Start Prezentacje

Prezentacje

Marek Lalko

W swojej działalności porusza się w nurcie fotografii dokumentalno-reportażowej oraz konceptualnej, bazując na klasycznych technikach fotograficznych i technologiach cyfrowych.
Studia I stopnia na kierunku grafika w Instytucie Sztuki i Kultury Plastycznej na Uniwersytecie Zielonogórskim dyplom Moja fotografia dokumentalna. Studia II stopnia na kierunku malarstwo ze specjalnością fotografia w Instytucie Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Zielonogórskim dyplom Miejski pejzaż człowieka. Studia Fotograficzne w Europejskej Akademii Fotografii w Warszawie.
Działalność organizacyjna i popularyzatorska sztuki: 1993-1994 współtwórca Młodzieżowego Laboratorium Fotograficznego; od 1993 członek Lubuskiego Towarzystwa Fotograficznego; od 1993 warsztaty fotograficzne w Broniszowie, uczestnik i prowadzący; od 1995 uczestnik Wszechnicy Fotograficznej w Jeleniej Górze; od 2003 współprowadzący Galerię Fotograficzną „Projekt”; od 2004-2005 współprowadzący galerię „PWW”; od 2010 prowadzący Galerie Fotografii „Na Dole” w Instytucie Sztuk Wizualnych
Wystawy indywidualne: 1995 – „koncerty” Zielona Góra, zestaw prac prezentujący zapis dokumentalny sceny rockowej w Polsce lat 90.; 1997 – „Wenecja” Galeria fotografii pod kaczką Zielona Góra; 1997 – „parada miłości” BWA mała sala Zielona Góra; 1999 – „fotografie” galeria studencka Galera Zielona Góra; 2000 – „fotografie” Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze; 2001 – „fragmenty z...” Galeria Twórców Galera Zielona Góra; 2001 – „fotografia otworkowa” Galeria nad Wisłą Toruń; 2002 – „fotografia otworkowa” Galeria Ciasna Jastrzębie Zdrój; 2003 – „fotografie” Galeria Korytarz JCK Jelenia Góra; 2003 – „fotografia otworkowa” Galeria Lapidarium Wschowa; 2003 – „fotografie” Galeria Zup art Ratusz miejski w Głogowie; 2004 – „pin hole odc. 2” BWA Zielona Góra; 2005 – „fotografia” Galeria Korytarz JCK Jelenia Góra; 2005 – „dzięki niej widzę” Zielona Góra galeria handlowa Grafitt; 2005 – „dzięki niej widzę” galeria teatralna Nowa Sól; 2006 – „lalko.australia.2005” BWA Zielona Góra; 2007 – „w Sydney polak” centrum kultury i sztuki w Koninie „Wieża Ciśnień”; 2007 – „fotografie” W ramach II Żywieckiego Festiwalu Filmów Amatorskich w Galerii Zamkowej w Muzeum Miejskim w Żywcu; 2008 – „fotografie-londyn” Zielona Góra „Heban”; 2011 – „fotografia numeryczna” Galeria DEKA Rybnik; 2011 – „india story” Galeria Drugiego Planu Rybnik; 2011 – „terapia dla zmęczonych codziennością oczu” BWA Zielona Góra; 2011 – „Taman Negara” dom kultury Chwałowice w Rybniku; 1995-2008 uczestnik ponad 45 wystaw zbiorowych.
Dorobek dydaktyczny: 1994-2001 praca w Instytucie Sztuki i Kultury Plastycznej przy WSP Zielona Góra na stanowisku laboranta w Pracowni Fotograficznej; 2001 kontynuacja pracy na Uniwersytecie Zielonogórskim na stanowisku laboranta w Pracowni Fotograficznej; 2005 BWA Zielona Góra, udział w warsztatach artystycznych z osobami chorymi na schizofrenię zakończony wystawą fotografii; 2005-2008 Wojewódzki Ośrodek Dokształcania Zawodowego w Zielonej Górze, zajęcia z fotografii na kursach zawodowych I i II stopnia; 2006 Gimnazjum nr 2 w Zielonej Górze, warsztaty fotograficzne z młodzieżą wyjaśniające zjawisko powstawania obrazu w Camera Obscura; 2007-2008 Liceum Plastyczne w Zielonej Górze, prowadzenie zajęć z podstawy fotografii i filmu; 2008-2009, 2010- wykładowca w Akademii Twórczych Poszukiwań w Zielonej Górze; 2010 Zakład Poprawczy w Babimoście, warsztaty fotograficzne z młodzieżą wyjaśniające zjawisko powstawania obrazu w Camera Obscura; 2011 Festiwal podróżników Rozjazdy 2011 w Rybniku, wykład i pokaz prac „fotograf w podróży”.

