Nieznajoma dziewczyna

Paliłem papierosa, strącając co jakiś czas popiół na kostkę brukową. Siedziałem nad czarną kawą w kawiarni Rosa, mieszczącej się przy ulicy Żeromskiego, w samym centrum miasta. Promienie czerwcowego słońca pieściły moją twarz.
Tydzień temu zostałem skreślony z listy studentów Wydziału Humanistycznego miejscowego uniwersytetu. Kończyły mi się pieniądze od rodziców, a za dwa tygodnie przypadał termin opłacenia czynszu. Musiałem jak najszybciej zdobyć pieniądze na utrzymanie, chcąc nadal mieszkać w tym mieście.
W tamtym momencie myślałem jednak tylko o tym, jak przyjemna jest pogoda i jak bardzo smakuje mi papieros wraz z kawą w samo południe.
Odwróciłem głowę i zatrzymałem wzrok na twarzy jednej z kelnerek. Miała kruczoczarne włosy zaczesane do tyłu i przypominała mi kogoś. Byłem przekonany, że widziałem ją już wcześniej. Może na uczelni, lub gdzieś w klubie. Starałem sobie to przypomnieć. Wtem ktoś podszedł do mojego stolika.
– Może pan użyczyć mi telefonu? – powiedziała do mnie nieznajoma dziewczyna.
Obrzuciłem ją wzrokiem zaskoczony tą propozycją. Była mniej więcej w moim wieku, może kilka lat starsza. Miała owalną twarz i kręcone blond włosy zaczesane na boki. Jej oczy były dziwnego, nieokreślonego koloru. Przypominały kota, inteligentnego, ale zarazem zdradzieckiego i przebiegłego. Nie wzbudziły mojego zaufania. Chyba to odkryła, bo w tym samym momencie uśmiechnęła się.
– Chcę tylko zadzwonić do znajomego. Okradziono mnie na dworcu i nie mam jak się z nim skontaktować, a nie znam nikogo w tym mieście – dodała.
Jeszcze raz przyjrzałem się jej postaci. Zauważyłem, że ma na sobie długi, beżowy płaszcz, zupełnie nie na miejscu o tej porze roku. Nie miała też ze sobą żadnych bagaży ani torebki.
– Proszę usiąść – odparłem, wskazując ręką miejsce naprzeciwko.
Zrobiła to z gracją i lekką niepewnością. Po chwili nachyliła się na stolikiem, na którym spoczęły jej łokcie.
– Może na początek napije się pani czegoś? – zaproponowałem.
– Nie, chcę tylko zadzwonić – odparła.
Wyciągnąłem telefon i podałem jej go do ręki. Szybko wystukała znany sobie dobrze numer na klawiaturze i zastygła w oczekiwaniu. Obserwowałem to w milczeniu i wielkim zainteresowaniu. Dawno nikt nie prosił mnie o pożyczenie telefonu, a szczególnie dość interesująca kobieta.
– Gdzie on może być? – powiedziała na głos.
Domyśliłem się, że nie może się dodzwonić do swojego znajomego. Próbowała jeszcze kilka razy, a ja w tym czasie spaliłem papierosa i wypiłem kawę. Na jej twarzy odmalowało się zwątpienie.
– Może ma pani ochotę coś zjeść? Może w tym czasie znajomy odezwie się? – zapytałem.
Wtopiła swój wzrok we mnie, jakby zobaczyła mnie po raz pierwszy. Nie czułem się zbyt pewnie, choć nie miałem ku temu przesłanek.
– Tutaj czy gdzie indziej? – odparła.
– Niedaleko, z chęcią tam panią zaprowadzę.
– Dobrze, ale żeby nie było zbyt daleko – podsumowała.
Wszedłem do środka kawiarni i uregulowałem rachunek. Obserwowałem przez oszklone drzwi, jak stoi na zewnątrz, prezentując się dość komicznie w jesiennym, długim płaszczu ze swoimi rozwichrzonymi, bujnymi włosami.
Podszedłem do niej, a ona złapała mnie pod ramię. Poprowadziłem ją w kierunku pomnika Bachusa, a później skręciliśmy w dół ulicy Kupieckiej, która była o tej porze dość zatłoczona. Przemykaliśmy się pomiędzy spacerującymi, wciąż trzymając się blisko siebie.
W końcu znaleźliśmy się w wąskim przejściu pomiędzy kamienicami. Przemierzyliśmy je i znaleźliśmy się na parkingu przy Filharmonii. Obok betonowej ściany jednego z budynków stała od zawsze czerwona budka z jedzeniem.
Nie pytając jej, zamówiłem dwie zapiekanki z podwójnym serem i butelkę coli. Wiedziałem, że to jest najlepsze danie w tym miejscu.
Usiedliśmy na plastikowych krzesłach, pod prowizorycznym daszkiem, zrobionym z niewiadomego pochodzenia blachy. Jadła z ochotą, rzucając mi co jakiś czas ciekawskie spojrzenie. Nie odzywałem się, choć miałem na myśli chyba milion pytań.
W końcu nie wytrzymałem i gdy pochłonęła ostatni kęs, odezwałem się.
– Jak pani ma na imię, jeśli można wiedzieć?
Obrzuciła mnie nieufnym spojrzeniem, jakby miało to bardzo duże znaczenie.
