Start Prezentacje Jolanda Jeklin: Miasta - Monady - Synchronizacja

Jolanda Jeklin: Miasta - Monady - Synchronizacja

W dorobku twórczym Jolandy Jeklin z ostatnich lat dominują dwa typy prac, na pozór, pod względem optycznym, niemające ze sobą nic wspólnego, w istocie jednak tworzące wyjątkowo spójny ideowo i konsekwentny estetyczny komunikat.

Nie tylko ze względu na skalę płócien, lecz również na czytelną w nich perspektywę z lotu ptaka, uwagę zwracają najpierw obrazy z serii Miasta, powstałe w latach 2013-2015. Ich temperatura barwna apeluje do widza, nie pozostawiając go obojętnym na skupione w nich i zaklęte w ornament emocje. Charakterystyczny jest tu choćby utrzymany w gamie pulsującego oranżu akryl na płótnie NY (New York, 2014) czy wyróżniający się fakturalnym pastosso – Luxemburg (2013), a także atakujący szkarłatem labiryntowej mozaiki wczesny obraz Neighbourhood (2007).
Wśród malarskich płócien Jolandy Jeklin przeważają wyobrażenia na poły abstrakcyjne, spośród których najwcześniejsze, takie jak wspomniany już obraz NY czy LA (Los Angeles, 2014), przywołują odległe skojarzenia z twórczością Paula Klee. W nieco późniejszych pracach pojawiają się efekty wibracji i pulsowania powierzchni malarskiej czy wręcz utrzymane w fuksjowej i błękitnej tonacji w dolnych partiach i jaśniejące ku górze, pointylistyczne kompozycje z efektem pikselowania w skali makro (Harmony I, Harmony II, 2015). Są one wyobrażeniem poznanej osobiście bądź jedynie wyobrażonej energii zmieniających się miejsc życia artystki. W jej najnowszym obrazie, przypominającym nieco prace Romana Tarasina, w horyzontalny rytm pasm błękitu, turkusu i lazuru wpisane są znaki odsyłające do symboliki religijnej oraz drobny zarys drewnianego kościoła, reminiscencja z gór Słowenii, gdzie znajduje się dom malarki o zagadkowym tytule (Faith II, 2015).
W utrzymanych w podobnej tonacji wcześniejszych obrazach marynistycznych, inspirowanych pejzażem i rytmem fal rzadko tylko pojawiają się ślady anegdoty, by wspomnieć skądinąd znakomity widok statków z udanym studium refleksów światła igrających na wodzie i żaglach (Horyzont, 2013).
Inny charakter mają prace graficzne Jolandy Jeklin, choć pod względem technologicznym de facto każdy z nich, jak każdy ze wspomnianych obrazów, jest unikatem. Aspekt reprodukcyjności jest tu bowiem względny, a interwencja manualna – niemal dominująca. Silnym akcentem, zaczerpniętych jakby z Baśni z tysiąca i jednej nocy, są wśród nich kobaltowo-żółte i turkusowo-lazurowo-rude addytywne kompozycje złożone z koncentrycznych komponentów. Przywołują one na myśl połyskliwe, ceramiczne posadzki orientalnych łaźni, eskapistyczne marzenia i niejasną tęsknotę. Ich forma koresponduje z chaotycznym charakterem mozaiki, którą na wpoły na prawach zabawy Jeklin zajmuje się od wielu lat. Ich jaskrawość hipnotyzująca feerią barw kontrastuje z inną, formalnie pokrewną grupą prac, w których pojawia się ten sam powtarzalny motyw graficzny. Jednak w tych pracach barwy ulegają całkowitemu wyciszeniu. Skrajną postacią postępującego tu odbarwienia stają się nierzadkie w dorobku Jeklin reliefopodobne przykłady druku ślepego.
Na pozór trudno zrozumieć związek monochromatycznych i na poły graficznych prac w barwie naturalnego lnu i écru rozjaśnionego koronkową warstwą bieli ze wspomnianymi na początku płótnami w intensywnych barwach i o horyzontalnej kompozycji. Odmienna jest już technika, w której zostały one wykonane. Trzy grupy jasnych mandal należą do serii Concentration, Winter Journey i Eco (2015), z których ostatnia posiada swą bliźniaczą wersję utrzymaną w barwach ziemi.
