Najtrudniejsze jest stworzenie konstrukcji historii

Z Elisabeth Herrmann rozmawia Alina Polak-Woźniak

Literatura kryminalna przez znawców jest dzielona na mnóstwo rodzajów. Wielu twórców tego gatunku skupia się dziś na opisie tła społecznego. Wątek kryminalny stanowi jedynie pretekst. W Pani książkach tak nie jest – fabuła, element zaskoczenia są bardzo ważne. W jaki sposób chciałaby Pani zakwalifikować swoją twórczość?

Chciałabym określić ją jako… snucie opowieści. Wciągających, zapierających dech w piersiach opowieści z bohaterami, których się kocha albo nienawidzi; dziejących się w fascynującej scenerii, mających korzenie w historii współczesnej. Mam nadzieję, że to działa. Dla mnie fabuła jest najważniejszą częścią moich książek. Nie jestem „rozpruwaczem”, nie interesują mnie brutalne morderstwa. Zbrodnia ma zazwyczaj miejsce, gdy już coś pójdzie naprawdę nie tak. Dlaczego? Na to ekscytujące pytanie muszą odpowiedzieć moi bohaterowie.

Czy zna Pani polskich autorów kryminałów i ich dzieła? Jeżeli tak, to czy zauważyła Pani jakiś wpływ swojej twórczości na polską literaturę kryminalną? I odwrotnie, jakie wpływy polskiej literatury kryminalnej można znaleźć u Pani?

Wśród facebookowych znajomych mam Katarzynę Puzyńską, która jest bardzo aktywna i kiedyś poleciła jedną z moich książek. Ale żeby czytać jej posty, potrzebuję tłumacza Google. W środowisku pisarzy powieści kryminalnych dobrze znana jest Katarzyna Bonda. Jej książka Das Mädchen aus dem Norden [w Polsce ukazała się pod tytułem Pochłaniacz – A.P.-W.] odniosła w Niemczech wielki sukces. Wiem, że Katarzyna też była kiedyś dziennikarką, zresztą dziennikarze często piszą kryminały. Nie znam polskich autorów aż tak dobrze, żeby mieli oni wpływ na moją twórczość, ani żebym mogła się spodziewać, że to, co piszę, inspiruje ich w jakiś sposób. Staram się wypracować swój własny styl, jak każdy pisarz w każdym kraju. Wyjątkiem są, jak je nazywam, „covery”, czyli historie powielające motywy znane z bestsellerów. Przykładowo, w wielu kryminałach odnajduję Hannibala Lectera, często też wykorzystywany jest wątek sadystycznej zbrodni, zazwyczaj na młodej kobiecie. Tego typu twórczość budzi u mnie niesmak.

Wspomniana już Katarzyna Bonda wiele czasu poświęca na zbieranie materiałów (tzw. research). Jak twierdzi, po solidnym researchu książka pisze się sama. Jak ta kwestia wygląda u Pani?

Och, rozumiem, o co jej chodzi, jednak pisanie książki to ciężka praca wymagająca zdyscyplinowania. Z drugiej strony, przygotowanie się za pomocą dobrego researchu pozwala się wpasować w scenę, tak jakby się tam było. Dla mnie najtrudniejsze jest stworzenie konstrukcji historii. Wymyślanie zwrotów akcji zabiera dużo czasu, to jak gra w szachy z samym sobą. W czasie procesu twórczego również wychodzi, gdzie i co muszę jeszcze zbadać. Te dwa kroki są często ze sobą powiązane. Porządny research wzbogaca moją wypowiedź. Ale to zdarza się często, także gdy zrobię sobie listę rzeczy, które muszę sprawdzić, kiedy tworzę fabułę. Samo pisanie trwa około pół roku. Przygotowania często zabierają tyle samo czasu. Jednak bycie dobrze przygotowanym jest oczywiście sekretem stworzenia barwnej, żywej historii.

Ma Pani jakieś pisarskie rytuały? Ulubione miejsce do pisania, porę dnia?

