Wciśnięcie spustu migawki to nie wszystko

Z fotografikiem Markiem Mizerą rozmawia Ewa Mielczarek

Poznałam Pana najpierw jako uzdolnionego fotografika. Później dowiedziałam się, że jest Pan posiadaczem sporej kolekcji dawnych sprzętów do fotografowania. Jak przedstawić Pana czytelnikom „Pro Libris”? Kolekcjoner, fotograf, hobbysta? Skąd się wzięła Pańska pasja? Jaki był pierwszy eksponat w kolekcji?

Myślę, że wyrażenie „miłośnik fotografii” najbardziej pasuje do opisania mojego zainteresowania tym medium. Nigdy nie miałem cierpliwości do rysowania i malowania, a chciałem rejestrować to, co widzę wokół siebie. To miała mi dać fotografia. Najpierw zajmowałem się fotografią w jej analogowej odsłonie. Amatorsko. Pamiętam, jak kupiłem pierwszy aparat – polski druh. W drodze ze szkoły robiłem zdjęcia, w domu wyciągnąłem kliszę i byłem zdziwiony, że nic na niej nie widać. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że wciśnięcie spustu migawki to nie wszystko. Film i odbitki trzeba wywołać, utrwalić, wysuszyć itd. Sam nie zajmowałem się tą obróbką, ale zawsze mnie to fascynowało. Dopiero aparaty automatyczne pozwoliły mi na wykonywanie pierwszych udanych zdjęć w fotolabach. Tak naprawdę pokochałem fotografię w cyfrowej postaci. Odeszły koszty materiałów, można było bezkarnie eksperymentować. Wtedy też przypomniałem sobie początki, zacząłem czytać, ćwiczyć i jestem ze swoich postępów dumny.
Kolekcja aparatów powstała niejako przy okazji. Zaczęło się od prezentu – dostałem od kolegi rosyjskiego zenitha. W porównaniu z moim pierwszym druhem, smieną, kompaktem, a nawet pierwszą cyfrówką aparat był piękny. Ciężki, dopasowany, można było kręcić pierścieniami. Zafascynowało mnie to. Zacząłem rozglądać się za innymi starymi aparatami.

Skąd pochodzą kolejne przedmioty? Jak zdobywa Pan obiekty do swojego zbioru?

W zasadzie większość z kolekcji pochodzi od znajomych i darczyńców, część z dawnych zakupów w internecie, kiedy za grosze można było kupić stare i niechciane analogowe aparaty. Wiele osób wiedząc o mojej kolekcji, dawało mi pochowane w szafach i na strychach aparaty ojców i dziadków (swoją drogą to dziwne, bo nikt nie mówił o aparacie, który był własnością kobiety). Udało mi się raz na Allegro kupić karton starych rosyjskich aparatów za kilkadziesiąt złotych. To była niezwykła okazja. Nie do powtórzenia. W tej chwili przestałem inwestować w powiększanie kolekcji. Skupiłem się bardziej na fotografowaniu i polepszaniu sprzętu, który na co dzień używam do robienia zdjęć. Ale nadal lubię wziąć do ręki stary aparat, przymierzyć się do wizjera, pootwierać klapki, pokręcić pokrętłami, posłuchać, jak działa mechaniczny samowyzwalacz.

Proszę scharakteryzować swój zbiór. Jak go Pan nazywa?

