Start Prezentacje Sanepid potwierdził bezterminową przydatność do spożycia – czyli kilka słów o malarstwie Joanny Szcześniewskiej

Sanepid potwierdził bezterminową przydatność do spożycia – czyli kilka słów o malarstwie Joanny Szcześniewskiej

Zastanawiam się czasem, na czym polega atrakcyjność malarstwa współczesnego. Nie chodzi mi, przynajmniej na początku tekstu, o analizę zakamuflowanych warstw przedstawieniowych, znaczeniowych, a jedynie zastanawiam się nad tym, co skupia lub co zatrzymuje widza przy obrazie, a co powoduje, że potencjalny widz przechodzi obojętnie obok obrazu. Ciekawą jest obserwacja różnych typów zachowań. Jedni przechodzą obok prac malarskich, nie zwracając uwagi na nie. Wtedy mam wrażenie, że takiemu delikwentowi wystarczy jedynie mgliste poczucie świadomości, że znajduje się w muzeum, galerii sztuki, a nie dajmy na to, przy stoisku z garmażerką (choć tu też można mieć wątpliwości). Inni z kolei prześlizgują się wzrokiem szklistym po pracach, jak żywy skaner, albo wymęczona niemiłosiernie kserokopiarka, rejestrując jedynie proste skojarzenia: kwadrat – prostokąt, kolorowe – „szarobure”, ładne – nieładne.
W przypadku takiego widza są momenty stopklatki, wywołane nieoczekiwanym, jakimś skojarzeniem, jak podpowiadały onegdaj słowa piosenki: „…Co ci przypomina widok znajomy ten?”. Nie miałem na myśli żółtego piachu wiślanego, choć mógłby on się mieścić w owych kategoriach skojarzeniowych. Zdarzają się widzowie, którzy z lampką wina (15 złotych za flaszkę) stają przed jednym czy drugim obrazem, z palcem przy skroni, zmarszczonymi brwiami, mówią swoją pozą: tak… oto stoję przed dziełem (wiekopomnym). Choć w głowie potrafią się kłębić myśli z gatunku: co on/ ona nasmarował/a na tym „obrazku”? Swoją drogą nie mam zielonego pojęcia, dlaczego i skąd utarła się owa świecka tradycja napicia się (przeważnie wina) podczas spotkania ze sztuką, a z drugiej strony wręczania przestraszonemu często, gęsto autorowi samotnej, z reguły czerwonej, trzymanej na sztorc róży. Wiem, wiem, nie będzie wina – nie przyjdzie tyle osób, ile chcielibyśmy, z kolei różę należy wręczyć, żeby podziękować za tzw. trud twórczy i nie stać tak z pustymi rękoma. Wtedy wilk syty i owca cała, ponieważ widz ma swoją strawę duchową (el espiritu del vino), a autor ma różę niczym buławę marszałka polowego, bądź klucze do bram miasta. Drogi czytelniku, wiem, że dokonuję dużych uproszczeń, być może nawet czepiam się, lecz, mam niezwykłą frajdę (i trud ma się rozumieć) bycia i twórcą (malarzem), i widzem, a ucząc malarstwa, pokazuję studentom cały wachlarz potencjalnych relacji wynikających z procesu twórczego, który zaczyna się od dialogu pomiędzy malarzem i jego dziełem, a powinien przynajmniej kończyć na „rozmowie” obrazu z widzem. Nie każdy obraz musi mieć zakamuflowaną symbolikę, nie każdy obraz musi być nadajnikiem do rozmowy z Bogiem. Obraz może być też polem obserwacji świata dla artysty i obszarem odkrywania przez widza, na nowo, zapomnianych, zużytych, niezauważanych na co dzień z różnych przyczyn pomijanych okruchów najbliższej nam rzeczywistości. To, co jest pytaniem dla artysty, może być odpowiedzią dla widza. Z kolei pytania widza bywają inspiracją dla malarzy. Zawsze pomiędzy nimi jest ów obraz, zapis, emocja, refleksja, czasem pustka.
Joanna Szcześniewska, tworząc swoje prace, porusza się po swoistym laboratorium, bada rzeczywistość, dotyka, analizuje, preparuje, wyciąga wnioski i od nowa powiela ten proces. Cierpliwie, w przedziwnej ciszy, krok za krokiem powtarza, zdawać by się mogło ten sam rytuał. Dokąd zmierza? Przypuszczalnie nie wie, tak jak ja nie wiem i jak nie wiedział kiedyś Paul Gauguin. Jej prace budowane są na bazie charakterystycznej już struktury przypominającej płaskorzeźby i na zredukowanych gamach kolorystycznych. Pod względem konstrukcji obrazy Szcześniewskiej pomimo owych redukcji, skrótów, niosą ze sobą dużą skalę ekspresji wynikającej głównie z