Te nad wyraz misternie wycięte linoryty z koronkowym – jak wspomniano – wzorem można bowiem odbijać wielokrotnie. A jednak nie ma tu dwóch prac identycznych. Zarówno sam druk, jak i tło opracowane są z wykorzystaniem efektów nierównomiernego cieniowania i wysycenia farby. Ponadto nad mechanicznym z pozoru sposobem ich tworzenia góruje tu eksperyment. Zwłaszcza w najbardziej bodaj poetyckiej serii Winter Journey. Opracowane na sposób malarski tło należących do niej prac powstaje wskutek kilkudniowego barwienia lnianych płócień w słoweńskim winie. Nie tylko każdy ze składających się nań zestawów, lecz i każde podobrazie, zależnie od gatunku wina, jest zatem odmienne od pozostałych, a o strukturze powstałych na nim organicznych abstrakcji w znacznym stopniu decyduje przypadek. Tak jak ekspresjoniści i surrealiści, by wspomnieć tylko Edvarda Muncha czy Maxa Ernsta, Jolanda Jeklin autorem części efektów malarskich w swych pracach czyni samą naturę.
Winter Journey odzwierciedla zarazem materialnie i „organicznie”, tyleż sentymentalny (jeśli nie wręcz patriotyczny), co i (półżartem) „transgenderowy” aspekt dokonań artystki. Koronkowa sieć odbitek składających się na tę serię emanuje bowiem aurą przesłoniętych dzierganą firanką okien w wiejskich domach Słowenii, takich jak jej letnie atelier na wzgórzu pośród rzek. Szydełkowanie, jak i odbijanie linorytów to zaś odmiany rzemiosła. Pierwsze, jako bardziej „sensualne” i kameralne to pars pro toto kobiecości, drugie zaś – mechaniczne – pierwiastka męskiego. Jolanda Jeklin z przymrużeniem oka, ale i konsekwencją wskazuje, że to, co ludzkie, nie zna granic i przenika się nawzajem.
Artystka wyjaśnia, iż idealna forma koła w wyobrażeniu mandal, opisywana choćby przez Junga, ze zróżnicowanymi, choć nieodmiennie symetrycznymi, centrycznie opracowanymi motywami, ma oddziaływanie (auto)terapeutyczne. Odsyła ona do wyobrażenia o człowieku jako monadzie rodem z filozofii Leibniza. Z pozoru niemal identyczne, a przecież różniące się mnóstwem szczegółów, mandale postrzega ona jak oglądane jakby w zbliżeniu jednostki ludzkie, w jej wizerunkach miast przedstawione z oddali i roztopione w zatomizowanej pulsującej płaszczyźnie. Z jednej matrycy powstaje więc wiele nieidentycznych mandal, jak nieidentyczni, choć niejako podobni są przedstawiciele gatunku ludzkiego.
Szczególną pracą w dorobku Jolandy Jeklin jest androgeniczna, nieco dekoracyjna mandala, alternatywnie zwana przez artystkę Connection bądź Contemplation (2014). Oba tytuły mają zresztą sens komplementarny. Jest to bowiem obraz stanowiący rodzaj klucza do zrozumienia związku między dwoma na pozór całkowicie odmiennymi obszarami jej twórczości. Ten utrzymany w technice mieszanej obraz z elementami kolażu, przedstawia bezgłowy korpus – zwrócone ku ziemi torso. Jakby koronkowa aplikacja nałożona jest tu na cieniowane, pastelowe tło w barwach piasku, nieba i morza, wyobrażające różne żywioły. Praca ta spina w jedność obrazy miast-skupisk ludzkich i mandal-monad, jak w soczewce skupiając ich przesłanie. Ten sam proces tam przedstawiony raz w skali makro, raz mikro – tu ukazany jest jako jedno i to samo zjawisko – symbol synchronizacji tego, co wewnątrz i na zewnątrz. To człowiek, na pozór anonimowa jednostka niknącą w morzu podobnych jej, lecz przecież tak odmiennych istot, w żywiołowym rytmie różniących się energią, choć z pozoru bliźniaczych, metropolii.
