Mój Mount Everest

Pewnego dnia postanowiłam zdobyć Mount Everest. Nie było mi to niezbędne do życia, bo dotąd jakoś dawałam sobie radę. Jednak podkusiło mnie, żeby zrobić właśnie to, a nie coś odrobinę łatwiejszego. Co mi wtedy przyszło do głowy? Nie wiem i do tej pory się zastanawiam.

Dzień 1

Na Mount Everest nie wchodzi się bez przygotowania. Trzeba zdobyć umiejętności teoretyczne i praktyczne. Zapisałam się na kurs. Siedzę więc wśród innych osób i wodzę wzrokiem po nieznanych twarzach. Prawie wszyscy są ze trzy razy młodsi ode mnie. Nie, pod ścianą siedzi drobna blondynka. Na pewno jest po czterdziestce. Wygląda na zdenerwowaną. Przypuszczam, że czuje się trochę lepiej niż ja. Widzi przecież mnie – starszą od niej o dobrych parę lat. Co myślą o mnie ci młodzi ludzie? Że zwariowałam na starość? Nie byłoby nic dziwnego w tej ocenie. Sama siebie o to podejrzewam.
Zaczyna się. Najpierw formalności, harmonogram zajęć, a potem wykład, slajdy, wyjaśnienia i tak przez kilka godzin. Po ostatnich słowach wymykam się ukradkiem. Czuję się tu obco. Zupełnie nie na miejscu. Ale jakoś to przetrwam.

Dni 2, 3, 4 i 5

Ciągle trwa szkolenie teoretyczne. Muszę przyznać, że prowadzący to prawdziwy fachowiec. Mówi ciekawie. Widać, że zależy mu na tym, by dobrze nas przygotować. Mimo to momentami prawie zasypiam, od siedzenia boli kręgosłup i puchną nogi. Na krótkich przerwach tworzą się grupki koleżeńskie. Młodzi rozmawiają o szkole, osiemnastkach, niektórzy palą papierosy na zewnątrz. Z nikim nie nawiązuję bliższego kontaktu. Nie staram się. W końcu oni będą wchodzić tylko na Śnieżkę.

Dzień 6

Skończyłam przygotowanie teoretyczne. Czas na praktykę. Jest szósta rano. Idę na spotkanie z moim przewodnikiem. Po głowie krąży nazwisko usłyszane w telefonie. Chyba je znam. Może nawet spotkałam go kiedyś?
Czeka na mnie obok samochodu. Tak, na pewno gdzieś go widziałam. Wyciąga rękę, przedstawia się i pyta:
– Czy pani mnie pamięta? Uczyła mnie pani.
Zaskoczona staram się odnaleźć w twarzy młodego mężczyzny rysy dziecka. Gdzieś z głębi umysłu wydobywa się obraz – chłopiec w sportowym ubraniu, miły i grzeczny. Niestety, nic więcej.
– Zwykle zapamiętuje się osoby charakterystyczne, wybitnych uczniów albo urwisów – tłumaczę się. Tak naprawdę trochę mi wstyd, bo każdy zasługuje na pamięć.
– Ruszamy – mówi, wskazując fotel kierowcy.
– Jak to? – wpadam w popłoch. – Myślałam, że na pierwszym spotkaniu zobaczę, co samochód ma pod maską! Nigdzie nie pojadę! Nie mam o tym pojęcia! Nie jestem gotowa, panie Piotrze.
Mówię do niego pan. Prawie zawsze tak robię wobec byłych uczniów. Chcę w ten sposób podkreślić, że zdaję sobie sprawę, że są dorośli. Zwykle wtedy proszą, by mówić im po imieniu. W tym wypadku forma pan jest właściwsza. Pozwala mi pamiętać, kto teraz jest uczniem, a kto nauczycielem.
– Ruszamy – powtarza zdecydowanie. – Proszę się niczego nie bać. Wszystkiego panią nauczę.
No cóż, chyba nie ma wyjścia. Cierpliwie wykonuję polecenia. Robię to niezręcznie i nieumiejętnie. Staram się przy tym nieustannie żartować. Nie chcę, by wiedział, że boję się bardziej, niż się do tego przyznaję.
Ruszam. Naprawdę! Co chwila zbaczam z drogi i uciekam do rowu, chcąc ustąpić miejsca wszystkim jadącym z przeciwka.
– Proszę tak nie robić! Niech pani porusza się prawą stroną i nie ucieka!
Przed sobą widzę dwie postacie idące prawym poboczem. Poznaję! To gimnazjaliści, z którymi mam dzisiaj zajęcia. Biedne dzieci idą na szkolny autobus i nie wiedzą, co im grozi! Wyprzedzając ich, prawie zjeżdżam do rowu, ale tego z lewej strony jezdni. Jadąc dalej, widzę następnych uczniów czekających na przystanku. Jak na złość wszyscy zaglądają ciekawie do wnętrza elki. Czyżby tamci dwaj dali już znać, kto jedzie całą szerokością ulicy?
Mijają dwie godziny. Wysiadam przed domem na miękkich nogach. Jestem spocona i zdenerwowana. Jutro to samo. Od nowa. Co ja narobiłam!

