M. popatrzył na mnie dziwnie, spiął konie i pojechaliśmy dalej. Pojechaliśmy dalniej. I tak sobie jedziemy do dziś.

Opowiadanie zdobyło wyróżnienie w XVIII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Eugeniusza Paukszty „Małe ojczyzny – pogranicze kultur i regionów”.

Krzysztof Martwicki