Piszę w tzw. komnacie pokojówek – nie jest to pokój, tylko mała komórka, która znajduje się w moim mieszkaniu, i w której kiedyś zamieszkiwały biedne pokojówki, a teraz w takich trzyma się szczotki. Pomieszczenie jest ekstremalnie małe, ale z widokiem na podwórze za domem. Nie lubię pracować w kuchni, salonie czy sypialni. Nie mam rytuałów. W lecie uwielbiam jeździć do domu moich przyjaciół na południu Francji, gdzie mogę pisać w absolutnym spokoju. Jeśli tworzę książkę, potrzebuję koncentracji, jeśli scenariusz – mogę pracować w hotelu, na lotnisku czy nawet w pociągu.

Przez długi czas pracowała Pani jako dziennikarka, zajmowała się Pani sprawami kryminalnymi oraz osadzonymi w trudnej historii II wojny światowej i w okresie powojennym. Czy ta praca w jakiś sposób wpłynęła na Pani karierę pisarską?

Tak, oczywiście. Nauczyłam się, jak zrobić odpowiedni research i prosić ludzi o pomoc we właściwy sposób – uprzejmie, ale bez zbędnej nieśmiałości. Żeby zdobyć informacje, niekiedy trzeba naciskać, ale tak, żeby kogoś nie przestraszyć. Są delikatne tematy wymagające ostrożnego podejścia. Przykładowo, na potrzeby książki Das Kindermädchen [w Polsce ukazała się pod tytułem Opiekunka do dzieci – A.P.-W.] rozmawiałam z robotnicami przymusowymi z czasów II wojny światowej. Z dziś już dojrzałymi osobami, które dorastały w sierocińcach w NRD, przeprowadziłam wywiad, by napisać powieść Zeugin der Toten [w Polsce jeszcze nieopublikowaną – A.P.-W.]. Prowadzenie researchu to słuchanie, niekiedy przez długi czas, bywa, że nieco już wyblakłych wspomnień. Ale dla mnie to bardzo istotne i jestem bardzo szczęśliwa, że mam w tym zawodowe doświadczenie. To wielka nagroda, gdy ludzie otwierają się przede mną i dają mi swoje historie niczym cenny dar, którego muszę strzec.

Obecnie dużo mówi się o stosunkach polsko- niemieckich, które od dwóch lat mocno się osłabiają. Czy w Pani życiu i twórczości stosunki polsko-niemieckie odegrały jakąś rolę? Jeżeli tak, to w jaki sposób one się przedstawiały?

Hmm… Tak… Miałam kiedyś polsko-niemieckie stosunki [uśmiech], ale to sprawa prywatna… Bardzo, bardzo kocham Polskę. To kraj sąsiadujący z moim, pierwszy raz przyjechałam tu we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Unia Europejska dla mnie to przekraczanie mostu między Frankfurtem a Słubicami. To magia! Nasza przyszłość! Bardzo mi przykro, że po obu stronach granicy istnieją osoby, które chcą to zniszczyć. W kontekście mojej pracy doświadczenia związane z Polską były pełne wzajemnego szacunku, otrzymałam też wiele pomocy. Akcję powieści Versunkene Gräber [nie było jeszcze jej polskiego wydania – A.P.-W.] osadziłam w okolicach Zielonej Góry. To było wspaniałe doświadczenie spotkać mieszkańców tego regionu, poznać dzieje ich życia, zdobywać informacje. W moim życiu prywatnym Polska to miejsce, gdzie zawsze czuję się życzliwie przyjęta i bezpieczna. Uwielbiam Wybrzeże, często tam jeżdżę i kocham krajobraz Ziemi Lubuskiej.

Książka Versunkene Gräber ukazała się w Niemczech w 2013 r. Zbierała Pani do niej materiały m.in. w Zielonej Górze i Witnicy. Czy mogłaby Pani zdradzić zielonogórzanom i w ogóle Lubuszanom coś więcej na temat tej powieści, zanim zostanie wydana w polskim przekładzie?