W rzeczywistości nomadów globalnej ekonomii człowiek-monada jest już tylko na pozór autonomicznym uniwersum. Kompulsywnie interaktywny, zmuszony do ulotnej symbiozy z tym, co obce, staje się mandalą, oddychającą energią pulsujących na zewnątrz miast i ludzi, oddającą im także własne ciepło czy chłód.
Rozważając kondycję współczesnego człowieka postindustrialnej, informatycznej i wirtualnej ery, Jolanda Jeklin wyznaje: „W postkomunistycznej rzeczywistości staliśmy się ponownie obywatelami świata, zjednoczonej Europy. Czas i odległość stały się względne. Granice znikają. Często się przeprowadzając, nie wiążę się na stałe z żadnym z czasowo zamieszkiwanych miejsc, nie znam też swego przeznaczenia. Moim mobilnym domem stał się więc mentalny świat uczuć i medytacji, dających mi stabilność i wolność. Miasta, które utrwalam w obrazach, budzą moją sympatię, szukam w nich podpowiedzi na pytanie o moją przyszłość i powołanie. Ufam, że być może mają w sobie coś, do czego dążę, czego jeszcze nie doznałam, co okaże się moim celem, spełnieniem…”.
Jej z pozoru urzekające lekkością i dekoracyjnym wdziękiem malarstwo ma i ukryte, drugie dno. Bliźniaczo do siebie podobne, migotliwe widoki dostępnych w kilka godzin, choć odległych metropolii, tchną rytmem nomadycznej, płynnej nowoczesności – bez wyrazistych artybutów, punktów odniesienia i granic. Horyzontalny rytm zatrzymanych w czasie morskich fal z refleksem gwiazd czy słonecznego nieba – monotonny, powtarzalny, nieustanny – odzwierciedla zaś w jej wizualnym świecie kontrapunkt postindustrialnej urbanistyki i coraz bardziej wirtualnej kultury – degradowaną, lecz ciągle bezkresną i władczą naturę.
Jej niepokojące torsa androgenicznych postaci są metaforą braku stabilnej definicji „ja”, a mandale-monady pulsując dośrodkowym rytmem, dokumentują uporczywe poszukiwanie ukojenia – mentalnego centrum. Z pozoru całkiem odmienne pod względem tematycznym, stylistycznym i technologicznym obszerne cykle prac Jolandy Jeklin – Mandala i Miasta – są w istocie wizualizacją analogicznego procesu mentalnego w odmiennej skali. Tak jak mandala, tak i każda z przedstawianych przez nią metropolii ma swe centrum, źródło energii, hektycznego tempa życia. Próbując zobrazować proces lokalizowania siebie w zewnętrznej rzeczywistości, artystka pyta jednocześnie o sens ludzkiej egzystencji, naturę naszej duchowości oraz istnienia w ulotnej i zmiennej czasoprzestrzeni.
Mandalę Jolanda Jeklin uważa za rodzaj medium wymiany energii pomiędzy człowiekiem a wibrującym i przenikającym wokół niego światem. Jest to zarazem odniesienie do procesu medytacji i koncentracji, pozwalającej na autoanalizę i zbliżenie się do własnego wnętrza czy rozpoznanie indywidualnych celów, a także tego, co pomaga w ich realizacji, i co ją utrudnia, oddalając nas jednocześnie od siebie.
Receptę na autorealizację w zgodzie ze światem artystka widzi w koordynacji własnej przestrzeni mentalnej i tego, co wokół nas – na osi „Synchronizacja… – Motywacja… – Szczęście”.
W uniwersum wizualnej i psychicznej synchronizacji Jolandy Jeklin, której skrajne bieguny tworzą serie Miast i Mandal, uwagę przykuwa obraz polski jakby z definicji. Zapewne nie jest przypadkiem, że na symbol swej drugiej ojczyzny wybrała bowiem Warsaw (2014) – najbardziej antropomorficzną ze swych malarskich wizji metropolii. Tylko tu kulisy architektury rozświetlają nie anonimowe neony, lecz blask niezliczonych ludzkich spojrzeń.

Lidia Głuchowska