– Juliette, przez dwa „t” – odparła, wrzucając papierową serwetkę do kosza na śmieci.
– Naprawdę? To dość niespotykane – powiedziałem zaskoczony. – Jest pani może Francuzką?
W tym momencie wstała i rozejrzała się po okolicy, ze zdziwieniem na twarzy, typowym dla osoby, która jest pierwszy raz w obcym mieście.
– Moja matka jest Francuzką. Urodziłam się tam – powiedziała z wyraźną nutą niechęci. – Mogę jeszcze raz zadzwonić?
Bez komentarza oddałem jej swój telefon. Poczułem do niej nagłą sympatię i ciekawość. Może spowodowało to francuskie imię, które równie dobrze mogło być zwykłym kłamstwem, a może coś innego, czego nie mogłem jeszcze określić. Wiedziałem tylko, że chciałbym spędzić z nią jeszcze trochę czasu. Choć kilka godzin.
Po chwili z satysfakcją stwierdziłem, że nadal nie może skontaktować się ze swoim tajemniczym znajomym. Poczułem, że mogę wykonać kolejny ruch.
– Juliette – zacząłem, wymawiając z satysfakcją jej imię, po raz pierwszy zwracając się na „ty”. – Czy nie masz ochoty towarzyszyć mi w niedalekim spacerze?
Stanęła blisko mnie i zamknęła oczy. Nie wiedziałem, co robi. Wyglądało, jakby zaczęła się modlić lub medytować. Ułożyła ręce na swojej głowie i przez kilka minut stała tak w milczeniu. W końcu otworzyła szeroko oczy i powiedziała krótko:
– Tak, nie mam innych planów.
Poszliśmy w górę, w kierunku kościoła Matki Boskiej, trafiając w końcu na ulicę Jedności. Trzymała
mnie pod rękę, jakby była moją narzeczoną lub daleką kuzynką. Skręciliśmy w lewo i trafiliśmy na sklep
z antykami, znajdujący się przy ulicy Reja.
Tydzień temu u właściciela tego sklepu zostawiłem kilka rzeczy do wyceny, które udało mi się kiedyś przywieźć ze strychu domu należącego do moich dziadków. Odebrałem czterysta złotych, z których się ucieszyłem. Pozwalały mi przynajmniej na dwa tygodnie życia, ale wciąż musiałem myśleć o podjęciu pracy. Inaczej będę musiał opuścić to miasto, które coraz bardziej mi się podobało.
Postanowiłem, że zabiorę ją do Palmiarni. Kręciła z zaprzeczeniem głową, mówiła coś o pociągu, policji, telefonie, znajomym, ale w końcu zgodziła się.
Siedzieliśmy na leżakach, rozstawionych na wzgórzach, skąd mieliśmy piękny widok na winnicę i rozległą panoramę miasta. Spodobało jej się to. Pytała mnie o każdy budynek, a ja z radością jej odpowiadałem, zdając się na swoją wiedzę i wyobraźnię.
Tak zastał nas zmierzch. Poczułem na ciele chłód, a ona jeszcze bardziej otuliła się tym okropnym płaszczem. Wpatrywaliśmy się w piękny zachód słońca, myśląc o tym, co zrobić dalej.
Złapałem ją za rękę i postanowiłem zabrać do siebie. Przeszliśmy przez ulicę Kupiecką i skierowaliśmy się w lewo. Przecięliśmy zaniedbany plac Matejki, a na jego końcu skręciliśmy w jedną z bram.
Stanęła w ciemności przed drzwiami, a ja zdenerwowany nie mogłem odnaleźć włącznika.
– Tutaj mieszkasz? – spytała, jakby nie mogła w to uwierzyć.
Zapaliłem żarówkę, ale nie odpowiedziałem. Poprowadziłem ją do wewnątrz i schodami na pierwsze piętro, pod numer szesnaście.
Weszliśmy do mieszkania, które miało jeden duży pokój, połączony z kuchnią i małą oddzielną łazienkę. Ściany były białe, a w środku tylko kilka mebli. Stare biurko, na którym stała maszyna do pisania, wysoka lampa, szafa z lustrem zamontowanym na zewnątrz i materac do spania.
Bez słowa położyła się, nie zdejmując płaszcza. Po chwili zrobiłem to samo, czując jej oddech i zapach. Zamknęła oczy i zaczęła nucić jakąś piosenkę, którą chciałem odgadnąć, ale nie udawało mi się to. Śmiała się ze mnie. Szybko zasnęliśmy, trzymając się za ręce.
Obudziła mnie następnego dnia już przed szóstą rano. Wstała wcześniej i zrobiła jajecznicę. Wciąż była w płaszczu. Powiedziała, że musi już iść. Nalegałem, żeby jeszcze została. Uparła się jednak i stwierdziła, że dłużej tu nie zostanie.
Zapisałem jej na skrawku serwetki swój numer. Z portfela wyciągnąłem dwieście złotych i wręczyłem, mówiąc, że to na bilet. Schowała pieniądze do kieszeni płaszcza i podziękowała.
Powiedziała, że się odezwie i wyszła. Juliette.

Opowiadanie otrzymało nominację do nagrody w konkursie na tekst literacki o tematyce zielonogórskiej Towarzystwa Miłośników Zielonej Góry „Winnica”.

Marcin Radwański