Chciałam się dowiedzieć, dlaczego Polacy i Niemcy nie lubią się wzajemnie. Między nami panuje wiele uprzedzeń, które mają swoje korzenie w ostatnich stu latach historii. Piszę powieści kryminalne, nie jestem historykiem, dlatego moim zamiarem było stworzenie książki, której tłem będą wydarzenia z grudnia 1945 r., ale akcja powinna dziać się współcześnie. Do mojego „bohatera”, berlińskiego prawnika Joachima Vernaua, zwraca się z prośbą o pomoc bliski przyjaciel Jazek, oskarżony o morderstwo w Poznaniu. Jazek mieszka z ojcem w winnicy niedaleko Cigacic, która wcześniej była w posiadaniu Niemców. W miejscu tym kryje się coś tak tajemniczego i pociągającego, że można dla tego zabić… Vernau wyciąga przyjaciela z aresztu, a morderca działa dalej. Co przydarzyło się w styczniu 1945 r. ojcu Jazka, wówczas dziewięcioletniego chłopca? Co zostało ukryte w jaskiniach? I dlaczego stare listy nigdy nie zostały dostarczone do adresata, ale schowane w szafie przez Magdę, która podczas wojny była służącą w domu w winnicy. Jazek i Vernau nie tylko rozwiążą zagadkę kryminalną, ale dowiedzą się także, że niektóre rany z czasów wojny nie zabliźniły się po dziś dzień.

W obydwu książkach z cyklu o Saneli Bearze część akcji dzieje się na Łużycach. Dlaczego inspirują Panią akurat te tereny?

Gdy pracowałam jako dziennikarka telewizyjna, odwiedziłam prawie każdą wioskę w tym regionie. Ciągle zachodzą tam zmiany – młodzi ludzie przenoszą się do większych miast i pustoszeją całe obszary, na które powracają wilki. To dziki, odludny teren. Uwielbiam to. Doskonałe miejsce dla osadzenia akcji kryminału!

W 2015 r. powstał film telewizyjny Wioska morderców z Aliną Levshin w roli głównej. Czy w scenariuszu do filmu udało się zawrzeć wszystkie wątki z książki, czy jednak różni się on znacząco? Czy miała Pani wpływ na obsadę aktorów? Przyznam, że inaczej wyobrażałam sobie Sanelę i Lutza niż ich filmowe odpowiedniki.

Cały film rozminął się z moimi wyobrażeniami. Nie potrafię tego skomentować. Straciłam go. Mój wpływ na produkcję skończył się cztery dni przed początkiem zdjęć, po prostu zostałam zwolniona przez reżysera. On miał swój scenariusz i swoje pomysły. Czasem tak się dzieje. Musisz się pożegnać z własną historią i dalej sobie nią głowy nie zawracać (choć ja sobie zawracałam bardzo!). Zazwyczaj gdy piszę scenariusz, charakterystyczne zwroty z dialogów czy cechy bohaterów są nadal w filmie rozpoznawalne. Vernauy – cztery filmy o Joachimie, berlińskim prawniku – są wspaniałe! Następny, Schattengrund, z Josephine Preuss jako Nico, będzie cudowny! Przede wszystkim dlatego, że kocham tam każdą scenę, każde zdanie dialogu. One aż iskrzą – i to jest to, czego chciałam. Film musi być błyskotliwy, podobnie jak książka, w ekranizacji Wioski morderców ten polot, to iskrzenie gdzieś zniknęły. Dla mnie. Może nie dla widzów i oczywiście reżysera.

W jednym z wywiadów powiedziała Pani, iż często odwiedza Polskę. Które miejsce upodobała Pani sobie najbardziej?

Jak już wcześniej wspomniałam, Wybrzeże, Międzyzdroje, a ponadto rejony Gorzowa Wlkp. i Gdańsk. Ale chcę zobaczyć więcej miejsc!!!

Wiem też, że lubi Pani nasze lubuskie wina. A które Pani najbardziej zasmakowało?

Najbardziej odpowiadają mi białe wina z małych wytwórni. Świetna jest Stara Winna Góra w Górzykowie koło Cigacic oraz Cantina Mariusza Pacholaka. Robią tam znakomite białe wina z owocową nutą. Polecam odwiedzić te winnice i spróbować samemu!

Bardzo dziękuję za rozmowę i czekam z niecierpliwością na polskie wydanie Versunkene Gräber.