W tej chwili zbiór składa się z ponad 200 aparatów, kilku powiększalników i bardzo wielu akcesoriów do fotografii analogowej, z których czasem nawet korzystam w fotografii cyfrowej. Większość aparatów pochodzi z 2. połowy XX wieku. Wyprodukowane w ZSRR lub DDR. Smieny, zorki, fedy, zenithy, exacty, praktici itp. Jest kilka starszych aparatów mieszkowych z początku XX wieku, trochę aparatów kompaktowych i automatycznych, polaroidów, a nawet popsute pierwsze cyfrówki. Mogę powiedzieć, że dzięki kolekcji od technicznej strony poznałem ponad 100 lat rozwoju techniki fotografowania. Wiele z eksponatów nie działa, wiele jest uszkodzonych zębem czasu, ale mimo to z przyjemnością ogląda się je i bierze do ręki. Dotyczy to szczególnie starannie wykonanych aparatów z metalowym korpusem i porządnymi obiektywami. Najbardziej lubię DDR-owskie aparaty Exa czy rosyjskie zorki. Sam prawie nigdy nie pracowałem w ciemni (chociaż ostatnio robiłem serię zdjęć kamerą otworkową i musiałem pobawić się w chemika). W kolekcji mam trochę elementów tej części fotografii. Nie mogę uwierzyć w to, jak dziś łatwo robić zdjęcia. Automat nieomal sam robi zdjęcie i nawet je poprawi, często opublikuje. Zdjęcia robią wszyscy i wszędzie, znaleźć można zdjęcia wszystkiego. Dawniej każdy kadr był przemyślany, przydawał się statyw, planowanie ujęcia. Proces wywołania filmu i naświetlenia zdjęcia był jak magia. Pojawiający się na papierze fotograficznym obraz potrafił zahipnotyzować. Te chwile przybliża mi moja kolekcja i zmusza do zastanawiania się nad istotą fotografii, w której nie liczy się ilość, lecz jakość. Uczy pokory w stosunku do każdego kadru i podziwu dla pionierów tej dziedziny sztuki, którzy oprócz dobrego oka musieli być i konstruktorami, i chemikami, i takimi trochę magikami swoich czasów – zwłaszcza na początku fotografii w XIX w.

Czy kataloguje Pan swoje zbiory?

Nie kataloguję w typowy sposób posiadanych sprzętów. Natomiast o każdym posiadanym przedmiocie staram się dowiedzieć jak najwięcej: jak robiło się nim zdjęcia, kiedy był produkowany, jakich nośników używano do rejestracji obrazu. Był moment, że spisywałem posiadane sprzęty, ale zaniechałem tego. Wiedzę czerpię z książek o fotografii, ale przede wszystkim z Camerapedii – internetowej encyklopedii wiedzy o sprzęcie fotograficznym. Dużo informacji uzyskuję też ze starych podręczników fotografii wypożyczanych z bibliotek i kilku, które posiadam w biblioteczce. Po rozpoznaniu danego modelu w sieci można znaleźć nawet instrukcję jego obsługi.

Który z eksponatów ceni Pan najbardziej?

Nie mam takiego jednego. Jest ich więcej. Bardzo lubię aparaty niemieckiej produkcji Exa, które wykonane są z wielką pieczołowitością i mają wspaniałe obiektywy firmy Carl Zeiss. Posiadam aparat stereoskopowy z dwoma obiektywami do rejestracji zdjęć trójwymiarowych. Lubię patrzeć na aparaty mieszkowe, które dziś wydają się niepraktyczne i toporne, a przypominają o początkach fotografii (Niepce, Daguerre, Talbot) czy działaniach firmy Kodak umożliwiających robienie zdjęć przez niemal każdego. Cenię aparaty rosyjskie, których manualne obiektywy z mocowaniem na gwint przez adaptery używam z lustrzanką. Gdybym miał wybrać ten jeden jedyny, to może byłby to rosyjski aparat średnioformatowy FKD z połowy XX w. Można w nim zobaczyć, jak powstaje obraz na matówce, jak ostrzy się obraz, można poczuć się jak pionier fotografii przy statywie z tkaniną na aparacie, dostrzec odwrócony widok zza obiektywu. W kolekcji nie mam cennych materialnie obiektów. Wiele jest niesprawnych, niekompletnych czy uszkodzonych. Dla mnie cenne i ważne jest ich znaczenie dla rozwoju fotografii, piękno detali, wykończenie powierzchni, obserwowanie, jak doskonalono i zmieniano poszczególne modele.

Czy miał Pan okazję prezentować swój zbiór szerszej widowni?

Kilkakrotnie prezentowałem wybrane aparaty w mojej szkole i dzieciom z kółka fotograficznego. We wrześniu tego roku, we współpracy z Biblioteką i Gimnazjum w Czerwieńsku, w ramach Europejskich Dni Dziedzictwa miałem okazję zaprezentować mieszkańcom i zaproszonym gościom kilkaset swoich fotografii i prawie wszystkie zgromadzone aparaty z kolekcji. Zarówno zdjęcia krajobrazowe okolic Czerwieńska, jak i aparaty bardzo zainteresowały i dorosłych, i dzieci. Wystawa fotografii trwała ponad miesiąc, aparatów – tylko 4 dni. Największe zainteresowanie zebraną kolekcją wykazywali młodzi ludzie, dla których aparaty analogowe to już zamierzchła historia.