wysmakowanych kontrastów, z całej palety elementów i zestawień przeskalowanych. Autorka z pełną świadomością często balansuje na granicy malarstwa i rysunku, zestawia drobne, kruche linie, niezauważalne na pierwszy rzut oka litery, cyfry z dużymi masami szarości, czerni, uzupełniane o trzeci wymiar odlewów własnego ciała lub struktur na kształt skały wulkanicznej. Połączenie mas koloru przestrzenności i przeskalowania elementów, oprócz ekspresji samej w sobie, niesie za sobą niezwykłe światło malarskie, które tworzy sama autorka podczas procesu powstawania obrazu, ale też światło, które pojawia się pod wpływam oświetlenia zewnętrznego samego obiektu takim, jakim jest obraz. W ten sposób powstaje wyjątkowa dla mnie poetyka, niekiedy będąca swoistym niemalże projektem scenograficznym. Nie bez przyczyny wspomniałem wcześniej o laboratorium twórczym Szcześniewskiej. Powstawanie kolejnych serii prac, niezależnie od tego, czy są to obrazy, grafiki, czy kompozycje tworzone za pomocą perforacji kartek papieru są jej procesem poznawczym. To odkrywanie i poznawanie wymagało czasu, skupienia, ale też niezwykłej cierpliwości i systematyczności pracy autorki. Tylko ten przyjęty system pracy umożliwił stworzenie tego osobistego laboratorium. Dlatego oprócz wartości artystycznych, które dla mnie są w tym przypadku szczególne, niezwykle wiarygodny pozostaje przekaz malarski. Autorka nie dąży do komplikowania pytań i zagadnień, wręcz przeciwnie – stara się je systematyzować i w klarowny sposób precyzować. Nie ma znaczenia czasowego fakt, iż Joanna Szcześniewska jest świeżo upieczonym Magistrem Sztuki Instytutu Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego. A nie ma to znaczenia, ponieważ Szcześniewska, będąc młodą osobą, jest dla mnie dojrzałą artystką. Uważnie przygląda się sobie i rzeczywistości, spokojnie oddziela to, co nieistotne i miałkie we współczesności, od tego, co uniwersalne i trwałe. Posługując się w obrazach odlewami fragmentów swojego ciała pyta o to, kim jest, nie tylko, jako osoba z imienia i nazwiska, ale kim jest, jako człowiek i twórca sam w sobie w obliczu tzw. współczesności, czymkolwiek jest ta współczesność. Szcześniewska mówi – oto fragmenty mnie i fragmenty świata, pasujemy do siebie, czy nawzajem się wykluczamy? To dlatego wspomniałem wcześniej o tym kieferowskim „podążaniu po krawędzi krateru” przez Szcześniewską. Granice ciała i granice świata, moje ciało, jako mój świat, a świat, jako mój organizm. Niezwykle interesującym jest dla mnie fakt, iż Joanna posługując się formami będącymi fragmentami ciała, nie odwołuje się do wszechobecnej dziś seksualności. Nie ma takiej potrzeby, ponieważ wie, że to, o co pyta w swoich obrazach, nie jest kwestią rozstrzygnięć sezonu jesień–zima jak w świecie mody, to kwestia lat, być może życia. Ów laboratoryjny świat Joanny Szcześniewskiej pozwala jej, moim zdaniem, na odnalezienie idealnej niszy twórczej. Dzięki kontrastowaniu i wyważaniu, balansowaniu na granicy barwy, zestawianiu form płaskich z przestrzennymi poziom abstrakcji jej obrazów jest komunikatywny nawet dla widza potencjalnie nieoswojonego z tego typu malarstwem, a jednocześnie skróty i przemilczenia, którymi autorka operuje, pozwalają widzowi na odnalezienie własnej ścieżki interpretacyjnej i własnych potencjalnych odpowiedzi. Autorka nie mówi widzowi: chodź, zaduszę cię… o tak, Ty – Widzu…! ciężarem egzystencjalnym ciętej, czerwonej róży, żeby było lżej, napij się taniego wina! Przeciwnie – w zetknięciu z obrazami Joanny Szcześniewskiej ma się wrażenie współuczestniczenia w jej procesie laboratoryjnym, widz czuje, że jest swoistym dopełnieniem całego tego procesu, a artystka poprzez obrazy mówi jedynie: taki jest dziś świat, widzisz go podobnie jak ja? Być może nie, ale to już inna historia. Dobranoc.

Wrocław, 30 listopada 2013

Norman Smużniak
alt
    Joanna Szcześniewska, 2 p, 100x100 cm, deska pilśniowa, akryl, bawełna, pastel, 2013