Apertura wciąż patrzy

– Zadrzyj kieckę, Lola-Paola, no! Daj się macnąć, idiotko, przecież nie będę się nakręcał na sucho! Wypnij dupsko, a nie te swoje wary-giganty z twarzy, coś sobie jakimiś kwasiskami faszerowała! – proponował on.
– Ej, wyluzuj bejbiku, słitfocie sobie strzelam okazyjnie. Jakaś taka jestem dzisiaj medialna, czuję celebrycki feeling, muszę się pokazać holistycznie-demonicznie na Instalmamie i Fejsruku. Kaprysa mam takiego wyszukanego, o! – odpowiedziała ona.
Męski głos zaryczał straszliwie niczym wieprz przed drzwiami rzeźni i dalej nadawał swoje:
– Chodź na seksi karuzelę do tatusia, bo ci nowe tipsy powyrywam i ten push-up wydłubię spod bluzki-intruzki! A jak będziesz grzeczniutka malutka, to ci dam kasiorkę na lateksowe wdzianko z szopa erotycznego. No, ogarnij myślenie i zobacz, że to uczciwy deal, filozofko!
– Ty, wielkie dzięki za te twoje koszmarne przebieranki seksoszopowe! Znowu mam robić przez parę godzin za wiewiórkę albo pingwina i to na dodatek w wydaniu chińskim?! Ani mi się śni, głupolku-matołku! Słitfociuję się właśnie, mam akurat moment urody osobistej powalającej. Odsuń się ode mnie, bo mi tło zapaskudzasz sobą niestylowo!
I lejdi dzióbki zaczęła robić krzywaśne, oczy wybałuszać portretowo, piersi wypinać ku dłoni ze smartfonem wycelowanym. Słitaśne focie powstawały hurtowo epokowo, gdy naraz głos męski wrzasnął jak opętany:
– Daj wreszcie dupy, kretynko! Czego w tym zdaniu nie rozumiesz?! Nie wiesz, gdzie ci dupsko wyrosło? Zapytaj może wujka Google’a o ten szczegół anatomiczny, jak cię nachodzą wątpliwości, ale to może potem. Teraz to się po prostu wypnij i odstaw tę całą szopkę, jaka to jesteś napalona, jaka z ciebie gorąca kocica – fikcyjna dziewica. Emocji potrzebuję, rozumiesz?! – mężczyzna zawiesił dramatycznie głos i chwycił dziewczynę mocno za biodra. Pokręcił nimi nieudolnie, gdy Lola-Paola zmarszczyła niezadowolona nos zatapetowany:
– Przestań mnie ugniatać, misiu, bo mi się słitfocia zwarzy od tych twoich dansingów z moimi biodrami! O, ble, mam fazę na autorzyganie! Sam zobacz, jak debilnie wyszłam – o, tutaj… – Dziewczyna pokazała chłopakowi kilka ujęć na ekranie, a ten nawet nie patrząc, wzruszył ramionami.
– Daj mi… no daj! Nie bądź taka, co? Ile jeszcze mam cię prosić, samico egoistko? – mruczał jej do ucha, próbując się przytulić choćby do wierzgających pleców małolaty. Ta jednak jakby w ogóle nie zauważała jego wzrastającego podniecenia, jakby nie słyszała wypowiadanych przez niego słów.
– Jeszcze dzisiaj nie określiłam swego statusu w sieci, muszę zmienić focię profilową, bo ta wisi w necie już od wczorajszego wieczorka i średniowieczem to zajeżdża, co bejbiku? Dałabym tę, gdzie mrugam oczkiem i taka jestem glamourowa, ale z tyłu widać twoje zarosty i odrosty, a to psuje mi całokształt atmosferki – dziewczyna zamyśliła się wyraźnie, aż jej przewody mózgowe dymiły, a trybiki trzeszczały. – Ej, tyyyyyy chamieeeee! – ryknęła nagle, uderzając jednocześnie chłopaka smartfonem w głowę. Głowa pozostała na miejscu, ale smartfon zamienił się w smartzłom i rozleciał na kilkanaście fragmentów odpadów elektronicznych. – Zrobiłeś to, co?! Właśnie to zrobiłeś?! – pytała go, ale zgoła tylko retorycznie, bo przecież czuła, a to, co czuła, było jednocześnie odpowiedzią. – Jak mogłeś, wale jeden, jak mogłeś?! – Rozpłakała się z bezsilności, gdy on już zapinał spodnie i wprowadzał na twarz element tak dobrze jej znanego, wystudiowanego głębokiego znudzenia.