Tworzenie kolekcji wymaga dużych nakładów finansowych…

I właśnie dlatego zaprzestałem jej rozbudowywania. W tej chwili zbieram tylko ofiarowane przedmioty. Chętnie i z wdzięcznością przyjmę jakiekolwiek eksponaty do mojej kolekcji, nawet niekompletne i uszkodzone – bo jak mówiłem wcześniej i one mają ducha przeszłości ukrytego w zakamarkach sprzętu. Nie kupuję nowych przedmiotów związanych z dawną fotografią, jeżeli ich nie użyję do wykonania zdjęć. Ponieważ ostatnio zainteresowałem się przez chwilę analogową fotografią otworkową, musiałem zakupić pewne elementy ciemni, chemię itp. Przez ostatnie lata wytworzył się duży rynek kolekcjonowania starych przedmiotów. Ja wolę inwestować w sprzęt do fotografowania i tam lokuję ewentualne oszczędności. W sumie do zebrania kolekcji nie przeznaczyłem wielkich środków. Większość eksponatów to dary, a zakupione należały do najtańszych i były kupowane często jako uszkodzone lub niepełnowartościowe. Czasem z kilku takich popsutych sprzętów powstawał jeden w miarę działający.

Rozrastająca się kolekcja to satysfakcja, ale i problem z jej przechowaniem. Jak go Pan rozwiązuje?

Aparaty częściowo mam pochowane w zakamarkach mieszkania, częściowo eksponuję w szkole czy w zaprzyjaźnionych instytucjach. Był czas, gdy ekspozycja była na stałe w domu, ale z powodu rozrastania się nie mieściła się na przeznaczonym do tego regale. Przy okazji wystawy w Czerwieńsku zgromadziłem wszystkie sprzęty w jednym miejscu. Spakowane odpowiednio nie zajmują aż tak wiele miejsca. Mieszczą się podczas transportu w kilku dużych kartonach. Otrzymałem podczas wystawy kilka propozycji wykorzystania zebranej kolekcji do ekspozycji w kilku miejscach i tam zapewne trafią zebrane sprzęty. Najciekawszy z pomysłów dotyczył stałej wystawy w mającej powstać Izbie Pamięci. Byłoby to ciekawe rozwiązanie – izba miałaby powstać w budynku obecnego gimnazjum, a to całkiem blisko. W końcu kolekcja nie wędrowałaby z miejsca na miejsce. Czas pokaże, co się stanie.

Jakie są plany na odległą przyszłość związane z kolekcją? Czy widzi Pan szansę, aby stworzyć skansen, muzeum tego rodzaju obiektów?

Myślałem kiedyś o tym. Miejsce, gdzie można zobaczyć techniczne strony fotografii na przestrzeni dziejów. Dotknąć aparatów, wypróbować dawne techniki robienia zdjęć. Miejsce, gdzie można poznać nowe sprzęty, wypożyczyć obiektywy, akcesoria, gdzie można podyskutować o pomysłach, rozwiązać techniczne zagadki, a nawet poczytać o fotografii w czasopismach i książkach. Takie bardziej marzenie niż plany. W programie Mam talent nie było jeszcze fotografa, który wygrał 300 tysięcy złotych… Może kiedyś się zgłoszę i wygram, może znajdzie się sponsor-filantrop, miłośnik fotografii i zaproponuje współpracę w tworzeniu takiego miejsca. Jestem otwarty na propozycje. Gdyby dało mi to środki do życia, byłbym w stanie poświęcić się temu całkowicie, bo praca, którą się kocha, to nie praca.

Jakie marzenia posiada kolekcjoner Marek Mizero? Czy jest jakiś obiekt, o zdobyciu którego nie przestaje Pan myśleć?

W tej chwili nie rozbudowuję kolekcji z przyczyn, o których mówiłem wcześniej. Jest parę eksponatów, którymi chciałbym uzupełnić swój zbiór. Są to wypatrzone na aukcjach perełki, które wzbogaciłyby znacznie wartość historyczną mojego zbioru. Chciałbym mieć aparaty z początków fotografii z XIX w., dagerotypy, stare negatywy, np. szklane. Chciałbym zdobyć np. współczesny aparat wielkoformatowy, pierwszy aparat cyfrowy itd. Moja kolekcja mogłaby być wielokrotnie większa. Wystarczy wpisać w wyszukiwarce frazę „stare aparaty fotograficzne” i popatrzeć na ilość grafik – posiadam tylko niewielką część tego, co przez lata tworzono, by uwieczniać piękno ludzi i otaczającego ich świata.