Fotografie z cyklu Indie

 

Circus Europe i inne kontynenty. O fotografii Marka Lalki

Bez podpisu, często także bez daty...
Fotografie Marka Lalki posortowane są wprawdzie w cykle, prezentuje je on jednak bynajmniej niechronologicznie. Tak że w obrębie serii prac pod wspólnym tytułem pojawiają się zdjęcia zdradzające różną topografię ukazanych scen. Roczna czy dzienna data ich powstania nie jest zresztą istotna. Automatycznie wyczuwa się tu aktualność, a mimo to przypadkowe z pozoru ujęcia zdają się ponadczasowe. Nie jest to bowiem reportaż – doraźna rejestracja faktów z pierwszych stron gazet – lecz wizualna refleksja snuta wokół banalnych z pozoru zdarzeń, spostrzeżeń czy odczuć. Te składają się na doznanie kontaktu z otaczającą rzeczywistością i oswojenie obcości – faktycznej czy pozornej – z tym, z czym zderza się każdy, skrecając w nieznany zaułek, wysiadając z pociągu czy samolotu.
Pod względem wizualnej komunikacji są to scenerie transparentne, a jednak zwykle nie dostrzega się ich w pośpiechu codziennej bieganiny. Marek Lalko – podróżnik – potrafi się jednak zatrzymać. Pokonując odległość, nie tylko oswaja nieznane, lecz i zdobywa dystans wobec tego, co zostawia za sobą. Zyskuje świeżość spojrzenia. Wyznacznikiem tego jest w pewnym sensie wybrana technika. Wydaje się obiektywna, nosi jednak znamię antykwaryczności, świadomie zresztą eksponowanej. Monochromia – zwykle czerń i biel analogowych średnioformatowym ujęć (6/7 cm) – to pierwszy sygnał swoistego anachronizmu znamionującego poetycką, a nie reporterską pasję. Jest tu i estetyzm, i wola poznania, lecz nie „interesowna”, dziennikarska wścibskość, śledząca sensację i bezkarnie epatująca bólem, intymnością innego. I czas – zaobserwowany i zainwestowany w podróż – choćby tylko mentalną, tuż za róg ulicy. A potem jeszcze w proces techniczny – tradycyjny od początku do końca. W tej fotografii jest zatem czas. Czas – najcenniejsze, co mamy...

Fotografie z cyklu Circus Europe (2006)

Poetyka sepii

Tylko wyjątkowo, w miejsce surowej i pozornie neutralnej czerni i bieli pojawia się w tych odbitkach sepia – artystyczne signum nostalgii. Akcentuje ona element liryczny i niemal dosłownie – na prawach synestezji – przywodzi na myśl słońce Południa. Jest tak jedynie w migawkach z Indii Północnych (2009) i w pełnych mgły i nostalgii ujęciach z Wietnamu (2008). Te pierwsze „doświetlają” kicz naddartych reklam – echa pop-artu kontrastujące z nędzą. Wychudzone ciała dzieci, zmarszczki sprzedawców, raz po raz turban, wielkie czarne oczy. I jeszcze cień biegnącego chłopca. Jak cień Zachodu w aurze Orientu – niepoetycki bynajmniej.
Uniwersalny jest zachwyt uśmiechem dziecka, oddech wstrzymany wobec zadumy staruszki z przedmieść, znanego z opowieści, lecz teraz przecież poznanego z autopsji prania w rzece. I cienie na ścianach, uliczne kramy, kurort, plastikowe krzesła trochę jak z Hoppera. Te ostatnie to ślady „innych” – intruzów, gapiów, dyspozytorów komercji i konsumentów turystycznych „hitów”.