– Zamknij dziób, Lola-Paola, już po krzyku! Nie chciałaś po dobroci, to wziąłem z zaskoczenia. Nie rób tu szoła na schodach, bo cię sąsiedzi oblecą. A tego byś pewnie nie chciała, śmierdzisz przecież teraz grzechem i upadkiem. Lafiryndowatość z ciebie aż bucha, jak świeży pot, unikaj więc widzów i przypadkowych gapiów. Rozumiemy się?! – Mężczyzna spojrzał groźnie na dziewczynę, ale ona usiadła na ziemi i skuliła się jak embrion. – Beczymorda! – zawyrokował, przyglądając się z wyraźnym obrzydzeniem jej drgającym od tłumionego łkania ramionom. – Jak tylko dowiem się, że komuś o tym naszym gorącym numerku powiedziałaś, jesteś skończona na mieście, notujesz w rozumku? Pilnuj języka, bo ci kwasem nasikam, no… – zakończył pogróżki i szybkim krokiem oddalił się z miejsca zdarzenia. Poszedł gdzieś przed siebie, byle dalej. A dalej byli upaleni koledzy i imprezka odstresówka.
Wizjer zamrugał metalową powieką; ujęcie panoramiczne klatki schodowej w mieście P.
Zastraszona, płacząca cicho dziewczyna jeszcze długo siedziała na schodach. Smarkała bardzo długo w bardzo krótką spódniczkę, a płynący kilkoma potokami makijaż wycierała w rękawy swojej niegdyś białej, pikowanej kurteczki. Już nie myślała, by utrwalić chwilę w postaci słitfoci, zresztą to bardziej byłaby „bitterfocia”. Ostatecznie wszystkie mniej lub bardziej udane focie ulotniły się bezpowrotnie w momencie rozczłonkowania smartfona na nanocząstki. Nie analizowała dłużej swojego wizerunku, teraz dla odmiany analizowała swoje odczucia. Badała je nagle odkrytymi czułkami wrażliwości. Emocje o różnym natężeniu układały się w niej warstwami, przybliżały się do niej i oddalały, nie pozwalając na jałowość doznań. Czuła się poniżona, upodlona, znieważona, zgwałcona…. Zgwałcona?! Tak, ostrożnie obracała na języku to kolczaste, nieprzyjemne słowo: gwałt. G-W-A-Ł-T! Ona i gwałt, ona i zgwałcenie, ona i on oraz to słowo między nimi. Teraz i na zawsze.
Judasz w drzwiach upewnia się: tak, to ona.
Siedziała jak sparaliżowana, wciąż na tym samym schodku klatki schodowej. Od czasu do czasu mijał ją szybko jakiś mieszkaniec kamienicy, ale nie odzywał się ani jednym słowem. Częstował ją co najwyżej gorzkimi landrynkami obojętności. Pewnie uważano ją za jakąś nieletnią alkoholiczkę lub narkomankę, a takie najlepiej zostawić w spokoju, bo utytłane są całe w problemach. No, więc siedziała i taplała się w swoim postkoitalnym sosiku. Gdy zabrakło powierzchni spódnicy na te jej galaretowate smarki, przecierała czerwony nos pasmami chemicznie rudych włosów.
I wtedy nagle drzwi mieszkania, przy których siedziała, otworzyły się gwałtownie, ktoś z nich wyskoczył. Nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. Mężczyzna to był, a może kobieta… Nie, to facet… Zakrył jej usta dłonią, szarpnął za rękę, pociągnął za sobą w głąb mieszkania. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Nawet tego, jak ona długo potem krzyczała, jak rozpaczliwie prosiła o litość, jak zasłaniała posiniaczonymi, podrapanymi dłońmi swoje drobne piersi i dziecięce majtki z Misiem Puchatkiem. Nikt nie słyszał, jak on charczał w finale i ile tych finałów było. Nikt z sąsiadów nie usłyszał, wata w uszach i oczy przyspawane do serialu w telewizji. Jak on się nazywał? „Barwy zbrodni”, „M jak morderstwo” czy „Czas odoru”? Rozczłonkowane ciało, schowane do zamrażalki, zawinięte w dywan i przechowywane w tapczanie czy wywiezione nocą do lasu w bagażniku auta i zakopane? Jaka była ostatnia jej myśl przed śmiercią, naprawdę bolało?
