Wyprawa na koniec świata

Jestem święcie przekonany, że gdyby zrobić sondę wśród mieszkańców gminy Lubsko, zadając im pytanie, gdzie leżą Janowice, większość nie miałaby pojęcia o lokalizacji tego przysiółka. O takich wsiach mówi się przeważnie: dziury zabite dechami, ptaki tam zawracają lub – bardziej wulgarnie – psy tam przyrodzeniami (mówiąc delikatnie) wodę piją. Gdy dostałem od naczelnego zlecenie na reportaż o tej miejscowości, kojarzyłem, że leży gdzieś koło Lutolu, jednak pomyliłem ją z Malwicami, w których też nigdy nie byłem. W atlasie samochodowym wydanym przez warszawski GeoCenter w roku 1994 miejscowości o takiej nazwie koło Lutolu nie znalazłem.
Po drodze do celu swojej podróży zachodzę na piwo do sklepu w Lutolu, by zasięgnąć języka i spytać o dalszą drogę. W Janowicach zwanych niegdyś Janówką nie ma sklepu. Nie ma też sołtysa, gdyż administracyjnie przysiółek podlega pod sołectwo w Lutolu, więc może być problem, by z kimś porozmawiać, zwłaszcza że moja fizjonomia raczej nie wzbudza zaufania.
– A gdzie się tam pan wybiera? – pyta jeden z mężczyzn kończący pić piwo, gdy mówię mu o celu swojej podróży. – Toż to jest już koniec świata. Tam drogą się kończy.
Po chwili dosiada się do mnie inny mężczyzna.
– Tam teraz tylko pięć obejść zostało. Kiedyś było znacznie więcej. Pięć domów, a trzy wyznania, bo są katolicy, świadkowie Jehowy i prawosławny, Białorusin, gdzieś w Żarach pracuje, ponoć nauczyciel.
Sołtys Lutolu Teresa Rałowiec, która mieszka w tej wsi od 1975 roku, pamięta, że kiedyś gospodarstw w Janowicach było więcej.
– Od czasów powojennych z tego, co się orientuję, w Janowicach rozebrano osiem gospodarstw. Najwięcej na ten temat mógłby powiedzieć mieszkający na końcu osady Benedykt Malinowski. On mieszka tam najdłużej, dom odziedziczył po rodzicach. Pozostali mieszkańcy Janowic osiedlili się tam znacznie później.
– Za boiskiem skręć w lewo jakieś półtora kilometra i będzie Janówka – nawet nie zauważyłem, jak z moim rozmówcą przeszliśmy na ty. I jak tu nie stwierdzić, że alkohol zbliża ludzi. – Tam taki drogowskaz zielony będzie.
Rozleniwiony październikowym słońcem i wypitym piwem powoli podnoszę się z ławki. Robotę trzeba zrobić, a dzień coraz krótszy. Idę w kierunku, który wskazał mi znajomy spod sklepu. Dochodzę do boiska, na rozstajnych drogach widzę drogowskaz z napisem Janowice 2,7. Miało być półtora klocka – myślę wkurzony. Postanawiam liczyć kroki, jednak wkrótce od tej czynności odrywa mnie telefon. Idę polną drogą wzdłuż nieskoszonych pól kukurydzy. Jeśli w Janówce jest pięć domów, to szansa złapania stopa jest niemal równa strzelenia szóstki w totolotka. Po minięciu kilku zakrętów i upływie niemal pół godziny widzę w oddali budynki po prawej stronie drogi.
Zanim wszedłem do osady, drogę przebiegło mi stado kóz. Chciałem zrobić im zdjęcie, jednak okazały się za szybkie. Wita mnie drewniana tablica z wyrzeźbioną dawną nazwą wsi Janówka. Na podwórku przed pierwszym domem nie ma nikogo, w obawie przed psami postanawiam nie wchodzić. Przed drugim domem stoi kobieta w średnim wieku. Gdy pytam, czy mogłaby ze mną zamienić kilka zdań, gdyż piszę artykuł o tej miejscowości, odpowiada, że nie ma czasu i odsyła mnie do sąsiadki mieszkającej dom dalej, która jest członkiem rady sołeckiej. Po chwili pod jej dom podjeżdża duże terenowe auto, dwaj mężczyźni w myśliwskich strojach wyciągają z niego motocykl.
– A ten pan tutejszy? – pyta starszy z charakterystycznym zabużańskim akcentem kobietę stojącą przed domem.
– A co? Nietutejsi potrzebują paszportu, by tu przebywać? Czy mają zakaz wstępu? – odpowiadam wyzywająco pytaniem na pytanie wkurzany, że nie mogę złapać języka.
– A czemu zaraz zakaz, panie? Tak tylko spytałem – odpowiada mężczyzna zmieszany.
Po lewej stronie drogi znajduje się tablica przystanku autobusowego. Przy niej trzy drewniane toporne ławeczki. Jednak żaden autobus liniowy nigdy tu nie dotarł, kursują jedynie te dowożące dzieci do szkół. Nie ma też wody, więc mieszkańcy zdani są na przyłącza z przydomowych studni, o gazie czy kanalizacji nawet nie ma co wspominać. Szerokopasmowy światłowód też Janowice ominął.
W trzecim domu mieszka Małgorzata Michałkiewicz, która reprezentuje przysiółek w radzie sołeckiej Lutolu. Podchodzę do płotu i przekrzykując szczekające psy, wołam krzątającego się na podwórku młodzieńca, od którego dowiaduję się, że ciocia pracuje w szkole i do domu przyjeżdża tylko na weekendy, a on za wiele mi też nie może powiedzieć, gdyż mieszka na co dzień w Zielonej Górze.
Ruszam dalej, w oddali po lewej stronie widzę jeszcze dwa domy. Podchodzę do pierwszego, gruntownie odremontowanego, w oczy bije wschodnia ornamentyka. Tu zapewne mieszka ów Białorusin, o którym słyszałem pod sklepem w Lutolu. Dzwonię raz i drugi, czekam pięć minut, nikt nie otwiera. Został mi jeszcze ostatni dom, to zapewne dom Bońka – jak mówią o Benedykcie Malinowskim. Od niego mógłbym się zapewne dużo dowiedzieć. Też echo. Dochodzę do końca osady, piaszczysta droga zmienia się w leśny dukt i znika w lesie. Karłowate sosny wżerają się zakolami w piaszczyste pole. Pora wracać, za jakieś pół godziny będę pod sklepem w Lutolu.

Adam Bolesław Wierzbicki