W zdjęciach z Wietnamu – przeciwnie – uderza bliskość, ufność otwartych, zdziwionych spojrzeń w rozmytych kulisach postsocrealistycznych sklepików, willi czy rozległych polan, nad którymi unosi się mgła i cień melancholii. Wilgoć i ciężar powietrza są niemal dotykalne...
W tych dwóch wyjątkowych cyklach sepia to element naddany, ślad kreatywizmu, a więc i korekty rzeczywistości, strategii twórczej fotografa. On sam doda tylko: „Interesuje mnie obraz sam w sobie, tu zaś w pierwszej kolejności czynnik czasu w fotografii – przemijanie... Istotne są też wartości znaczeniowe, a przede wszystkim forma graficzna obrazu. Staram się uchwycić treści pozornie powierzchowne i łatwo ulegające destrukcji emocjonalnej. Przypadkowe, subiektywne spostrzeżenia są niekiedy momentem decydującym. Wplatam je w proces fotografowania na styku dokumentu i prostej typograficznej relacji“. Stąd też, mimo pozornej spontaniczności wizji, odbiorca tych zdjęć szybko rozpoznaje, że prezentują mu natura naturans, nie zaś natura naturata.













Detektywistyczny zmysł i pasja szperacza

Częściej niż fotografie poetycko odrealnione Marek Lalko tworzy cykle „krajoznawczo-rewelatorskie” i „szperacko-detektywistyczne”. Te ostatnie inspiruje banalność oswojonych, lecz na ogół wypieranych ze świadomosci miejsc. Typowe wśród nich to choćby 10 Floors i Still life. To wnętrza blokowisk – pseudoarchitektura i jej pseudoogrody – parodia awangardowej utopii równości – ziejące pustką korytarze, wszechobecna standaryzacja i anonimowość. Substytutem ludzkiej obecnosci w betonowym labiryncie jest dżungla: fikusy i filodendrony na plastikowych krzesłach, dostawkach i kwietnikach rodem z minionego stulecia. Ich filosynteza zdaje się warunkować istnienie jakiegokolwiek życia. Cień drapieżnie bluszczowatych pędów skrywa nijakość i prowizorium betonowych konstrukcji. Dusząca płodność natury wdziera się między nagie ciało „jej” śpiącej i „jego” odbicie w lustrze.
Szperacka pasja fotografa objawia się też w śledzeniu przewrotnej semiotyki piktogramów, choćby tych z serii Numbers. Identyfikatory ulic i domów, znaki drogowe czy rzeczne symbolizują tu nieoczywistość swojskiego wszak kodu. Inny cykl – Pinhole – to scenerie o rozmytym konturze, w nietypowych kadrach i kalejdoskopie świetlnych efektów, podczas gdy Panoramix raz po raz operuje grą słów i obrazów na szyldach czy banerach, kiedy indziej zaś kontrastem otwartych i zamkniętych perspektyw. Wszystko to ewokuje tyleż dekonstrukcję optycznych przyzwyczajeń, co trening zleniwionego spojrzenia.
Peryferia obszaru tej „detektywistycznej” fotografii, śledzącej niezwykłość codzienności, wyznaczają serie Portraits 1, Portraits 2 czy 10/12 Portraits. Bez upiększeń i aranżacji ukazują rodzinę, znajomych, artystów i studentów, może i przypadkowo zapoznanych przechodniów. Ich wizerunki skojarzone bez wspólnego mianownika są rodzajem życzliwego katalogu fizjonomii, póz i gestów. Pokrewne im prace z cyklu People jedynie geograficznie zataczają „szerszą” perspektywę. Ich socjologiczny profil jest bowiem podobny – w którymś z odległych, egzotycznych miast dzieci palą papierosy w budce telefonicznej: normalne, zwykłe, standard? Aussie people i Aussie places to menażeria ludzi w przedziwnych pozach i rekwizytornia gadżetów wyrwanych z właściwego kontekstu. Wśród nich symboliczny jest zwłaszcza stół w otwartej przestrzeni pustkowia, bez ludzi i bez ścian domu, zapraszający zmęczonych drogą – wspólny i niczyj zarazem. Work 2004 na podobnej zasadzie przybliża z kolei rozliczne miejsca i ceremonie, wśród nich Komunię św. i wiejskich ministrantów – strażników jej powagi. Te gabinety osobliwości są wizualną zagadką, wyzwaniem poznawczym, dokumentem chwili.
Serie Made in Poland i Zielona Góra to widoki sztucznych palm na plażach, porzuconych koni na biegunach i prowincjonalnego kiczu. Splątane linie elektryczne, okaleczone kamienice i opustoszałe ulice w bladym świetle poranka, tak jak kino o znamiennej nazwie „Bajka”, tworzą pomost między ruinami i przyszłością socrealistycznej prowizorki. W pokrewnym im, choć zrealizowanym w Rumunii cyklu Dacia story (2008), lejtmotywem są porzucone wraki aut wśród wołów ciągnących wozy po drogach z przydrożnymi krzyżami w sąsiedztwie śmietników. Na ścianach wokół jak porosty plewi się gąszcz satelitarnych anten. Fotograf spogląda na to raczej z życzliwością niż ironią, czasem z pobłażliwym uśmiechem.




