Przeziernik w drzwiach mieszkania rzuca na siatkówkę mojego oka kolejne wizje. Rzuca niefrasobliwie, od niechcenia, bez uczucia empatii. Głodny widziadeł i mamideł łykam wszystko jak sztucznie tuczona gęś, aż zwoje mózgowe trzeszczą mi od nadmiaru kalorycznych obrazków.
Nie, dość! Odrywam chciwe obrazów oko od wizjera, odwracam się do ściany i z całej siły uderzam w nią głową. Tak na maksa. Raz, drugi, trzeci… Dzwoni i dudni, pulsuje. Czwarty i piąty… Coś mruczy groźnie, coś błyska pod powiekami… Szósty… Lekkie zamroczenie… Cholernie boli! Ale tak jest dobrze… Tak musi boleć…
Osuwam się po ścianie na podłogę. Przez chwilę każda myśl w mojej głowie jest tylko konturem, pustką obrysowaną w setki kształtów, ale po pewnym czasie zaczynam odnajdywać się w realiach tu i teraz. Już nie widzę rozczłonkowanych kawałków dziewczyny, którą zabiłem. Moja zamrażalka z wyobraźni nie przechowuje fragmentów jej ciała, nie ma go także w domowym tapczanie i w bagażniku samochodu. Nie czuję wokół siebie trupiego odoru, ani nie odczuwam przymusu bezustannego czyszczenia ryżową szczotką plam zaschniętej krwi, której nie ma w moim mieszkaniu. Makabryczne urojenie wrzuciłem do kompostownika gnijących, bezużytecznych myśli i zatrzasnąłem z hukiem pokrywę nad cuchnącą breją. Oddycham głęboko i liczę do stu. Wyobrażenie fermentuje, przerabiam je na neutralny granulat mózgowy. Tłumaczę sobie, że dziewczyna wciąż siedzi bezpiecznie na schodach przed moimi drzwiami i pewnie smarka już w desperacji w podarte rajstopy. Może i jest zgwałcona przez swojego sponsora, ale żyje. Choć w tej chwili wolałaby umrzeć. Tak, to byłoby ciekawe dla jej przyjaciółek z Fejsruka – nowy status osobisty: osoba okresowo martwa.
Dopiero po chwili ośmielam się spojrzeć przez wizjer. Dziewczyna zniknęła.
Niestety, nie zabrała ze sobą wszystkiego. Zostawiła mi swoją historię, a to bardzo nieporęczny prezent. Rozpycha się w ludzkim umyśle, zajmuje za dużo miejsca. I jeszcze inni próbują się do niego dorwać, by rozplątać wstążeczki i zedrzeć ozdobny papier.
Tak było właśnie dwa dni później, próbowali i próbowali. Dzwonili i dzwonili. A kto by inny, jak nie policjanci? Zobaczyłem ich przez judasza, ale nie otworzyłem drzwi mieszkania. Chętnie by mnie wykończyli tysiącem podchwytliwych pytań i jeszcze dorwali się do neutralnego granulatu mózgowego, zamieniając go w materiał dowodowy. Ze świadka gwałtu stałbym się głównym podejrzanym. Z człowieka z imieniem i nazwiskiem przeobraziłbym się w odcisk linii papilarnych i materiał biologiczny DNA. Odtąd wszystko, co bym powiedział, mogłoby zostać użyte do wsadzenia mnie za kratki.
Przykucnąłem za drzwiami, powstrzymując nawet regularne oddychanie. Po pięciu minutach dzwonienia i pukania dali sobie wreszcie spokój. Długo siedziałem na ziemi bez ruchu, ale już nie wrócili. Ani tego dnia, ani nigdy więcej. Pewnie zapłakana lolitka była za mało przekonująca w roli ofiary. Pewnie uznali, że sama dała, bo przecież chciała. Policyjne notatniki zamknięte, sprawa załatwiona, statystyki poprawione. I tylko mała płacze po nocach, ale oni już tego przecież nie słyszą.