Dni kolejne

Jest coraz gorzej. Zdobywanie Mount Everestu okazało się trudniejsze, niż przypuszczałam. Brak mi kondycji, wiedzy i odporności psychicznej. Wciąż coś źle robię. Nie mogę zapamiętać i skoordynować czynności, które pozwolą mi bezpiecznie i sprawnie poruszać się po szlaku. Widzę, że młodzież z mojego kursu jest już prawie gotowa, by zdobyć swoją górę, a ja ciągle drepczę u podnóża. Zadzieram głowę i nie widzę wierzchołka. Tonie w chmurach, nieprzyjazny i niedostępny.
Nocami leżę skulona w pozycji embrionalnej. Nie śpię. Pod zamkniętymi powiekami widzę zbliżające się skrzyżowania, światła, ronda i samochody. Za oknem słyszę silnik jakiegoś auta. Kulę się jeszcze bardziej. Strach ściska gardło i żołądek. Jutro znowu jazda. Nienawidzę tego! Gdybym mogła cofnąć czas i odwołać moje postanowienie albo wcale go nie wypowiedzieć. Jak spokojne było moje życie przedtem, a jakie się stało przez jedną nieprzemyślaną decyzję. Zrezygnowałabym, ale zawiodłabym wtedy wszystkich, którzy mówią: „Dasz radę! Nie poddawaj się!”. Leżę więc na skalnej półce, kulę się ze strachu i wiem, że jutro od nowa podejmę wspinaczkę, choć tak bardzo tego nie chcę.

Dni następne

Zaczęła się Zielona Góra! Wczesnym rankiem pod mój dom podjeżdża elka. Wsiadam, ale ze strachu zapominam, jak uruchamia się samochód. Na szczęście instruktor cierpliwie przypomina niektóre kroki:
– Fotel, lusterka, pas. Teraz przekręcamy kluczyk i włanczamy światła. Pierwszy bieg, hamulec i ruszamy. Pojedziemy w lewo, więc włanczamy lewy kierunkowskaz.
Włączamy! Włączamy! Mówi się: włączamy, Piotrusiu, dziecko drogie! – jęczy moja nauczycielska dusza. Nie odzywam się jednak, tylko posłusznie wykonuję wszystkie czynności i pokornie „włanczam” się do ruchu.
Znowu robię błędy, oszukuję, staram się ułatwić sobie zadania. Totalna panika. Słyszę, co pan Piotr do mnie mówi, ale nie słucham. Nie jestem w stanie się uczyć. W ustach tak sucho, że ledwie mogę mówić. Ukradkiem zerkam na zegarek. Czy to się kiedyś skończy?
Nocą chcę wtulić się w skalną szczelinę i zasnąć na zawsze, byleby tylko nie myśleć o zdobywaniu góry. Płaczę w poduszkę z bezsilności. Dlaczego jestem taka słaba, dlaczego nie potrafię tego, co wielu innym nie sprawia trudności?
Dzisiaj ćwiczę z Teresą – blondynką spod ściany. Mówi o swoim strachu. Nie jestem więc sama? Ona jeździ tak jak ja. Nerwowo i chaotycznie. Obie odczuwamy ulgę i zaczynamy się wspierać.
Kolejna jazda. Tym razem moją towarzyszką jest młoda dziewczyna – Ania. Okazuje się, że i jej wypadło wchodzić na Mount Everest. Nie na Śnieżkę.