Z alegorii kontynentów

W samych cyklach „krajoznawczych” – ku zaskoczeniu wielu, którzy je widzą – na próżno by szukać turystycznych wspomnieniowych „fotek”, charakterystycznych miejsc z domyślnym podpisem „tu byłem”. Zamiast nich rolka z aparatu utrwala tęczowe parasole, kapelusze, ptaki w klatkach czy busz palm spowitych we mgle (Indonesia 2010), a kiedy indziej szałasy, drzewa i „smutek tropików” (Taman Negara 2008) czy też kalejdoskop perspektyw i panoram. Imponujące konstrukcje kontrastują z monumentalnością krajobrazu (Australia 2005). Poziomy pejzaż i architektoniczny luksus tworzą abstrakcyjny wzór rzeźbiony ostrym światłem, cieniem postaci i zarysem rozległych wzgórz. Wizjer nieodmiennie śledzi kontrast skali ludzkiej i skali natury (New Zealand). Symbolem destrukcji środowiska stają się betonowe plaże (Latitud 43).
Turystyczne regiony Marek Lalko przezentuje bez szyldów i etykietek. Resztki rzeźb i łatany płot nie kojarzą sią z lapidarium. Cegłówki podtrzymują chwiejny portal, ze ścian osypuje się tynk. We włoskim kurorcie poza sezonem wspomnieniem turystycznej aury są tylko okiennice oglądane z dołu i puste leżaki na plażach (Tuscany guide). Gdzie indziej to mansardowy dach, geometryczny „fryz” boskietów i secesyjne wejścia metra mgliście identyfikują widok znad Sekwany (Aroud the Saint Lazare). Kloszardzi na ławkach i staroświecki kelner są pars pro toto tej mekki artystów.
Charakterystykę utrwalanych miejsc Marek Lalko konstruuje zwykle z elementów nietypowych, ukazując paradoksy standardowych o nich wyobrażeń. Uliczne graffiti, złomowiska i niemal słyszalne klaksony dziwią, tak jak gejowska para czy islamska modlitwa w biurowcu z wielkich tafli szkła i panoramą miasta. Ciasne targowisko i uśmiech starej kobiety to resztki indywidualności tego hybrydycznego miasta. Jego wyjątkowy kontur zatarła globalizacja, niwelująca tożsamość Orientu (Istambul metropolitan) nawet na peryferiach cywilizacji. Wdziera się ona także tam, gdzie – po przeciwnej stronie kontynentu – spowolniony rytm życia podtrzymują fotografie poległych w wypadkach. Rozmyty zarys ich fizjonomii na banerach przy autostradzie ma działać jako przestroga dla rozpędzonych kierowców. Camping na fiordach, widoki portu i eleganckie jachty kontrastują z widokiem muzułmańskich dzielnic. To optymistyczne (?) oblicze skandynawskiej demokracji. Nord way – tytuł serii, w której tylko nieliczni rozpoznają Oslo – przekornie obnaża uniformizację i „nienordyckie” oblicze multikulturowej Północy. Sceptyczną refleksję nad kondycją nowoczesności wnosi także seria Salon recreativo.
W anonimowym kurorcie dla przybyszów z „lepszego” świata (Tunezja?, może Egipt?), szerokie plaże i hotelowe palmy graniczą z pseudosztuką na sprzedaż, obskurnym targowiskiem i nędzą kartonowych siedlisk.