Ja też nie chcę tego słyszeć, ale słyszę i widzę. Historia dziewczyny zaklinowała się tuż pod moimi powiekami i uwiera jak ziarnko piasku w oku. Siadam na tapczanie i zastanawiam się, czy ona w nim już się rozkłada, otwieram drzwiczki zamrażalki i boję się sięgnąć po bryłę zimnych żeberek, z niepokojem otwieram bagażnik auta, by włożyć do niego zakupy spożywcze. A owszem, to w zasadzie nie jest historia tej dziewczyny, ale moja własna wizja, lecz jej realność wciąż mnie zaskakuje. Niby wiem, że to wszystko sobie tylko wyobraziłem, ale nie ukrywam, że odczułbym wielką ulgę, gdybym znów ujrzał ją przez wizjer w drzwiach. Tym razem mógłbym jej pomóc uwolnić się od nachalnego, napalonego mężczyzny. Może nie zdołałby jej zgwałcić. Prawie słyszę jej szept, penetrujący wnętrze mojego ucha, jej dziecięcy głosik z kapryśnym i naburmuszonym: „Pomożesz mi? Obiecaj!”. No to obiecuję.
Wciąż jej szukam przez panoramiczną dziurę w drzwiach, wciąż jej wyglądam. Codziennie odsłaniam powiekę judasza z nadzieją, że ją zobaczę. Zamiast niej majaczy mi przed załzawionym od zmęczenia okiem zniekształcona klatka schodowa. Czasami przeżywam moment całkowitej dezorientacji, nie wiem już, czy to ja spoglądam przez wizjer na świat, czy to świat podgląda mnie. Szklana błona judasza, choć chroni moją egzystencjalną intymność, jednocześnie jest przepuszczalna, pozwala na przepływy pomiędzy cząstkami prywatności a atomami zewnętrzności. Byt mój i Loli-Paoli wymieszały się w szejkerze atmosfery miasta, przeniknęły z bolesnym sykiem i stopiły się w niepokojącą jedność. Spoglądam każdego dnia przez przeziernik i zastanawiam się, co stało się ze słitaśną nastolatką o zasmarkanych włosach i rajstopach. Patrzę przez otwór w drzwiach i w jakiś dziwny sposób wydaje mi się, że spoglądam przez otwór jej bolesnej, kiełkującej kobiecości. Przecieram irchową szmatką, owiniętą wokół palca oko wizjera, by wyraźniej dostrzec kontury jej szczupłego, wciąż jeszcze mleczno-dziecięcego ciała. Rumienię się przy tej czynności, choć wykonywałem ją wcześniej tysiące razy i nigdy nie wywoływała we mnie takiego niepokoju. Dotąd judasz był tylko użytecznym narzędziem podglądania rzeczywistości zadrzwiowej, a teraz stał się tunelem do historii ukrytej w damskiej macicy lub pępowiną łączącą mnie z niezwykłym zdarzeniem.
Namacalne życie poza drzwiami mieszkania zawsze mnie przerażało. Zlizywać smaki egzystencji, dotykać prawdziwych, spoconych ludzi, wdychać spaliny samochodów i drogie perfumy Chanel No.5? Nie, wolałem badać rzeczywistość przez tego optycznego pośrednika. Dzięki niemu, przebywając w bezpiecznym, cieplutkim mieszkaniu – łonie, łączyłem się pępowiną metalowej tuby z zewnętrznym światem. Każde spojrzenie przez wizjer było więc niejako kolejnymi narodzinami dla świata, a każde zasłonięcie obiektywu wizjera – powrotem do wnętrza intymnego matecznika.
