Start Poezja Michał Banaszak Za granicą skóry

Za granicą skóry

Za granicą skóry (tam, gdzie nigdy nie będę
nawet gościem) obowiązują proste zasady:
kompletny brak różnic pomiędzy jednym obiektem
a drugim; równość zjawisk; tyle samo waży

dłoń przyległa na chwilę do mojego ramienia
i oddech barmana za ladą dwie sale obok;
ta rozmowa tak samo do mnie nie dociera
jak zachód słońca trwający nad miastem (choć dotyk

dochodzi przez unerwienie naskórka do mózgu,
a głos przez przewód słuchowy do środka ucha);
niczym nie różni się od arktycznego śniegu
odwrócona do mnie bokiem rączka mojego kufla.

I ja nie mam poczucia, że będąc tu, znaczę
więcej niż beze mnie znaczyłoby puste krzesło
przy stole; równie dobrze ich spojrzenia nad blatem
mogłyby natknąć się na pustą przestrzeń powietrzną.

Mój kołnierzyk jest więc dla mnie tak samo odległy,
jak czyjś wzrok na nim, gdy odliczam minuty
do momentu wyjścia z baru – w świat ciągle zewnętrzny,
umieszczony gdzieś tam, daleko, za granicą skóry.