Circus Europe
Circus Europe (2006) – dwadzieścia jeden fotografii – subtelne emocjonalne ujęcia sprzed kilku już lat. Stroje i „rekwizyty” zdradzają współczesność w niedookreślonej części kontynentu, zapewne tej środkowo-wschodniej. Pośród migawkowych zdjęć zdarzy się i wystudiowany czy wręcz klasyczny portret. Pojedyncze sylwetki, niekiedy dwuosobowe grupy ukazane są w ciasnym kadrze. Nieliczne rozświetlone uśmiechem twarze widziane są jak zza mgły. Piękna para za kulisami emanuje aurą fin de siècle’u.
Brak tu splendoru cyrku rodem z płócien pointylistów czy Toulouse-Lautreca. Marek Lalko odsłania ukryte przed wzrokiem żądnych atrakcji widzów tło spektakularnej ekwilibrystyki, tresury zwierząt czy tańca na linie. Wszystko to odbiega od zapamiętanego z dzieciństwa zachwytu, bajecznej aury cyrku utkanej z cekinów, barwnych piór i gęstniejącego wraz z emocjami rytmu werbli. Tancerka w gumowych laczkach porzuca baletki – sztywną formę sztuki, a clown w niekompletnym kostiumie bawi się na zewnatrz z dzieckiem. Mały asystent tresera zasiadł samotnie w zadumie. Jego liberia zdaje się matowa, epolety opadły z ramion. I tylko iluzjonista z przewrotnym uśmiechem pozuje frontalnie, z dumą.
Circus Europe to świat bez „ochronnych” barw i blasku galowego stroju, wyjęty z ram spektaklu spełniającego dziecięce sny. Przerysowany makijaż w dziennym świetle trąci kiczem, obnażajac i sztukę, i sztuczność. Bez śladu znikł glamour. W twarzach uderza zmęczenie, w pozach zagubienie, strach.
Choć autor twierdzi, iż nie jest to cykl wyjątkowy, że tylko podkreśla sens symbolicznej wędrówki po fotograficzne „trofea”, w tym wypadku „złowione” 5 km od domu, znawca jego dorobku ma prawo nie dowierzać. Poniekąd bowiem seria ta jest kwintesencją ujęć z wszystkich pozostałych. To, co gdzie indziej prezentował w skali makro, tu pokazuje jak pod lupą, w laboratoryjnej próbce, jak drugie dno. Ogladany z Rodczenkowskiej perspektywy wielbłąd tuż obok zdezelowanego roweru i „Wohnmobile”, jak cygańskie wozy czy arabskie karawany, zdają się być metaforą „płynnej” nowoczesności. Nieodparcie przywołują na myśl nomadyczną naturę Europy bez granic, bez cech szczególnych i bez domów na zawsze.