Mój osobisty szpieg w drzwiach był dla mnie wyszukanym, eleganckim monoklem, który przymierzałem do oka, ilekroć chciałem zobaczyć dane zjawisko społeczne dokładniej, mikroskopowo ogniskując wzrok na prawie niewidocznych didaskaliach. Z góry obiecywał mi rozrywkę. Przez wizjer widziałem już wiele wojen. Najczęściej sąsiedzkich, bratobójczych, mających za zadanie atak psychiczny i fizyczny, który ostatecznie okazywał się najczęściej chemicznym: zwyczajnie śmierdziało. Gdy stronom walczącym w sporach sąsiedzkich brakowało w końcu mniej lub bardziej sensowych argumentów, zawsze mogły posłużyć się argumentem bezsensownym i cuchnącym: kupą na wycieraczce. Przeżyłem już mnóstwo walk: międzysąsiedzkie bitwy kałowe, moczowe i powstałe z połączenia tych dwóch rodzajów – wojny kałowo-moczowe. Niektóre z nich miały charakter międzygatunkowy: odchody ludzkie walczyły na zapachy i konsystencję z odchodami zwierzęcymi, kocimi lub psimi. Co ciekawe, na ogół czworonogi nie brały bezpośrednio udziału w tych walkach na zapachy. Odchody były przez strony walczące podbierane spod zwierzęcych pup, a potem rozsmarowywane na klatkach schodowych, w piwnicach czy na strychach. Zaanektowany fekaliami teren stawał jest rejonem ciężkich walk strategicznych i psychologicznych z rodzaju: kto kogo dłużej przetrzyma. Osoba, która nie mogła już znieść przykrego odoru i specyficznego wyglądu poligonu sąsiedzkiej psychozy, z odrazą chwytała za wiadro i szmatę, by w pokorze pucować zaskorupiałe narzędzia walki. Niektóre tak silnie wnikały w podłoże, że zamiast ryżowej szczotki przydałby się bardziej hebel do zeskrobywania kolejnych warstw wydalin.
Przez wizjer widywałem cwanych akwizytorów z magicznymi ściereczkami lub odkurzaczami, przypominającymi uzbrojone postacie rodem z filmu Star Wars oraz ankieterki w szpilkach i mini, które wymachiwały długopisami jak oszczepem, próbując dostać się do wnętrza istoty szarej mojego mózgu. Przez judasza obserwowałem kominiarzy z kserówkami kalendarzy w dłoniach (jednocześnie próbując prawą ręką odszukać w spodniach ten wiecznie odpadający guzik na wieczyste szczęście) oraz tych wszystkich pracowników administracji, którzy od zawsze lepią się do drzwi mieszkań niczym landrynki do dziecięcej dłoni. Przez wyziernik oglądałem zniecierpliwionych listonoszy z krzywymi kręgosłupami, którzy dłubali niedyskretnie w nosie i facetów od gazu/prądu/wody, którzy starali się władować do mojego mieszkania zawsze akurat wówczas, gdy ja w pośpiechu z niego wychodziłem. Nie brakowało i tych wszystkich mieszkaniowych powsinóg, złachanych wędrowców, odwiecznych zbieraczy suchego chleba dla koni, alkoholików i życiowych performerów, którzy mniej lub bardziej rytmicznie kiwali się przed moim sztucznym, szklanym okiem drzwi wejściowych. Spoglądałem na tych zbieraczy złomu, makulatury i dobrych słów, ale rzadko zasilałem ich kolekcję odpadków. Dostrzegałem uczestników zbiórek pieniędzy na leczenie chorych dzieci, którzy podjeżdżali pod mój blok najnowszymi modelami samochodów z salonów i ludzi – powiedzmy sobie, fragmentarycznych, którym brakowało ręki lub nogi, a czasami kombinacji obu tych kończyn. Ci zwykle na nic nie zbierali, chcieli tylko koniecznie dostać ode mnie „buzi”. I dostali, ale po buzi. Pod moimi drzwiami pojawiały się procesje poszukiwaczy darmowego seksu, ekshibicjonistów odzianych tylko w długie płaszcze oraz paranoików i oszołomów, którzy przebywali na przepustce ze szpitala psychiatrycznego, tymczasowo wyrywając się spod władzy białego kaftana, wiązanego troczkami na plecach i pasem w kroczu. Judasz pokazywał mi zastępy żebraczek i zawodowych dziadów proszalnych, którzy gotowi byli zedrzeć ze mnie ostatnią całą parę gaci. Przeziernik wpuszczał do moich źrenic obrazy wróżek, cyganek i prorokiń, które koniecznie chciały dostać w swoje szpony moje dalsze losy, wtoczyć do mieszkania zakurzoną, szklaną kulę, a na stole rozłożyć zatłuszczone, brudne karty. Przy moich drzwiach stawały wszelkiej maści zakutane babinki i wiedźmy, którym spod spódnicy wystawała końcówka latającej miotły. Te ostatnie aż drżały z emocji na całym ciele, gdy te ich wibrujące miotełki wyczyniały harce pod długimi kieckami. Judasz zdradzał mi istnienie za drzwiami świata kobiet w permanentnej, urojonej ciąży, które jeszcze przed porodem zbierały pieniądze na pieluchy, i złodziejskich prestidigitatorów, którzy zręcznie manewrując palcami, chętnie by mnie okradli z wszelkich postaci gotówki.