W pracy

Siedzę pochylona nad dziennikiem. Maj – jeszcze miesiąc i trzeba będzie wystawiać oceny. Jestem w tej klasie na dłuższym zastępstwie. Słabo znam dzieci. Teraz piszą sprawdzian, a ja analizuję oceny. Drugie nazwisko i już alarm. Cztery jedynki! Szukam wzrokiem ich właściciela. Wojtek, niski i drobny chłopiec w zbyt dużych okularach. Nie wygląda na szóstą klasę. Najwyżej na czwartą. Podchodzę i zaglądam mu przez ramię. Niewiele napisał. Znowu będzie jedynka. Wracam do stolika nauczycielskiego i kontynuuję analizę ocen. Nigdzie nie jest tak źle jak u Wojtka. Może dla niego Mount Everestem jest historia? Teraz już wiem, co to znaczy mieć przed sobą wielką górę i nie móc jej pokonać.
Dzwonek. Na stoliku ląduje sterta sprawdzianów.
– Wojtku! Zaczekaj chwilę. Musimy się zastanowić, co zrobić z tymi jedynkami. Może mógłbyś zostawać po lekcjach i pouczylibyśmy się razem?
Zostaje.

Jazda, ciągle jazda

Wyjeździłyśmy już z Teresą i Anią swoje trzydzieści godzin. Niestety o egzaminie nie ma mowy. Musimy dokupić następne jazdy. Nie ma sensu przerywać kursu, ale czy jest sens go kontynuować? Gdyby nie to, że trasa do i z Zielonej Góry upływa nam w bardzo sympatycznej atmosferze, trudno byłoby znieść to wszystko. Jadąc, nieustannie rozmawiamy. O przepisach na zupy i sałatki, o dzieciach, rzadko o polityce, a najczęściej o historii. Pan Piotr zadaje wiele pytań. Nie na wszystkie znam odpowiedź, ale to nie problem. Będziemy jeszcze długo jeździć ze sobą. Dowiem się i odpowiem. Czasem myślę, że jeszcze trochę, a instruktor jazdy stanie się moją najlepszą przyjaciółką. Z żadną nie spotykam się tak często i tak dużo nie rozmawiam jak z nim.

A w szkole prawie koniec roku

Idę szkolnym korytarzem. Słyszę szybkie kroki za plecami. To Wojtek.
– Proszę pani, czy mogę już sprzedać podręcznik do historii?
– Oczywiście. Przecież z historią wszystko w porządku. A jak z innymi przedmiotami?
– Też zaliczyłem!
– Gratuluję! Jak to się stało?
– Po prostu wziąłem się za siebie.
Idziemy chwilę w milczeniu.
– Wiesz, Wojtku…, ja też muszę wziąć się za siebie.
– No to niech się pani weźmie!

Znowu Zielona Góra

Wracamy. Siedzę z tyłu. Myślę o tym, że dzisiejszą noc przespałam spokojnie. A jeśli nawet się budziłam, to nie dlatego, że bałam się nauki jazdy. W przerwach między snami zastanawiałam się, jak powinnam jechać na poszczególnych skrzyżowaniach, kiedy mam zmieniać biegi, czy najpierw hamować, a potem wciskać sprzęgło, czy też odwrotnie. Oczywiście w mieście jeździłam tradycyjnie źle, ale coś się zmieniło. Wiem to na pewno. Wzięłam się za siebie.

30 czerwca 2013

Podstawowy kurs się skończył. Jak dotąd Teresa, Ania i ja krążymy u stóp Mount Everestu. Czasem wejdziemy wyżej. Ale odległość do szczytu jest wciąż ogromna. Kilka dni temu udało mi się założyć pierwszą bazę, zdałam egzamin teoretyczny. Wiatr na chwilę rozgonił chmury. Miałam przez moment wrażenie, że widzę szczyt. Czuję przed tobą respekt, góro, ale już wiem, że kiedyś cię zdobędę.