Imago mundi i eskapizm
„Fotografuję od z górą dwudziestu lat” – twierdzi Marek Lalko. „Była to kręta i wyboista droga. Bardziej świadome widzenie przyszło kilka lat później. Cały czas jest to proces w toku...” Kulisy rejestrowanych przez niego scen – rejestrowanych bardziej niż kreowanych, gdyż kadr niemal zawsze wydaje się tu spontaniczny – są zwykle egzotyczne. Można wręcz odnieść wrażenie, że tworzy rodzaj imago mundi – wizualnej kroniki świata, lub że jak barokowi malarze plafonów tworzy wizję uniwersum, odtwarzając misternie alegorie kontynentów. Bruno Schulz taki zbiór „widoczków” zewsząd określał mianem „Księgi”, choć w niej substytutem fotografii były pocztowe znaczki, pozwalające na wirtualną podróż w odległe krainy. Budząc nie tylko zachwyt proroka ery reprodukcji – Waltera Benjamina, lecz i – później – rzesz kolekcjonerów zza „żelaznej kurtyny”, stawały się formą ucieczki poza ciasnotę, zniewolenie i świat paszportów dla wybranych. W epoce easy jet i cyfrowych aparatów egzotyka jest już egalitarna, inaczej niż w czasach artystowskiej grand tour. Namnażanie obrazów w seriach i w pamięci przypomina palimpsest. Wielowarstwowo ponaklejane, na wpoły zdarte reklamy z różnych zakątków świata, pozwalają odczytać zaledwie fragmenty intencjonalnego komunikatu, stając się parodią komercyjnych haseł i politycznych kampanii (Billboard).
Czerń i biel, a efemerycznie także sepia, ukazują ruch – murale i twarze. Ciasny kadr – mozaika cieni i odbić – to kulisy codzienności i kolaż perspektyw. Miękkie światło Południa i ostry kontur Północy dekonstruują posthistoryczny turyzm, ancienne regime i nadzieję mimo wszystko... Nomadyczna zaduma i spojrzenie z dystansu są tu autentyczne. Egzotyka to bodaj tylko filtr – próba wrażliwości i ostrości widzenia. Z tych przypadkowych pozornie ujęć wyłania się pragnienie syntezy. Eskapistyczny zachwyt Marka Lalki ma siłę. Uwodzi. Może być zaraźliwy.

Lidia Głuchowska
 

Wszystko jest w porządku, a także na odwrót

Maryna Mazur

Pierwsze, zmysłowe wrażenia jakich dostarczają prace Maryny Mazur dotyczą walorów czystop lastycznych realizowanych przez nią obrazów i grafik. Ich wizualna strona sprowadza się najczęściej do intrygujących, geometrycznych kształtów o zróżnicowanych barwach, atakujących wzrok oglądającego. Już po chwili jednak estetyczny aspekt zaczyna ustępować warstwie znaczeniowej, stanowiącej istotę tych przedstawień. Źródłem inspiracji i tematem wiodącym dzieł artystki jest współczesna architektura sakralna.Jakże inna od tej sprzed wieków, kiedy budowniczym świątyń przyświecało dążenie do uzyskania niemalże absolutnego piękna formy. Dawne budowle nadal silnie działają na ludzką wyobraźnię. Zawierają w swojej bryle tajemnicę, metafizykę i przede wszystkim sacrum…

Więcej…

 

Maryna Mazur

Ur. 5.04.1982, Pińczów. Wydział Artystyczny Uniwersytetu Zielonogórskiego; 2005 dyplom w pracowni wklęsłodruku prof. Tadeusza Jackowskiego. Akademia Sztuk Pięknych (obecnie UA) Poznań; 2010 dyplom z wyróżnieniem w pracowni wklęsłodruku prof. Piotra Szurka. Obecnie asystentka w Pracowni Druku Wypukłego i Wklęsłego w Instytucie Sztuk Wizualnych na Uniwersytecie Zielonogórskim w Zielonej Górze oraz laborantka w III Pracowni Grafiki (Druk Wklęsły) na Wydziale Grafiki i Komunikacji Wizualnej Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu.