Jednej tylko postaci nie chciał mi ponownie pokazać – Loli-Paoli. Nie mignął mi w oku wizjera nawet fragment jej zasmarkanej spódniczki, nie zauważyłem śladu zabłoconego trampka. Choć tkwiłem przy wizjerze dzień i noc, nie mogłem jej odnaleźć. Schudłem, zapadłem się na twarzy, wciąż wgniecione w wizjer oko okropnie mnie bolało, ale ja wciąż patrolowałem źrenicą klatkę schodową. Jadłem coś szybko z okiem wbitym w judasza, spałem tylko po dwie, trzy godziny i sikałem do pięciolitrowej butelki po wodzie. Nadaremno, nastolatka zniknęła razem ze swoimi problemami. Czasami zastanawiałem się, czy robi sobie jeszcze te swoje słitfocie, czy wystawia w internecie kacze dzióbki.
– Ty zarośnięty, niemyty dziadu, spieprzaj spod tych drzwi, dobrze? – wściekły głos żony nagle sprowadził mnie z hukiem na ziemię. – Wychodzę z chałupy, więc przestań może psycholować, co?
– A coś ty taka wściekła, macica ci się przegrzała, czy co? – odpowiedziałem jej w podobnym, „ciepłym” tonie. – Druciki połączenia z grzecznością ci się rozmontowały, łącze z uprzejmością skorodowało?
– Nie pajacuj Einsteinem, durniu! Nastroju dzisiaj nie mam na te twoje mężowskie paplanie! Zamiast gapić się przez dziurę w drzwiach, lepiej byś do jakiejś pracy poszedł, kasiorę wyniuchał i w pyszczku na tacy mi przyniósł. Czemu ja za ciebie wyszłam, ułomku? Inni mężowie to żonom kupują fury, komóry i inne pierdoły, a od ciebie nie dostaję nawet drobnych na bilet autobusowy. Cały tydzień to ja muszę gibać do pracy, by zarobić w tym swoim szopie chociaż na zjełczałą szminkę z bazaru czy bluzkę sto procent poliester, wykonaną przez biedne, małe rączki z Bangladeszu. A mąż primadonna ma humor tylko przy drzwiach siedzieć i przez wizjer popatrywać. Czego ty szukasz przez szkiełko tego kretyńskiego judasza? Bo chyba nie pracy…
Nie przerywałem jej, niech się wyzłości, jak sobie zostawi jakieś złogi nienawiści w organizmie, to jeszcze jej to, nie daj losie, osiądzie na wątrobie i trafi ją jakieś choróbsko. Tyle się teraz słyszy o tych wszystkich rakach i atakach autoimmunologicznych. Komórki ludzkiego ciała powstają przeciwko sobie i maszerują na śmiertelny bój.
– Nienawidzę cię! – krzyknęła jeszcze w temacie i trzasnęła drzwiami tak mocno, że dźwięk ten dotarł z pewnością do jądra Ziemi.
Z ulgą powitałem kojącą, babską nieobecność, kształtną pustkę, która po niej została. Wreszcie byłem w ulubionym towarzystwie samego siebie, a oko wizjera łypało ku mnie znacząco. Mamiło mnie bezrzęsym spojrzeniem, błyskiem pożądliwości w układzie soczewek. Dałem się opętać emocjom, które pieściły wypustki moich neuronów. Z głębokim westchnieniem przypadłem do przeziernika. Odsunąłem przesłonkę, wkręciłem wzrok w soczewkę, przestałem oddychać. Minutę, dwie… Ale nie przestałem patrzeć.
Była tam. Tak, to na pewno ona! Podobna sylwetka, chemicznie rude włosy, krótka spódniczka, tym razem już wyprana ze smarków. Tylko ta wykrzywiona gniewem twarz… Dlaczego Lola-Paola jest taka wściekła?
