Gierle. Czytanie zdjęcia

Niedzielne przedpołudnie. Niezapowiedziane ciepło. Ciężkie naręcza pelargonii. Tłok. Za ucho włożone banalne polecenie („proszę przynieść 1-2 stare zdjęcia”), a gdzieś przed oczami jeszcze kilka wyblakłych fotografii i opisów z Fotoplastikonu Jacka Dehnela.
Nasza trójka szybko rozdzieliła się, każdy miał inny zwrot wektora. Ktoś kupił jajka, jakieś dziecko przebiegło tuż obok mnie. Dwurząd kartonów wypełnionych bibelotami przyciągnął moje oczy. Niestety. Sprzedawczyni patrzy na mnie zdziwiona, gdy pytam o fotografie.
– Fotografie? Zdjęcia? – dopytuje. – Po co komuś byłyby potrzebne stare zdjęcia obcych ludzi?
Uśmiecham się tylko, zapewne wzruszam ramionami. Idę dalej. Spoglądają za mną kiczowate przedstawienia świętych, podobne do tego, które kilka miesięcy temu sama przytargałam do domu. To było ciepłe popołudnie, odstawiałam rower do piwnicy. Czułam, że ktoś mnie obserwuje. W kącie korytarza stało coś na wzór obrazu starej i brudnej Matki Boskiej. Zrobiło mi się jej żal. Kilka poluzowanych i zniechęconych żarówek zwisało przed twarzą jej syna. Niewiele myśląc, zabrałam ją pod pachę i zaniosłam do domu. Babcia stała zdziwiona.
– Było mi jej szkoda. Była samotna.
I jak to z każdą przybłędą bywa, umyłam ją, a potem ze starannością, pewnym namaszczeniem zaczęłam małą renowację. Odnotowałam jedną stratę – szyba pękła na wysokości oczu Madonny. Podejrzewam, że to był wyraz wzruszenia.
Idę dalej, mijam kolejne stragany, straganiki, krople deszczu, zdziwionych sprzedawców i bezpańskie rozmowy. Znajduję w końcu duże zdjęcie dziecka, prawdopodobnie chłopca, w wieku około czterech lat. Coś mnie w nim martwi, uwiera. I chociaż obiecuję sobie wrócić po niego na koniec, chyba jednak nie jestem gotowa na taką adopcję. Słyszę znajomy głos. Klaudiusz woła mnie i wskazuje na coś ręką. Idę w jego stronę, jednocześnie uciekając wzrokiem od dziecka. Przecież to skład z meblami, nie znajdę tu nic dla siebie – pomyślałam. A jednak. Ze starego, metalowego kosza wystaje podłużna ramka. Jest sfatygowana, uszkodzona, ale mam wrażenie, że jeszcze niedawno wisiała w przytulnym salonie. Podczas gdy ja wciąż oglądam ramkę, oczy kilkudziesięciu osób skierowane są na mnie. Grono w większości wiekowe, kilka być może dwudziestolatek i Klaudiusz.
– Podoba ci się?
– Chyba je wezmę.
Tym razem nie mam wątpliwości, ale i tak szukam gdzieś znaku potwierdzenia. Kilka kobiet ze zdjęcia uśmiecha się przyjaźnie.
Jakiś czas później szukam odpowiedniego miejsca na fotografię. To wyjątkowo trudne zadanie. Nie potrafię odłożyć ich poza zasięg naszego wzroku. Tymczasowo osiadają na biurku, głaszczą ich liście konwalii, za koksownik służy kubek herbaty. Wydaje mi się, że dobrze ich ugościłam. Wymieniamy spojrzenia.
Trzeba będzie ich tu zameldować na stałe.
Jest ponad sto osób. Gubię się, licząc nierówne rzędy, wpół schowane twarze. A oni przecież się nie ruszają, nie zmieniają miejsc, nie zagadują mnie. Jedynie patrzą.
To chyba zima. Wydaje się, że na dachu budynku stojącego za nimi leży śnieg. Podobnie na ziemi. A jednak kilka osób ma na sobie jedynie koszule i kamizelki, lekkie sweterki. Wykonanie tego zdjęcia musiało być wydarzeniem. W końcu, jak głosi wyraźny napis u dołu fotografii, był to srebrny jubileusz gildii rolniczej w Gierle.