Więcej…

 

Jarosław Jeschke (artykuł)

Malarstwo Jarosława Jeschke wynika z bezustannej obserwacji świata, czasem widzianego bezpośrednio, czasem zapośredniczonego. Zacierająca się granica pomiędzy tym, co ujrzane „na własne oczy” a tym, co zobaczone dzięki reprdukcjom, jest dziś naszym doznaniem permanentnym. Nie chcemy już nawet wiedzieć, albo niejesteśmy w stanie orzec, co widzieliśmy „naprawdę”, jeśli to określenie ma jeszcze dziś jakiś sens. Ważniejsze jest jednak być może, CO widzimy i w jakim stopniu potrafimy zobaczyć sensy.

Pierwsze duże cykle Jeschke, to malowane z natury fasady bloków, garaży, fragmenty osielowej zabudowy, samochody. Choć uproszczone, poddane rygorowi geometrii, miały jednocześnie„wedutowe” uszczegółowienie. Mogły przedstawiać fragmenty każdego modernistycznego osiedla, a jednak były konkretnymi pejzażami. Kolejne grupy obrazów coraz częściej miały za punkt wyjścia zdjęcie, kadr z filmu, jak prace dotczące Stanu Wojennego. Stopniowo uwaga artystyprzesuwała się w stronę skal skrajnych – z jednej strony cykl przedstawiający wybuchy (wulkanów i bomb atomowych), z drugiej zróżnicowane formy mikroorganizmów. Jeschke od pewnego momentu coraz częściej odnosi się do świata natury, za każdym razem pozostającym (choć niezawsze wprost) w bezpośredniej relacji z człowiekiem. Pasożyty, bakterie, porosty, formy niedostrzegalne, niezbędne, ale też destrukcyjne, podobnie, jak nader widzialne wulkany.

W ostatnim czasie refleksja nad formami styku czy może raczej starcia człowieka z biologicznym otoczeniem, zaczęła być dominującym sensem malarstwa Jeschke. Nie ma złudzeń, to przestrzeń walki, zniszczenia, cierpienia. Porozumienie nie jest możliwe.

Spokój pojawia się w tych obrazach tylko wtedy, gdy osoby dramatu występują oddzielnie.

Mikroorganizmy tworzą eleganckie struktury, podkreślone stonowaną barwą. Dymy wulkanicznych wybuchów tworzą wyrafinowane formy, estetyczne znaki, podobnie jak grzyby bomb. Jedne naturalne, drugie sztuczne, choć bazującena własnościach naszego świata, oba śmiercionośne. Dramat dzieje się poza kadrem obrazu. Spokój jest złudny.

Jeschke, choć maluje długimi cyklami, potrafi jednak co jakiś czas zrobić odskok od aktualnie badanych kwestii, zawsze jednak jest to kolejna próba zbadania możliwości własnego warsztatu.Ten artysta wierzy w malarstwo jako medium mogące powiedzieć coś istotnego o naszej współczesności. Przez pryzmat antynomicznych zjawisk nie diagnozuje i nie ocenia – jest tylko opisywaczem, ilustratorem, może też trochę tłumaczem świata. Przetwarza przedstawienia, dając im nowe życie, bo nowe sensy. Mam przy tym wrażenie, że swoją pracowitością, doskonaleniem warsztatu, widocznymw kolejnych pracach, sygnalizuje, że to ciągle początek, rozpęd, dobra prędkość, ale nie ostateczna. W tej twórczości ciągle może zdarzyć się wszystko.

Artykuł przedrukowany za zgodą autora z dwumiesięcznika „Punkt" *3 (Gazeta Malarzy i Poetów)
Wojciech Kozłowski
 
Więcej artykułów…