Zaczęła walić pięścią w drzwi, nie oszczędzała nawet wizjera i przez jeden straszliwy moment bałem się nawet, że go rozwali. Przetnie sobie stłuczonym szkłem dłoń, a potem zobaczę przez pustą dziurę w drzwiach tylko krew, wszędzie ślady krwi. W wypatroszonym oczodole wizjera pojawi się czerwona kropla, która spłynie po drzwiach prosto pod moje stopy. A potem będzie już wszędzie – na podłodze, dłoniach, klamkach. Znów ciało będzie musiało być poćwiartowane… Uderzenia siekiery, ten odgłos rozłupywanych kości, zapach śmierci… Zamrażalnik, tapczan albo bagażnik samochodu…
– No otwórz, matole! Ile jeszcze mam tu czekać?! – Dziewczyna wciąż próbowała stratować drzwi wejściowe, tym razem przy pomocy kopniaków i uderzeń torebką. – Szybciej, on tu jest, zaraz mnie znowu dopadnie! Przecież obiecałeś mi pomóc, jeśli wrócę! Chcesz, by ten bydlak ponownie mnie zgwałcił?! Naprawdę chcesz to znów oglądać?!
Znów?! Skąd ona wie, że widziałem ten gwałt? Przecież nie mogła tego wiedzieć, nie zauważyła oka, ukrytego za tarczą wizjera. Raczej słitasiła fotki, marszczyła brewki, wydymała usteczka, gwiazdorzyła, nawet gwałt zauważyła dopiero wówczas, gdy już było po wszystkim. Bystrością nie grzeszyła, ciałem i owszem. Gwałtownie otworzyłem drzwi. Żuła gumę, patrzyła pogardliwie.
– Nienawidzę cię! – przywitała mnie zdaniem rzuconym wcześniej na pożegnanie. Przepchnęła się bokiem przy moim lewym ramieniu i rzuciła w eter niedbale: – Smartfona se gdzieś tu zostawiłam, a seksi feeling poczułam. Będę się słitasić z taką jedną Pipolką. Idziemy do galerii na szopinga, tak trochę się rozejrzeć i przyszpanić. Rozerwać się muszę.
Nie wiem, skąd wziąłem jakąkolwiek stanowczość w głosie:
– Nigdzie nie idziesz, Lola-Paola! Tym razem zostajesz w domu! Słitfocić możesz przecież też w naszym pieprzonym mieszkaniu!
Prychnęła ironicznie, wzruszyła ramionami.
– Fantazjujesz na mój temat, oblechu! Nie zatrzymasz mnie na tyłku przed telewizorkiem! Może jeszcze razem z tobą mam godzinami gapić się przez ten kretyński wizjer? To, że jestem twoją żoną, nie oznacza, że możesz mi wydawać rozkazy! Halo, halo, tu nie salon sado-maso, nie bawimy się w pana i niewolnika! No więc, tego, wychodzę! – Lola-Paola chwyciła smartfona z szafki przed lustrem w przedpokoju i wymaszerowała z mieszkania. Choć bardzo starałem się nie dostrzec triumfu w jej oczach, oczywiście go zobaczyłem.
„Obiecałeś! Obiecuj! Obiecaj!” – nienawidziłem tego słowa we wszystkich jego odmianach i czasach. Żona prowadziła mnie na nim jak na smyczy z kagańcem i kolczatką. Po co dałem się tak osaczyć tej zaryczanej smarkuli, którą zamknęli parę lat temu w areszcie? Wcześniej byłem całkiem zadowolony ze swojego życia. Stary kawaler, stary człowiek, doświadczony klawisz. Miałem jej pilnować, gdy zatrzymali ją za jakąś kradzież na czterdzieści osiem godzin. Długo wyła jak kojot, gdy podchodziłem pod drzwi celi i spoglądałem przez oko wizjera. Miała podarte rajstopy, rozmazany makijaż i zasmarkaną spódniczkę. Gdy wyczuła, że ktoś przygląda się jej przez więziennego judasza, krzyczała coś o pomyłce. O jakimś chłopaku, słitaśnych fotkach i gwałcie na klatce schodowej. Niewiele z tego wówczas rozumiałem. Widziałem już takie podrzędne artystki ulicy, co to udawały dziewice po setnym chłopaku, bo uważały, że wówczas licznik ich dziewictwa ulega cudownemu wyzerowaniu. Nie wierzyłem w ani jedno jej słowo, ale fajnie wyglądała, gdy obserwowałem ją przez przeziernik. Najwyraźniej czuła mój wzrok, bo wypinała tyłek, wydymała usta i mrugała zalotnie oczkiem. Zupełnie jakby pozowała do fotek. Oczywiście słitaśnych. Głupi byłem, zauroczyła mnie trzpiotka, omotała wzrokowo, przywiązała wizjerowo. Areszt jej przedłużono, to i ja dłużej na nią patrzyłem. Odtąd stałem się bardziej podglądaczem niż klawiszem. Otwór w drzwiach w celi mnie hipnotyzował i przyzywał do siebie.