Uderza mnie płynąca z tego zdjęcia szczerość. Uwielbiam panią w piątym rzędzie za spojrzenie w prawo. Jest tak szeroko uśmiechnięta, że trudno tego nie odwzajemnić; prawie zamknęła oczy, a jednak wyraźnie widać, że patrzy w konkretny punkt, gdzieś po prawej stronie. Rozbłysła uśmiechem w tym samym momencie, co lampa fotografa. Zastygła. Kogo tam zobaczyłaś? Próbuję zajrzeć bezskutecznie za obiektyw. Mężczyzna na końcu rzędu wygląda tak, jakby z trudem powstrzymywał śmiech. Zacisnął usta i uwydatnił się mu podbródek, ale oczy śmieją się do rozpuku. Czy to on jest adresatem ponadczasowego uśmiechu?
Mam wrażenie, że w pierwszym rzędzie widzę moją babcię. Ona lekko podnosi brwi ze zdziwienia, że ją poznałam. Przecież tak bardzo nie lubi rzucać się w oczy. Jest na pierwszym planie, skromnie splotła dłonie na małej torebce, którą złożyła na kolanach. Spod czarnego płaszcza wystaje szara spódnica, którą często nosi w domu.
Obserwujemy się, jak gdybym to ja była fotografem. Chociaż od wykonania zdjęcia minęło sześćdziesiąt jeden lat i z pewnością ci ludzie już odeszli, to dla mnie wcale nie umarli, co więcej, nawet się nie narodzili. Istnieją, a ja mogę tego doświadczyć. Możemy na siebie popatrzeć, zadawać pytania. Opisać się.
Czwórka uśmiechniętych księży. Nie wiedzą, co zrobić z rękoma, trzymają nieporadnie kapelusze. Jeden się nieco garbi.
Kobieta w jasnym, dwurzędowym płaszczu. Młoda kobieta o nieschludnie spiętych włosach. Poważne kobiety po prawej stronie. Wyraźnie starsze. Kobieta w pierwszym rzędzie z niesamowitą fryzurą. Starszy mężczyzna całkiem po prawej stronie. Siedzi zwrócony w inną stronę niż wszyscy. Lekko odstaje od reszty zgromadzonych. Ma czapkę. Kolejna młoda kobieta blisko centralnej części zdjęcia. Białe kolczyki, kołnierzyk, ładnie upięte włosy. Jest wyraźnie szczęśliwa. Grupa młodych mężczyzn w ostatnim rzędzie o łagodnych, lekko rozmytych twarzach.
Żałuję, że lewa strona fotografii straciła na ostrości. Ciekawe, czy próbowano z tego powodu reklamować usługi zakładu Foto Dries. Zastanawia mnie też, czy ktokolwiek, kto na tym zdjęciu wyszedł niekorzystnie, miał w posiadaniu właśnie tę odbitkę. Może wisiała w domu pani, która lekko wychyla się zza głowy księdza? A może u kobiety z trzeciego rzędu skutecznie zasłoniętej przez koleżanki? Kto przede mną trzymał w rękach panoramiczne zdjęcie członków gildii rolniczej? W towarzystwie jakich uczuć zostało one powieszone na ścianie? Kim byli dla siebie ci ludzie, jak się pozdrawiali na co dzień? Czy ktoś zapisał coś na odwrocie? Nie wiem. Nie chcę naruszyć struktury ramy. Z tyłu została ona dokładnie zaklejona i zabita dwudziestoma gwoździkami. Być może powinnam to sprawdzić. Z drugiej jednak strony boję się, że w ten sposób obedrę artefakt z niewinności, wedrę się w głąb mimo niemego sprzeciwu, a poznanie tajemnicy będzie skutkowało wygnaniem z Gierle.
Wróciłam do Zielonej Góry. Jedna trzecia kopy żelaznych gwoździków leży na szklanym spodku. Na rewersie fotografii żadnego śladu, kreski ani kropki. Klaudiusz delikatnie reperuje ramę. Herbata paruje. Jest piątkowy wieczór.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Roksana Polon