28 sierpnia. Ciąg dalszy nastąpił

Nie pomogło dodatkowe jeżdżenie przez całe wakacje. Na nic ciepłe słowa i wsparcie życzliwych osób. Pierwszy atak na szczyt Mount Everestu zakończył się totalną klapą. Góra okazała się wyższa, niż myślałam. Głupi błąd i poleciałam w przepaść. Siedzę teraz poobijana, liżę rany i rozpamiętuję przyczyny klęski. Znowu nie widzę wierzchołka. Ale to nic, wezmę się za siebie i zacznę wspinaczkę od nowa.

4 września

Kolejna próba zdobycia szczytu. Znowu niepowodzenie. Zdenerwowanie, którego nie umiałam opanować, wpłynęło na to, że zachowałam się niebezpiecznie. Porażka bardzo boli. Tym bardziej że nie jestem „zaszczepiona” przeciw klęskom, jak mówi mój mąż. Zawsze zdawałam egzaminy, a z taką sytuacją spotykam się pierwszy raz.
Na fotoblogu Gosi, mojej córki, przeczytałam słowa odnoszące się do jej życia: „Nic nie dzieje się bez powodu”. Zaczynam myśleć, że tak samo jest w przypadku moich niepowodzeń. Dlaczego teraz, jadąc z instruktorem, robię to spokojnie i prawidłowo, a kiedy zdaję egzamin, szaleję z nerwów i jadę niemal na oślep? Może dwa niezdane egzaminy i być może następne mają mnie czegoś nauczyć? Zastanawiam się czego. Na pewno patrzeć na znaki i dawać czytelne sygnały innym kierowcom. Najważniejsze jest jednak to, bym chciała brać za siebie odpowiedzialność za kierownicą. Dotąd robił to instruktor, dlatego po początkowym okresie przerażenia, czułam się przy nim bezpieczna. Kiedy siadam do auta z egzaminatorem, cokolwiek zrobię, idzie na moje konto. Stąd strach i nerwy. Muszę dojrzeć do tego prawa jazdy.

11 września

Tym razem jechałam jak natchniona. Przez pół godziny żadnego błędu. Egzaminatorka wiodła mnie przez wąskie uliczki, jedno- i dwukierunkowe, skomplikowane skrzyżowania, aż na granice miasta. Tam musiałam zawrócić z wykorzystaniem infrastruktury drogowej, czyli w bramie posesji. Źle się ustawiłam i cofając, tylnym kołem wjechałam na krawężnik. Pomyślałam, że to koniec egzaminu, wyjechałam więc z uliczki, nie patrząc na znaki. I okazało się, że rzeczywiście nie zdałam, ale nie z powodu krawężnika, a dlatego że później nie zatrzymałam się przed znakiem STOP. Miałam wrażenie, że egzaminatorce jest mnie żal. Znowu spadłam podczas podchodzenia do szczytu. Byłam tak blisko. Już dotykałam go ręką. Jestem tak poobijana, że nie umiem się pozbierać.

23 września 2013

Zdobyłam go!!! Jestem na szczycie mojego Mount Everestu. Zdałam egzamin. Jeszcze w to nie wierzę, ale to prawda. „Wynik egzaminu pozytywny”. Popłakałam się, kiedy egzaminator powiedział te upragnione słowa. Jestem taka szczęśliwa! Trochę niepokoi mnie przyczyna szczęścia. Cieszę się nie dlatego, że zdobyłam mój Mount Everest, a dlatego że już nie muszę się na niego wspinać.

23 września 2014

Minął rok. Dzisiaj odwiedziła mnie Terenia, drobna blondynka spod ściany. Przyjechała ślicznym renault twingo. Mówi, że już nie boi się zawodowej przyszłości, bo dzięki temu, że ma prawo jazdy, zawsze gdzieś znajdzie pracę. Ja jeżdżę niezbyt często, ale i mnie ono się przydaje. Od czasu do czasu pomykam srebrną corsą do Kargowej albo Karszyna. Jazda samochodem nie jest co prawda moją ulubioną czynnością, ale jakoś sobie radzę. Zanim wsiądę za kierownicę, powtarzam mantrę: żeby tylko nikomu nie zrobić krzywdy i bezpiecznie wrócić do domu.

Zofia Mąkosa