Gdy wyprowadzałem ją na rozprawę, splunęła mi w twarz. Coś niespodziewanie mocno uderzyło mnie w policzek, więc odruchowo wyciągnąłem rękę. W ostatniej chwili złapałem wyplutą przez nią kulkę papieru. Gdy parę godzin później odwijałem ją, wciąż wilgotną od jej śliny, w więziennej toalecie, zauważyłem, że mała bestyjka napisała mi swój numer telefonu. Zadzwoniłem do niej, ale nie tak od razu. Odczekałem na prawomocny wyrok. Sąd ją uniewinnił, nic nie ukradła, nikt jej nie zgwałcił na klatce schodowej. Co ciekawe, nie wydawała się zdziwiona moim telefonem po kilku miesiącach od ostatniej rozprawy. Zgodziła się na spotkanie, byliśmy w galerii handlowej. Gadała coś o tym, że jest sierotką i w zasadzie nie ma gdzie mieszkać. Nawet nie wiedziałem, kiedy kupiłem jej nowiutkiego smartfona i zaprosiłem na stałe do swego mieszkania. Nie ucieszyła się z prezentu, nie rzuciła się na szyję. Wówczas zrozumiałem, że się w niej beznadziejnie zakochałem. Umawiałem się z nią na kolejne randki. Kupowałem sobie jej uczucia nowymi gadżetami. Po roku znajomości, gdy tylko skończyła oficjalnie osiemnaście lat, nazywałem ją żoną, a ona mnie głupolkiem-matołkiem. Cóż, nawet nie zauważyła, że wyszła za mnie za mąż. No tak, małżeńskiego seksu też wydawała się nie dostrzegać. Gdy ja nieporadnie zarumieniony i onieśmielony próbowałem dotknąć pomarszczoną dłonią jej aksamitnego ciała, wolała strzelać sobie w łóżku te swoje słitfocie. Zaraz też wysyłała je do koleżanek i wstawiała na portale społecznościowe, namawiając znajomych, by je lajkowali i tagowali, bo przecież „Obiecali!”. Wciąż wychodziła na te swoje relaksy. Że niby zmęczona, że niby padnięta po pracy w tym swoim mięsnym szopie. To wówczas mój nałóg podglądania świata przez wizjer przybrał na sile. Zamiast jednak przestrzeni swojej klatki schodowej widziałem przez judasza wydarzenia, które rzekomo zaistniały w pełnym fikcji życiu Loli-Paoli: przygodny seks, areszty i foteczki. Moje ego podgryzała chorobliwa zazdrość. Musiałem rzucić pracę klawisza, by mieć czas na śledzenie nierzeczywistości po drugiej stronie judasza. Nastoletnia żona śmiała mi się prosto w twarz, a ja bałem się, że kiedyś stracę nad sobą panowanie. Dręczyły mnie krwawe wizje.
Nagle znów słyszę łomot do drzwi. Ech, to pewnie żona ponownie zapomniała czegoś z mieszkania… Nie mam już siły, by spojrzeć przez dziurę judasza. A ten nie zamierza mi tego darować. I zwyczajowo, jak to Judasz – zdradza, świnia jedna! Otwieram drzwi.
– Ręce-do-góry-bo-strzelam! – Młody policjant rzuca w moim kierunku zdanie z prędkością karabinu maszynowego, a drugi zapina mi w tym czasie kajdanki na nadgarstkach. – Jest pan oskarżony o zabójstwo żony, Loli-Paoli. Nasz wydział dochodzeniowo-śledczy obiecał sobie, że w końcu pana dorwie!

Opowiadanie zdobyło I nagrodę w XVIII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Eugeniusza Paukszty „Małe ojczyzny – pogranicze kultur i regionów”.

Anna Kokot